Ludzie z innego świata

Dariusz Piórkowski SJ z Berlina 




Są w całej Europie. Anglicy nazywają ich undocumented persons, dla Włochów to clandestini, Francuzów – sans-papiers, Niemców – Illegale. W oczach urzędów weszli w konflikt z prawem, a ich przestępstwo polega na samej egzystencji na obcej ziemi. Brak im tak cennego papieru: pozwolenia na pobyt. Jak to jest: żyć jako „nielegalny”?










Ta Afrykanka z Ghany, która starała się w Niemczech o azyl i nie dostała go, prowadziła wiosną 1999 razem z dwójką dzieci strajk głodowy na lotnisku we Frankfurcie.




Można znaleźć jeszcze inne określenia: „ludzie, których nie ma”, „bezimienni”, „żyjący w świecie cieni”, aż po „postmodernistyczne wolne ptaki”. Poetyckie zwroty nie usuwają jednak kryminalnego podtekstu słowa „nielegalny”, stworzonego przez prawo i media. Szacuje się, że niemiecki świat ludzi bez „papierów” liczy 500 tys. do miliona osób; w samym Berlinie jest ich 100 tys. 
W publicznej debacie „bezimienni” pozostawali długo tematem tabu. Milczenie zostało przerwane, gdy niemiecki socjolog i jezuita Jörg Alt opublikował w 1999 r. studium „Nielegalnie w Niemczech”, poprzedzone kilkuletnimi kontaktami z „nielegalnymi” imigrantami. Alt, który wszedł w ich świat, pisał: „Publiczna dyskusja na temat przestępczości »nielegalnych« migrantów jest w dużej mierze polemiczna, gdyż nie czyni prawie rozróżnienia między niedozwolonym wjazdem a niedozwolonym pobytem, przewinieniem spowodowanym koniecznością życiową i brakiem alternatyw oraz zaplanowaną, poważną działalnością przestępczą”. 

Areszt nad Odrą

Poniedziałkowy poranek. Jak zwykle jadę pociągiem do oddalonego kilkadziesiąt kilometrów od Berlina nadgranicznego Eisenhüttenstadt. Do uchodźców i imigrantów, zamkniętych w areszcie deportacyjnym. To „mieszanka” z całego świata: próbowali tu szukać lepszego życia, nie powiodło się. Teraz miesiącami czekają na deportację do rodzinnego kraju. 
Już pod bramą słyszę okrzyki aresztantów: „Witaj! Jak leci? Przyniosłeś gazetę?”. W środku cały sztafaż zabezpieczeń, strażnicy, kolejne drzwi – i docieram do „mieszkańców”. W pierwszej celi siedzi „nowy”, przywieźli go wczoraj. Dobrym niemieckim Tono opowiada ze wstydem: „Zwinąłem parę drobnostek ze sklepu i przyłapali mnie. Nie powinieneś się dziwić, że ludzie czasem coś zwędzą. Gdyby cię wyrzucono z pracy, nie wypłacono i tak marnej pensji, gdybyś nie miał co jeść, co byś zrobił? No, co?”
W innej części aresztu umieszczani są osobno muzułmanie. Oni najbardziej cieszą się z moich wizyt. Kerat zaprasza do celi, częstuje sokiem: „Jak żyłem na wolności? Gdzie nie idziesz, towarzyszy ci lęk. W metrze, pracy, sklepie. Idzie za tobą jak cień. I te wpatrujące się w ciebie oczy. Nigdy nie wiesz, czy wśród tego tłumu nie znajdzie się ktoś, kto doniesie. A w Turcji czeka mnie więzienie, potem wojsko. Nie chcę wracać”.
„Nielegalni” nie stanowią jednolitej grupy. Są wśród nich uchodźcy w rozumieniu konwencji genewskiej, którzy nie czują się dostatecznie chronieni przez tutejsze prawo azylowe. W Niemczech azyl otrzymać może ten, kto jest prześladowany przez organy państwa ze względów politycznych. Starający się o azyl nie czują jednak różnicy między razami policji, a kopniakami mafii czy guerilli. Sudańczyk Anchi, którego podanie o azyl odrzucono, opowiada: „Gdy miałem 14 lat, rodzice zginęli w wojnie domowej. Uciekłem przed handlarzami niewolników. Udało mi się dostać na statek do Europy, dotarłem do Niemiec”. Anchi musi wracać do Chartumu. Dlatego, obawiając się podobnego losu, szukający schronienia unikają procedur azylowych. A w przypadku innych, uznanych wprawdzie za uchodźców, postępowanie azylowe ciągnie się latami. Niektórzy tego nie wytrzymują, tracą cierpliwość, znikają ze schronisk dla azylantów.
Kolejna ogromna grupa to migranci zarobkowi. Przyjeżdżają, zmuszeni biedą czy bezrobociem. Niektórzy nie chcą zatrzymywać się na stałe: pragną zarobić (nielegalnie) i wrócić. Spory odsetek migrantów stanowią też ofiary handlu ludźmi, zwłaszcza dzieci i kobiety zmuszone do prostytucji. W końcu „życie w krainie cieni” prowadzą zwykli przestępcy, tworzący mafijne sitwy czy handlarze narkotyków.
 
Poszukiwani, tolerowani...

„Nielegalni”, mimo społecznego potępienia, są tolerowani, gdyż przynoszą niektórym grupom profity: firmy werbują kiepsko opłacanych robotników z zagranicy, bo inaczej nie wytrzymałyby konkurencji. Najbardziej nieprzyjemną cechą „nielegalnych” dla politycznego i ekonomicznego establishmentu nie jest więc ich obecność, lecz to, że w pewnych gałęziach gospodarki są niezbędni. „Nie jest tajemnicą, że na największej budowie Europy, w Berlinie, w latach 90. nie dotrzymanoby planowanych terminów ukończenia rządowych obiektów bez nielegalnych robotników budowlanych – twierdził prof. Klaus Bade z Uniwersytetu w Osnabrück w „Süddeutsche Zeitung”. – Społeczeństwo dotknięte jest przez obłudę, gdyż nastawia się na nieregularne i nielegalne zatrudnienie, które właśnie dlatego, mimo całej polityczno-populistycznej retoryki, otrzymuje sporą dawkę cichej akceptacji i milczącej, urzędniczej cierpliwości”. Podobnie jest we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech.
„Nielegalni” pracują w miejscach, które pozwalają im nie być łatwo zauważonymi przez niepożądane osoby. Wykonują prace, o których Brytyjczycy mówią z sarkazmem „3D jobs – dirty, demeaning, difficult” (brudne, poniżające i trudne). Mężczyźni najmowani są na budowy, do restauracyjnych kuchni, pralni, do przeładunku towarów. Kobiety pracują w gastronomii, rolnictwie, sprzątają hotele i domy, opiekują się dziećmi lub starszymi, są służącymi. 
Lęk przed zdemaskowaniem i deportacją, który wśród „nielegalnych” najboleśniej dotyka uchodźców, prowadzi do faktycznego pozbawienia ich praw. Sytuację pogarsza fakt, że pomaganie „nielegalnym” bez powiadomienia o tym urzędów jest karalne. Wielu ludzi dobrej woli staje więc przed dylematem: denuncjować albo łamać prawo. Nawet jeśli nieprzekazanie informacji rzadko jest karane, to wiele organizacji kościelnych, charytatywnych czy lekarzy doświadcza tego konfliktu. 
„Nielegalni” unikają więc instytucji państwowych w obawie przed aresztowaniem. Ciężko chorzy nie zgłaszają się do szpitala, rodzące kobiety skazane są na niefachową pomoc krewnych. Chirurdzy operują „nielegalne” ofiary wypadków, powołując się na przysięgę Hipokratesa, która zobowiązuje do leczenia bez pytania o dokumenty. Rodzice nie zgłaszają dzieci do szkoły. „Dzieci te rozmawiają między sobą jedynie o doznawanych krzywdach. Ucieczka i życie w podziemiu czyni je psychicznie okaleczonymi” – opowiada ks. Alt.
Skutkiem życia „w ukryciu” jest bezbronność wobec wszelkiego wyzysku: wygórowane żądania w pracy, wysokie czynsze czy szkodliwe dla zdrowia kwatery, niewypłacone czy zaniżone pensje. Gdyby „nielegalny” pracownik wniósł skargę przeciw przełożonemu, nie byłaby przyjęta – w obliczu prawa człowiek taki jest nikim. W tej sytuacji może pomóc jedynie mafia. „Niektórzy w desperacji wzywają specjalne »brygady z Pragi«, by przybyły i zrobiły porządek” – pisze niemiecki jezuita.
Preambuła niemieckiej konstytucji mówi: „Godność człowieka jest nienaruszalna. Jej szanowanie i ochrona jest obowiązkiem każdej władzy państwowej”. Okazuje się, że godność ta schodzi na drugi plan, jeśli człowiek nie istnieje dla państwa. Wydając w maju 2001 oświadczenie o problemie imigracji, niemieccy biskupi katoliccy przypomnieli, że „ludzka godność i wywodzące się z niej prawa mają wartość uniwersalną i nie są zarezerwowane jedynie dla obywateli konkretnego kraju lub osób posiadających prawo pobytu na jego terenie”. 
Pozostają organizacje kościelne i charytatywne: one są przystaniami, do których zgłaszają się zdesperowani uchodźcy. Kościoły niemieckie, katolicki i ewangelicki, wspierają imigrantów, czasem udzielają im nawet schronienia czy wręcz azylu. „Lekarstwa, wizyty lekarskie, operacje, czynsze itd. kosztują jednak wiele. Rozmiar problemu przekracza możliwości Kościoła – mówi ks. Alt. – To dodatkowy powód, oprócz względów humanitarnych, który nie pozwala nam dłużej milczeć”. Kard. Georg Sterzinsky, arcybiskup Berlina, w jednym z wystąpień mówił, że „również nielegalny imigrant musi znaleźć swe miejsce w Kościele lokalnym”. I nie tylko w Kościele: „Oczekuję czynów, a mianowicie ustawodawstwa. Nie jutro, lecz teraz” – apelował kardynał do polityków.
Biskupi domagali się od polityków podjęcia konkretnych kroków: stworzenia możliwości kształcenia dla dzieci „nielegalnych” imigrantów, dostępu do świadczeń socjalnych i medycznych i prawnej ochrony przed wyzyskiem pracodawców. 

Godność i prawo

Ferment wywołany przez Kościół wydaje owoce. Wiosną tego roku parlament przyjął dyskutowany od dawna projekt ustawy o imigracji. Ustawa otwiera możliwość bezterminowego pobytu dla wykwalifikowanych specjalistów i naukowców oraz wprowadza regulacje, umożliwiające skrócenie procedury azylowej i gwarantujące ochronę dla osób prześladowanych przez organizacje niepaństwowe, np. przez grupy społeczne i religijne. Zobowiązuje również obcokrajowców do uczestnictwa w obowiązkowych kursach niemieckiego. Nowe prawo nadal nie poświęca jednak „bezimiennym” ani słowa. Ważne jednak, że podjęto pierwszy, choćby pośredni krok w kierunku polepszenia ich losu. 
Areszt w Eisenhüttenstadt, popołudnie. Spoglądam na zegarek: czas wracać. Słucham jeszcze opowieści Walii: „Zostało mi dwa miesiące. A potem co się ze mną stanie? Wyślą mnie do Moskwy. Wyrzucą na lotnisku i co zrobię? Jestem już stara. Przecież nic złego nie zrobiłam. Dlaczego nie mogę zostać?”. Współczuję Walii, bo polubiłem tych ludzi, ich inny świat. I zrozumiałem, że „żaden człowiek nie może być nielegalny” (Elie Wiesel).

Ks. Dariusz Piórkowski pracuje w berlińskim biurze Jezuickiej Służby Uchodźcom. W ramach praktyki duszpasterskiej odwiedza „nielegalnych” w aresztach deportacyjnych w Berlinie i Eisenhüttenstadt.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl