
Marka Kotańskiego życie pod prąd
Tomasz Potkaj
W nocy z niedzieli na poniedziałek, 20 sierpnia, w wypadku
samochodowym pod Warszawą zginął Marek Kotański. Miał 60 lat. W środę, 28 sierpnia, na cmentarzu wojskowym na Powązkach odbędzie się jego pogrzeb. Wcześniej w żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki dwóch biskupów odprawi Mszę żałobną za spokój jego duszy.
Tamten wieczór spędził na Marywilskiej, na przedmieściach Warszawy, w „Centrum Pomocy Bliźniemu”. To był jego drugi dom, znał tam wszystkich, miał tam biuro, od kilku lat spędzał tam większość swego czasu. „Rozmawialiśmy długo – opowiada Iza Majewska, kierująca znajdującym się na terenie „Markotu” domem dla uchodźców Polskiej Akcji Humanitarnej. – Marek czuł się rozżalony, że organizatorzy nie zaprosili go na Mszę papieską na Błoniach. Uważał, że jako praktyk miłosierdzia miał prawo tam być. Mógłby wprawdzie pojechać jak inni pielgrzymi, ale taka anonimowość nie była w jego stylu. Skarżył się, że nie dopuszczają go do telewizji, że ma jeszcze tyle pomysłów, a bez mediów nie da rady ich pociągnąć. Miał zły dzień. Rozstaliśmy się przed 22, potem rozmawiał z kimś jeszcze”.
Kilka minut po 22 Kotański wsiadł do swego kremowego jeepa cherokee. Nie zapiął pasów. Pojechał do Pomiechówka, gdzie miał dom letniskowy.
25 minut później koło Nowego Dworu Mazowieckiego chciał wyminąć grupę pieszych. Skręcił w lewo, ale wpadł w dziurę i nie wyprowadził już samochodu. Jeep uderzył w drzewo, drzwiami od strony kierowcy. „Tam jest tylko jedna dziura w okolicy. Dlaczego w nią wpadł?” – pyta Hanna Janowska, najbliższa współpracowniczka Kotańskiego.
„W środku nocy zbudził mnie telefon – wspomina dalej Janowska. – Słyszałaś?Marek miał wypadek. Jest w Szpitalu Bielańskim. Kiedy tam dojechałam, leżał na OIOM-ie, już po operacji. Poduszka powietrzna zmiażdżyła mu płuca, ale żył. Zanim weszłam na górę, zaczęło dziać się coś niedobrego: stanęło serce. Wzięli go na salę operacyjną i przez dwie godziny próbowali reanimować. Nie udało się. Było po drugiej, kiedy powiedzieli, że już po wszystkim. Poczułam straszny żal: jak on mógł to zrobić? Spakować się, wyjechać ot tak, bez pożegnania”.
Gdyby wyjechał później. Gdyby wyjechał wcześniej. Gdyby...
Czarna flaga na 182 domach
Jagoda Władoń, wiceprezes stowarzyszenia „Monar”, od 17 lat pracowała z Kotańskim: „Tydzień wcześniej, z niedzieli na poniedziałek, pojechaliśmy z Markiem, Hanką i trzema innymi osobami do Wiednia na zaproszenie austriackiego ministra spraw socjalnych – wspomina. – Byliśmy blisko siebie, w małej grupie, z dala od codziennych obowiązków i stresów. Marek był szczęśliwy, spokojny. Chyba nigdy nie powiedział mi tylu miłych słów, gdy pracowaliśmy razem w Warszawie nie było czasu na komplementy. Podejrzewałam, że przeżywa jakąś przemianę. Marek miał taką miłą słabość: lubił ubierać swoich przyjaciół w skóry. W Wiedniu zmusił mnie do kupienia skórzanej kurtki i spodni, pożyczył mi na to pieniądze. Przedłużył ten wyjazd o dzień, chciał jeszcze, żebyśmy pojechali z nim do Zakopanego. Miał dużo optymizmu, wierzył, że wszystko się powiedzie, miał pomysł na kolejny dom w Dolinie Kościeliskiej. Chciał zostać na weekend. Żałuję, że nie mogłam, jechałam na rocznicę jednego z domów »Monaru«. Może gdybyśmy zostali, wszystko potoczyłoby się inaczej?”.
W drodze powrotnej w pobliżu Katowic kierowca w ostatniej chwili zauważył roboty drogowe na jednym pasie. Samochód wyrzuciło prosto pod nadjeżdżającego TIR-a, na szczęście udało się zatrzymać go w poprzek drogi, łamiąc jedną z barierek.
Jagoda Władoń: „To był taki moment, że przez chwilę myślałam, że wszyscy możemy zginąć. I to był ten sam jeep, w którym dwa dni później zginął Marek”.
Trzy dni później nad bramą wejściową na Marywilskiej wisi czarna flaga. Będzie tam wisieć jeszcze przez miesiąc, podobnie jak we wszystkich 182 domach „Monaru” i „Markotu”.
450 mieszkańcom „Centrum Pomocy Bliźniemu” – bezdomnym, matkom z dziećmi, pacjentom dwóch hospicjów, narkomanom na detoksie i narkomanom nie biorącym – trudno uwierzyć, że ich „Dziadek” (jak kazał się nazywać od czasu, gdy siedem lat temu jego córka Joanna urodziła mu wnuczkę) odszedł od nich na zawsze. Że nie zapyta, co słychać, nie opieprzy, nie przytuli.
Poza tym życie w ośrodku toczy się normalnie.
„Monar”: mikrospołeczeństwo
Maciej Michalski, muzyk i mieszkaniec Marywilskiej, znał Kotańskiego chyba najdłużej, choć mówienie o nim w czasie przeszłym wciąż sprawia mu trudność: „W 1969 r. pracowałem w domu kultury na Żoliborzu. Pewnego razu do dyrektora ośrodka przyszedł młody człowiek. Powiedział, że mieszka w pobliżu, jest studentem psychologii i że ma pomysł na pracę z tzw. trudną młodzieżą. Poprosił o salę. To był Marek”.
Stworzony przez niego „Klub Pod Siatką” stał się wkrótce miejscem spotkań żoliborskiej żulerii, a o młodym wychowawcy zrobiło się głośno w dzielnicy. „W tych środowiskach piło się dużo i w chamski sposób. Marek wymyślił, że jeśli już nie może oduczyć ich picia, niech przynajmniej piją inaczej. I zaczął ich uczyć kultury picia” – wspomina Michalski.
Eksperyment nie trwał długo: klub zamknięto.
Równolegle z prowadzeniem klubu, Kotański pracował jako terapeuta w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Dolnej. Stosował metodę amerykańskiego psychiatry Rosena, polegającą na wchodzeniu w świat urojeń pacjentów. Mimo że nawiązywał kontakt z najbardziej autystycznymi podopiecznymi, jego opiekun naukowy docent Franciszek Szumigaj poradził mu, aby wycofał się z tej pracy: że za bardzo się „indukuje”.
Z Dolnej trafił na oddział dla alkoholików i izby wytrzeźwień na Kolskiej, o którym pisał później, że tam po raz pierwszy w życiu zobaczył największe ludzkie dno i upodlenie.
W 1974 r. podjął pracę w szpitalu psychiatrycznym w Garwolinie. Na jego oddział zaczęli trafiać pierwsi polscy narkomani. „Moje pierwsze doświadczenia były gorzej niż złe – wspominał po latach. – Po kilku dniach uświadomiłem sobie, że nie nadaję się do tej pracy, a co gorsza, że moja dotychczasowa praktyka terapeutyczna niewiele mi tu pomoże, i że jestem kompletnie zdezorientowany zderzeniem ze światem subkultury narkomanów. Psychoterapie przypominały wspaniałe spowiedzi i przyrzeczenia poprawy. Wszyscy żyliśmy iluzją: oni, że wychodzą z nałogu, my, że pomagamy im w tym. Robili nas w konia w sposób niewyobrażalnie pomysłowy”.
W 1978 r. Kotański otrzymał zgodę na kolejny eksperyment: stworzenie oddziału dla narkomanów w niezagospodarowanym dworku w pobliskim Głoskowie. W nocy z 14 na 15 października 30 pacjentów garwolińskiego szpitala wraz z Kotańskim ruszyło pieszo do Głoskowa. Data ta uznawana jest za początek historii „Monaru” (choć nazwa pojawi się później).
Terapeuci i pacjenci uczyli się na własnych błędach. W Głoskowie wprowadzono bezwzględną zasadę abstynencji narkotykowej i brak możliwości powrotu do domu (później zarzuconą). Z Głoskowa wyszli pierwsi wyleczeni pacjenci Kotańskiego. Jedna z pierwszych pacjentek kieruje tym istniejącym do dziś, historycznym domem „Monaru”.
Pomysł Kotańskiego był prosty: ośrodek nie ma być oddziałem psychiatrycznym ani „detoksem”. Ma być domem, wspólnotą terapeutyczną tworzącą mikrospołeczeństwo, ze swoimi prawami, obowiązkami i kodeksem moralnym. Miejscem, w którym nowicjusze, jak nazywano pacjentów w pierwszych miesiącach pobytu, uczą się żyć bez narkotyków i odbywają trening przed powrotem do normalnego życia.
Kotański wprowadził demokrację bezpośrednią: wszystkie decyzje dotyczące zbiorowości podejmowane są przez tę zbiorowość. System stworzony przez „Kotana” (tak go nazywano), w którym znalazły się też wymyślne kary – z obcinaniem włosów, drelichami, noszeniem tabliczek z upokarzającymi napisami – był trudny do zaakceptowania nie tylko dla postronnych obserwatorów, ale też dla jego przełożonych.
To wtedy Kotański zaczął mieć opinię twardziela. „Nie za bardzo odpowiada mi ta opinia. Jestem raczej człowiekiem łagodnym i przyzwalającym i taki byłem przez 10 lat pracy z chorymi psychicznie. Narkomani narzucili mi inny styl, gdyż takiego, jak sądzę, potrzebowali, a ja chciałem i nadal chcę im pomagać” – tłumaczył. W innym miejscu pisał: „Prawdopodobnie gdybym robił to, co powinienem, to nigdy nie powstałby »Monar«. A ja pracowałbym jako sfrustrowany psycholog w oddziale dla narkomanów, w którym wyleczalność byłaby nieco powyżej zera”.
„Zobacz, ilu tu bezdomnych”
W 1987 r. w jednym z ośrodków „Monaru” pojawił się pierwszy pacjent z wirusem HIV.
„Mieliśmy obawy, ale uznaliśmy, że nie możemy odmówić tym ludziom pomocy i otworzyliśmy dla nich swoje ośrodki. Jako pierwsi i przez długi czas jedyni w Polsce przyjmowaliśmy wszystkich, bez względu na przyczynę zakażenia” – opowiada Jagoda Władoń, wówczas terapeutka jednego z ośrodków.
Chorzy na AIDS stali się jedną z najważniejszych batalii Marka Kotańskiego, trwającą kilka lat, w której wspierało go grono lekarzy, z prof. Zofią Kuratowską na czele.
Udało mu się utrzymać pierwszy ośrodek w Zbicku, ale gdzie indziej bywało gorzej. Zdarzało się, że próby wprowadzania pacjentów z HIV do monarowskich ośrodków kończyły się pobiciem (tak było w Rybienku pod Wyszkowem w listopadzie 1990), protestami mieszkańców i interwencją policji. Sprawa AIDS obudziła ogromne pokłady strachu i nienawiści. W Kawęczynie Kotańskiego przywitały napisy: „Zabić Kotańskiego i rodzinę jego” oraz „Żyd Kotański”, a on sam z kontrowersyjnego terapeuty stał się symbolem walki o tolerancję.
Ale było coś jeszcze. Jagoda Władoń: „Marek zawsze miał wielki dar przekonywania ludzi i to on w dużym stopniu uwrażliwił opinię publiczną na problem AIDS i na profilaktykę. To, że w Polsce mamy dziś tylko 8,5 tysiąca zdiagnozowanych przypadków HIV, a na Ukrainie 800 tysięcy, jest w dużym stopniu jego zasługą”.
Mniej więcej wtedy Kotański zaczął zajmować się bezdomnymi.
Hanna Janowska (z „Monarem” związana od 1992 r.) zapamiętała scenę, gdy wraz z Kotańskim kupowała bilety na Dworcu Centralnym: „Marek w pewnej chwili powiedział: zobacz, ilu tu bezdomnych. Może byśmy otworzyli dla nic łaźnię? On się łatwo zapalał, więc natychmiast poszedł rozmawiać z kimś z kolei i po pewnym czasie rzeczywiście na dworcu pojawiła się łaźnia”.
Ale przełomem okazała się noclegownia przy Powsińskiej.
Adam, dziś mieszkaniec „Markotu” przy Marywilskiej, trafił tam w 1992 r. „Kiedy okazało się, że gmina chce zamknąć schronisko i utworzyć muzeum katyńskie, pojechaliśmy grupą na Hożą do »Kotana«, bo nikt z nas nie miał dokąd pójść – wspomina Adam. – On sprowadził media i wrócił z nami na Powsińską. Zapytał, czy chcemy walczyć o to miejsce. Kiedy powiedzieliśmy, że tak, zawiózł nas na Centralny. To był pierwszy taki protest. Trwał 72 godziny”.
Protest przedłużył żywot noclegowni przy Powsińskiej o miesiąc, ale prezydent Warszawy Stanisław Wyganowski przekazał Kotańskiemu dwa kontenery po budowniczych metra. Potem ktoś inny podarował dwa kolejne. Stoją do dziś, jako historyczny już „Markot 1”. Adam, mieszkaniec tych kontenerów, wspomina: „»Kotan« powiedział nam: macie pracować dla tych, którzy przyjdą tu po was. I że pomoże każdemu, kto sam będzie chciał sobie pomóc. Byłem alkoholikiem, złodziejem i praca za darmo wydawała mi się ciężkim frajerstwem. Ale postanowiłem uwierzyć temu facetowi. Dziś widzę, że było warto”.
Na otrzymanym od miasta terenie przy Marywilskiej 44 zaczyna powstawać największa w Warszawie noclegownia i ośrodek dla bezdomnych. W nieużywanym od lat przejściu podziemnym pod ulicą Modlińską urządzili noclegownię „Hades” dla bezdomnych, którzy z różnych powodów (np. czynnego alkoholizmu) nie zostaną przyjęci do żadnego innego schroniska. W tym ponurym, betonowym bunkrze na stałe mieszka 300 osób, zimą nawet 700. „Marek był wyrzutem sumienia dla władz miasta – opowiada Iza Majewska z Polskiej Akcji Humanitarnej. – Chodził do nich i pokazywał im to, czego nikt nie chciał widzieć: bezdomnych, narkomanów, chorych na AIDS. Mówił, że pomoc tym ludziom to ich obowiązek. I oni dla świętego spokoju i dla spokoju sumienia, a także dlatego, że trochę się go bali, bo Marek zawsze mógł ściągnąć media, przekazywali mu kolejne obiekty”.
„A kto miał pomóc jemu?”
„Był typem wizjonera – opowiada jeden z monarowskich terapeutów. – Miał pomysł i natychmiast chciał go realizować. Czasem bywały z tym kłopoty, bo okazywało się, że opowiedział już o tym w telewizji, a tak naprawdę nie było ani kim, ani czym tego robić”. Z tych nagłych olśnień „Kotana” rodziły się jego niekonwencjonalne akcje, jak na przykład „Kupą mości panowie” z początku lat 90.: kampania na rzecz czystości szaletów publicznych. Z takiego impulsu powstał też jeden z ostatnich jego pomysłów: „Ruch Czystych Serc”.
Kotański publicznie dystansował się od polityki, choć w jego biografii jest kilka politycznych epizodów. W latach 80. był członkiem reżimowej „Rady Konsultacyjnej” (m.in. wraz z późniejszym szefem MSZ Krzysztofem Skubiszewskim), a w czerwcu 1989 bez powodzenia startował do parlamentu (głosowało na niego 40 tys. osób).
Jagoda Władoń: „Źle się czuł w gabinetach, za biurkiem, miał w pogardzie papierową robotę. Przez krótki czas był doradcą ministra Jacka Żochowskiego i był chyba najgorszym doradcą, jakiego minister mógł mieć. Nie umiał czekać na ministerialne zgody, nienawidził urzędniczych procedur. Jego żywiołem był zawsze bezpośredni kontakt z człowiekiem”.
„Naprawdę wierzył, że ludzie mogą przekazywać sobie pozytywną energię – mówi Iza Majewska. – Ten łańcuch rąk nie był tylko na pokaz, dla mediów. On zresztą miał do nich ambiwalentny stosunek. Z jednej strony wiedział, że media są mu potrzebne, manipulował nimi, uwielbiał być w centrum uwagi. Z drugiej wkurzał się, kiedy nie było ich wtedy, gdy tego potrzebował”.
„W ogóle wiele rzeczy go wkurzało – wspomina Majewska – ale najbardziej wściekał się, kiedy ktoś, kto nigdy nie pomógł żadnemu bezdomnemu, mówił mu, co i jak ma robić. On miał w ogóle poczucie swojej wyjątkowości. Miewał chwile, że całkiem na serio opowiadał, że ma na ziemi misję do spełnienia. A przy tym był strasznie zbuntowany, taki pod prąd. Zawsze. On prawie tu mieszkał. Żył problemami tych ludzi, opowiadał o nich. Spędzał tu wszystkie święta, Wigilie. Nie lubił zresztą świąt, mówił, że to strata czasu. Że święta są tylko dla bogatych. Czasem miewał kiepskie dni i wtedy szukał pocieszenia i akceptacji zupełnie jak dziecko. Ale bywało i tak, że kipiał energią i ta energia udzielała się innym”.
„Zresztą – dodaje – ja go rozumiem. On w końcu przebywał z ludźmi, którym wciąż musiał pomagać. A kto miał pomóc jemu?”.
Adam: „Jaki był? Potrafił ostro »pojechać z człowiekiem«, który nie wywiązywał się ze swoich obowiązków, rzucić »mięsem«. Czy się go baliśmy? Raczej czuliśmy przed nim respekt, choć »Dziadek« czasem był nieobliczalny”.
Barbara Labuda, minister w Kancelarii Prezydenta, zajmująca się problematyką społeczną przyznaje, że trudno jej mówić o Kotańskim: „Marek składał się z wielkich zalet, ale obok nich miał mnóstwo równie wielkich wad. Mówiłam mu zresztą o tym wielokrotnie, choć nigdy nie chciał się przyznać. Miał fenomenalną zdolność wpływania na ludzi, ale czasem wykorzystywał ją także w celu manipulowania nimi. Myślę, że bilans jego dokonań wypadnie korzystnie, ale obawiam się, że cała prawda o Marku byłaby trudna do zniesienia”.
Bóg, wizja i struktury
Kilka lat temu Kotański przeżył osobistą przemianę. Zaczął mówić o Jezusie, o Bogu, o swoim chrześcijaństwie. Często zachodził do kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu, składał kwiaty na grobie ks. Jerzego Popiełuszki.
„Marek wierzył w Boga, choć jego praktyką była posługa bliźnim, a nie regularny udział w nabożeństwach – wspomina Jagoda Władoń. – W jego gabinecie zawsze była Biblia, powoływał się na nią, często ją cytował. Bardzo przeżył Mszę odprawioną podczas lipcowego spotkania wspólnot terapeutycznych w Marianówku koło Kołobrzegu przez biskupa Antoniego Długosza, był pod jej wielkim wrażeniem. Chyba wtedy po raz ostatni przyjmował Komunię. Wtedy także postanowił utworzyć domy św. Franciszka, o surowej, zakonnej regule, w których zwracano by uwagę przede wszystkim na aspekt duchowy człowieka. Jeden taki dom już powstał”.
Również kilka lat temu na terenie ośrodka przy Marywilskiej zaczęto wznosić figurę Chrystusa Miłosiernego. Jeden z mieszkańców opowiada: „To był pomysł Marka. Wszyscy się do niego zapalili, a potem, kiedy pojawiły się trudności, wszystkim przeszło. Marek bardzo chodził przy tym pomyśle, powtarzał, że to się uda, że nie ma rzeczy niemożliwych. No i udało się. Czasem żartujemy, że nocą, kiedy wszyscy śpią, figura Chrystusa zamienia się w figurę Marka, któremu opadają ręce”.
Na dwa tygodnie przed śmiercią szef „Markotu” zamówił koszulki z napisem „Jesus inside”. Z tyłu – podobizna Marka Kotańskiego.
„Kotan” bardzo przeżywał brak akceptacji dla jego osoby ze strony części hierarchii kościelnej. W ogóle potrzeba akceptacji była chyba jednym z najważniejszych składników jego osobowości. Choć w gronie jego przyjaciół było wielu księży (w gabinecie Kotańskiego zawsze wisiał komplet szat liturgicznych, na wszelki wypadek), odmówiono mu poświęcenia kaplicy na terenie „Markotu”.
Przeszedł dwa zawały, miał wszczepione by-passy. Nie dbał o siebie, nie mówił o śmierci. Tylko raz pozwolił sobie na osobiste wyznanie: „Całe życie buntuję się przeciwko śmierci. Ona idzie za mną. Jestem wciąż w jej epicentrum”.
Kotański od dawna nie angażował się w bezpośrednią pracę w strukturach stworzonych przez siebie instytucji. „On był od wizji, od nadawania kierunku, a funkcjonowaniem tego wszystkiego zajmowała się grupa jego współpracowników – mówi Jagoda Władoń. – Śmierć Marka nie oznacza końca »Monaru«. Jesteśmy to winni i jemu, i naszym podopiecznym. Umiemy to robić, jestem o tym przekonana. Ale nie potrafię sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł go zastąpić. Dlatego zdecydowaliśmy, że nie będzie następcy Marka. Będziemy kierować tą ogromną organizacją kolegialnie, pod jego duchowym patronatem”.
Strukturę stowarzyszenia tworzy dziś 11 grup „streetworkerów”, warszawskie pogotowie „Monaru”, noclegownie-przytuliska dla czynnych narkomanów, własne oddziały detoksykacyjne, sieć 30 poradni-ambulatoriów, 30 ośrodków rehabilitacji narkomanów, mieszkania readaptacyjne, miejsca w hostelu lub w jednej z trzech osad, dla osób nie będących w stanie funkcjonować samodzielnie, w których można mieszkać do końca życia. Monarowskie ośrodki istnieją też na Ukrainie i w Rosji (Irkuck i obwód kaliningradzki). Prowadzą je wychowankowie polskich placówek. Specjaliści „Monaru” szkolą terapeutów z Azji, Wschodniej Europy, ale także z Zachodu. Z kolei „Markot” to 83 placówki dla bezdomnych.
Puste miejsce
Jagoda Władoń: „Marek niesłychanie wierzył w ludzi. Zawsze powtarzał, że nie ma takiego momentu, kiedy można człowieka przekreślić, powiedzieć, że jemu nie możemy już pomóc. Oszukiwali go, uciekali, a potem on ich przyjmował z powrotem. Wierzył, że dopóki pacjent jest żywy, ma szansę na wyjście z nałogu. Dlatego dwa lata temu poszliśmy na kompromis i »Monar«, który od początku miał czysto abstynencyjny charakter, zaczął prowadzić programy także dla ludzi, którzy nie chcą przestać brać. Dla wielu to kontrowersyjne, ale my uważamy, że mamy obowiązek im pomóc”.
„Marek, którego nazywaliśmy »Kitą«, był prekursorem w leczeniu narkomanii w Polsce i tej zasługi nikt mu nie odbierze – uważa siostra Małgorzata Chmielewska. – Podobnie było z AIDS: był kimś, kto potrafił pokazać problem w mediach, zaintrygować nim ludzi. Byłam krytyczna wobec metod stosowanych w części schronisk dla bezdomnych prowadzonych przez »Markot«, uważając, że domy te niepotrzebnie »uzależniają« ludzi od siebie, że część przebywających w nich pensjonariuszy mogłaby radzić sobie samodzielnie. W tym się różniliśmy”.
„Ale – dodaje siostra Chmielewska – tym bardziej cieszyło mnie, kiedy mówiliśmy jednym głosem. Pamiętam naradę z przedstawicielami Kas Chorych przed trzema laty, kiedy rozstrzygała się kwestia leczenia ludzi nie ubezpieczonych, czyli większości naszych pacjentów. Pewna ważna pani wypowiedziała pod adresem Marka Kotańskiego zarzut, że szpitale, które on prowadzi, są nielegalne. On wstał i powiedział dosadnie, że w tej sytuacji ma gdzieś nielegalność, ale jeśli ta pani przyjmie jego pacjentów, to on chętnie zamknie te nielegalne szpitale. Mnie jako siostrze zakonnej nie wypadało tego powiedzieć, ale myślałam wtedy tak samo”.
Siostra dodaje: „Jego dzieło przetrwa. Myślę, że jego współpracownicy potrafią je pociągnąć. Choć miejsce po Marku zostanie puste. Szkoda, że odszedł tak wcześnie”.
Wypowiedzi Marka Kotańskiego pochodzą z wydanej przez niego książki „Sprzedałem się ludziom”.
|