Pytanie o nadzieję

Ks. Grzegorz Ryś



Mija tydzień od zakończenia pielgrzymki Ojca Świętego do Polski. Z ulic Krakowa zniknęła odświętność, rozbierane są ostatnie dekoracje, ponownie rozkopano Rynek. Ciągle jeszcze rozmawiamy: o Łagiewnikach, o Błoniach, o „najsławniejszym w Europie” oknie, o Kalwarii... – naszym rozmowom wszakże nie towarzyszą już tak rozpalone emocje. I dobrze. Nadchodzi czas refleksji. I modlitwy. I czynu. Choćby w części proporcjonalnych do tego, czym zostaliśmy obdarowani.



Wracamy więc – już na spokojnie – do papieskich tekstów (tym uważniej, że tym razem nie jest ich tak dużo – „tylko” pięć), a także do nie mniej wymownych gestów. Pytamy o ukrytą w nich Dobrą Nowinę.
W papieskich wystąpieniach – obok podniesionego do rangi tytułu słowa „miłosierdzie” – kluczowe, jak mi się wydaje, znaczenie posiada słowo „nadzieja”. O nadziei mówił Papież wielokrotnie, poczynając już od Balic: „Przynoszę przesłanie nadziei płynące z Dobrej Nowiny (...) Oto przesłanie Bożego miłosierdzia, które przynoszę dziś mojej Ojczyźnie i moim rodakom: »przestań się lękać!« Zaufaj Bogu, który jest bogaty w miłosierdzie. Jest z tobą Chrystus, niezawodny Dawca nadziei”. Podobnie następnego dnia, podczas konsekracji kościoła w Łagiewnikach: „Nie ma dla człowieka innego źródła nadziei, jak miłosierdzie Boga (...) Trzeba, aby wołanie o miłosierdzie płynęło z głębi ludzkich serc, pełnych cierpienia, niepokoju i zwątpienia, poszukujących niezawodnego źródła nadziei”. Tak samo na Błoniach: „Przez świadectwo skromnej zakonnicy, Chrystus wchodzi w nasze czasy, aby wyraźnie wskazać na to źródło ukojenia i nadziei, jakie jest w odwiecznym miłosierdziu Boga”.
Wrogiem nadziei w Polsce roku 2002 jest lęk.

Lęk przed czym?

Na myśl przychodzą najpierw kilkakrotnie wyliczane przez Papieża patologie: bezrobocie, bezdomność, bieda, dotykająca zwłaszcza rodzin wielodzietnych, głód. Potem, równie konkretne, choć nie w takim stopniu dotykające każdego z nas problemy, jak: manipulacje genetyczne, aborcja i eutanazja, występowanie przeciw rodzinie czy wyrugowanie Boga „z kultury i społecznej świadomości narodów” (Błonia). Zapewne, tego wszystkiego człowiek ma prawo się bać. Jest jednak lęk – i Papież mówił o tym w homilii na Błoniach – o wiele bardziej podstawowy, jakby uprzedni w stosunku do wymienionych przed chwilą. Człowiek przeżywa go, doświadczając „tajemnicy nieprawości” (mysterium iniquitatis): „Doświadczając tej tajemnicy, człowiek przeżywa lęk przed przyszłością, przed pustką, przed cierpieniem, przed unicestwieniem”. Stawiając taką diagnozę, Jan Paweł II prowadzi nas od opisu „zewnętrznej” rzeczywistości ku refleksji najgłębiej personalistycznej – do szukania przyczyn, które są w człowieku. Mówiąc najprościej – do grzechu, który jest we mnie i w drugim.
Diagnoza to jednak chyba niewygodna; domaga się stanięcia przed Bogiem w prawdzie (temu poświęcił Papież cały długi passus w Łagiewnikach). Pewnie nie dla wszystkich jest ona także oczywista: czy rzeczywiście grzech przeraża nas bardziej niż bezrobocie?

A powinien. I to właśnie dlatego, że grzech pozostaje dla nas – także nasz grzech osobisty – tajemnicą („tajemnica nieprawości”). Bezrobocie potrafimy jakoś opisać, zanalizować przyczyny, opracować programy pomocowe, zbudować system choćby doraźnego wsparcia itd. Grzech wymyka się takiemu opisowi: nie potrafimy samych siebie zrozumieć w naszym grzechu (podobnie jak św. Paweł: „nie czynię dobra, którego chcę, ale czynię zło, którego nie chcę”), czujemy się wobec niego bezradni i przerażeni pustką, jaką pozostawia w nas i wokół nas. Grzech nas przerasta, przeraża nas jego wielopostaciowość, nieprzewidywalność i wymykające się wyobraźni rozmiary – znane choćby (co też przypomniał Papież) z minionego stulecia.
W swej najgłębszej istocie miłosierdzie Boga jest odpowiedzią właśnie na ten lęk – lęk wobec „tajemnicy nieprawości”. Bóg nie godzi się na bezradność człowieka wobec własnego grzechu; przełamuje ją w Chrystusie Paschalnym. To nie teoria, to nie tylko wydarzenie z historii zbawienia. To teraźniejszość. Dostępna każdemu w sakramencie pojednania. 
Papież wiele mówił o tym sakramencie. W Łagiewnikach: „gorąco wierzę, że ta nowa świątynia pozostanie na zawsze miejscem, w którym ludzie będą stawać przed Bogiem w Duchu i w prawdzie. Będą tu przychodzić z ufnością, jaka towarzyszy każdemu, kto z pokorą otwiera swe serce na działanie miłosiernej miłości Boga – tej miłości, której największy grzech nie zdoła przezwyciężyć. Tu, w ogniu Bożej miłości, ludzkie serca pałać będą pragnieniem nawrócenia, a każdy, kto szuka nadziei, znajdzie ukojenie”. O „posłudze w konfesjonale” przypomniał kapłanom także na Błoniach, podkreślając przywiązaną do niej „wielką odpowiedzialność”. Okazją do tego przypomnienia była beatyfikacja ks. Jana Balickiego. Ciekawe, że z jego „wyobraźni miłosierdzia” Papież wyróżnił ten właśnie wymiar, a nie np. konkretną (i niewątpliwie domagającą się pilnie naśladownictwa) pomoc kobietom trudniącym się prostytucją...
Pozostaje oczywiście pytanie: czy nasze priorytety (a także nasze lęki) poukładane są wedle tych samych kryteriów? Czy się nie rozminiemy przypadkiem z właściwą chrześcijaństwu nadzieją?

Bądźcie świadkami miłosierdzia!


Wezwanie stare i nowe. Stare, bo słyszeliśmy je choćby trzy lata temu na zakończenie Mszy świętej, której Jan Paweł II przewodniczył duchowo, zatrzymany przez chorobę na Franciszkańskiej. Nowe, bo poddane znaczącej reinterpretacji. Trzy lata temu Papież mówił do nas: „Bądźcie apostołami miłosierdzia”, i takie wezwanie znajduje się na pamiątkowych obrazkach, rozdawanych wszystkim na koniec tamtej liturgii. Dziś mówi: „Bądźcie świadkami miłosierdzia”. Tak to wezwanie wybrzmiało 17 sierpnia w Łagiewnikach; i tak dzień później sformułowane zostało na Błoniach: „Bóg, okazując nam miłosierdzie, oczekuje, że będziemy świadkami Bożego miłosierdzia w dzisiejszym świecie”.
Być może Ojciec Święty chce nam powiedzieć, że tak naprawdę jedyną formą „apostolstwa” miłosierdzia jest „świadczenie” miłosierdzia. I że – z drugiej strony – o miłosierdziu nie można się „dowiedzieć”; trzeba go „doświadczyć”. Pisał o tym już w encyklice „Dives in misericordia”: „Relacja miłosierdzia opiera się na wspólnym przeżyciu tego dobra, jakim jest człowiek, na wspólnym doświadczeniu tej godności, jaka jest mu właściwa”. „Przeżycie” czy „wspólne doświadczenie” czyjejś godności to coś znacznie więcej niż przekaz wiedzy (nawet kerygmatu!); to jest poznanie na drodze komunii.
Odnosi się to niewątpliwie do wszystkich „poziomów” miłosierdzia, poczynając od tego podstawowego, o którym była mowa wyżej. Sakrament pokuty jest sakramentem miłosierdzia. Oznacza to, że ma on przywrócić człowiekowi poczucie „godności, jaka jest mu właściwa”. Nie jest to chyba jednak takie oczywiste. Oglądany „od zewnątrz”, może się przedstawiać potencjalnemu penitentowi bardziej jako upokorzenie niż dowartościowanie: mam klęknąć, oskarżyć siebie, przyznać do słabości. I to jeszcze wobec człowieka, którego np. dobrze znam (i zależy mi na jego opinii) albo który mógłby być moim synem czy wnukiem... Dopiero doświadczenie sakramentu pokuty, „od wewnątrz” całkowicie zmienia optykę. Oto wraz z Bogiem „przeżywam to dobro, jakim sam jestem”. Bóg mnie nigdy nie upokarza. Gdy ja widzę w sobie jedynie zło, On widzi we mnie godność swojego dziecka. Inna rzecz – i tu się właśnie odsłania ranga „świadectwa” (a nie tylko „apostolstwa”) – na nic się zda ludziom głosić w ten sposób wydarzenie sakramentu pokuty, jeśli by się mieli następnie zderzyć w konfesjonale z arogancją, brakiem szacunku, lekceważeniem, oburzeniem czy potępieniem.
Miłosierdzie musi być pokazane, a nie opowiedziane. Miłosierdzie – czyli (używając papieskiego języka) „szczególna koncentracja na godności człowieka” („Dives in misericordia”, 6) lub kierowanie się w życiu przekonaniem, że „sprawiedliwość sama nie wystarcza” (tamże, 12). Właśnie dlatego tak istotne są przykłady konkretnych osób, które w przeszłości – dawnej i całkiem bliskiej – a także w teraźniejszości zaświadczyły o miłosierdziu. Ojciec Święty odwoływał się do nich wielokrotnie: Jadwiga, Jan Kanty, Piotr Skarga, brat Albert, kard. Sapieha, i cała czwórka „nowych” błogosławionych: Zygmunt Szczęsny Feliński, Jan Beyzym, Jan Balicki i Sancja Szymkowiak. Opatrzność zwróciła nasze oczy na jeszcze jednego z nich, gdy w dniu wyjazdu Papieża media podały wiadomość o tragicznej śmierci Marka Kotańskiego... Dzięki takim ludziom wiemy, że miłość jest możliwa. Dzięki nim też miłosierdzie prezentuje się nam już nie tylko jako znana z katechizmu cnota, ale jako „dziedzictwo” – dzieło, które powinno znaleźć kontynuację: „Dziś to dziedzictwo zostało przekazane w nasze ręce i nie może pójść w zapomnienie” (Błonia).

Nauka społeczna

Nadzieja, lęk, grzech, pokuta, świadectwo – to pojęcia rezonujące najłatwiej w indywidualnym sumieniu, w myśli i uczuciach każdego z nas osobiście (choć mają one, rzecz jasna, także wymiar wspólnotowy). A nauczanie społeczne?
Ojciec Święty nie cofnął się oczywiście przed diagnozą naszej rzeczywistości politycznej, gospodarczej czy ekonomicznej. Inna rzecz, iż właśnie te wypowiedzi wzbudziły natychmiast całą serię sprzecznych komentarzy. Niektórzy w papieskich słowach doszukali się z satysfakcją krytyki obecnego stanu rzeczy. Czyż Jan Paweł II nie sformułował jej wyraźnie już w przemówieniu powitalnym: „Wiem, że wielu krytycznie postrzega i ocenia system, który usiłuje kierować współczesnym światem, system owładnięty materialistyczną wizją człowieka”? A potem, czy nie mówił na Błoniach o „fałszywej ideologii wolności” oraz o „hałaśliwej propagandzie liberalizmu, wolności bez prawdy i odpowiedzialności”? Inni z kolei przesuwają w komentarzach akcent na zamykające niemal papieską pielgrzymkę słowa: „Mam nadzieję, że społeczeństwo polskie – które od wieków przynależy do Europy – znajdzie właściwe sobie miejsce w strukturach Wspólnoty Europejskiej i nie tylko nie zatraci własnej tożsamości, ale ubogaci swą tradycją ten kontynent i cały świat”. Jedni są zaskoczeni ostateczną „akceptacją polskich aspiracji europejskich”; drudzy zdumieni „krytyką liberalizmu”.
Tak, jakby Papież powiedział coś nowego, czego by na próżno szukać w jego dotychczasowych wypowiedziach czy w ogóle w nauce społecznej Kościoła. To nieprawda, że w encyklikach społecznych, począwszy od „Rerum novarum” Leona XIII, można znaleźć jedynie potępienie socjalizmu i komunizmu. Są one odrzucone, ale jako fałszywe rozwiązanie problemów zaistniałych przed nimi; jako „lekarstwo gorsze niż sama choroba”. Chorobą wszakże był XIX-
-wieczny, nieskrępowany niczym liberalizm na polu gospodarczym. Zdumienie ostatnimi wypowiedziami Ojca Świętego świadczyć może jedynie o tym, iż przyswoiliśmy sobie jedynie połowę socjalnej doktryny Kościoła – tę, która pozwalała nam na właściwą interpretację polskiej rzeczywistości po rok 1989. Czy nie pora poważnie przestudiować część drugą?
Ostatecznie jednak owo zdumienie jest chyba wprost proporcjonalne do uprzednich oczekiwań zdyskontowania papieskiego przesłania w Polsce roku 2002 dla konkretnych politycznych idei i scenariuszy. Jeszcze raz okazało się, iż Ewangelia głoszona przez Jana Pawła II wymyka się jakoś takim manipulacjom – nie dlatego, żeby Papież uciekał od problemów doczesności, ale dlatego, że je postrzega z perspektywy o wiele głębszej. Nie zatrzymuje się na opisie społecznych struktur i mechanizmów, ale znów przebija się przez nie do człowieka, do jego wnętrza. Dlatego w odpowiedzi na niedomogi liberalizmu nie głosi jakiejś nowej, gotowej koncepcji politycznej (nie określa też np. konkretnych warunków, na jakich Polska miałaby „wejść do Unii Europejskiej”); głosi nam wolność znającą dyscyplinę prawdy i odpowiedzialności – „jedyną filozofię wolności, jaką jest prawda krzyża Chrystusowego” (Błonia).

Gesty

Na koniec słów kilka o gestach, w które obfitowała ta pielgrzymka – o papieskich czynach. Spośród nich najważniejszy był niewątpliwie czyn modlitwy. Dwukrotnie dane nam było widzieć Ojca Świętego na osobistej modlitwie: w absolutnej ciszy wawelskiej katedry i sanktuarium kalwaryjskiego. Niezwykle wymowne pod tym względem były także papieskie odwiedziny w klasztorach w Tyńcu i na Bielanach – wraz z pytaniem, wychwyconym przez telewizyjny mikrofon: „Macie powołania?” To troska o samą istotę Kościoła. Kościół bez modlitwy, Kościół „aktywistów”, byłby Kościołem, którego można jedynie się bać.
Były też inne gesty – papieskie przystanki. Jan Paweł II zatrzymywał się w wielu miejscach, czasem nic nie mówiąc, czasem mówiąc jedynie kilka zdań. Błogosławieństwo i odjazd. Znak obecności. Doświadczenie siły, płynącej nie tylko z wiedzy, ale także z „bycia razem” – z komunii osób, z bliskości.
Ważne, że te właśnie „gesty obecności” były w czasie tej pielgrzymki wyraźnie odwzajemnione. W takich kategoriach można chyba postrzegać spotkanie Ojca Świętego ze światem nauki polskiej na terenie powstającego kampusu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przybyli na nie wszyscy rektorzy polskich uniwersytetów, a także rektorzy wszystkich uczelni krakowskich. Byli dziekani wszystkich polskich wydziałów teologicznych oraz setki profesorów. Spotkanie trwało zaledwie kilka minut – Jan Paweł II nie wysiadł nawet z papamobila, w kilku zdaniach sformułował bardziej życzenia niż jakiekolwiek „poważne” przesłanie. A jednak... Nikt z obecnych nie miał najmniejszych wątpliwości, że tam właśnie miał być. Podobnie było z każdym ze spotkań „pod oknem”. Przynajmniej w ciągu tych czterech dni było dla nas wszystkich oczywiste, iż miłość wyraża się przede wszystkim przez obecność („bycie przy”). Gdybyż to doświadczenie okazało się w naszym życiu trwałe!

Autor jest historykiem Kościoła, wykładowcą Papieskiej Akademii Teologicznej. Podczas tegorocznej pielgrzymki był komentatorem Mszy na Błoniach. Opublikował m.in. książkę „Celibat”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl