Polaków portret religijny

Edyta Mętel



Jak wyglądała w ostatnich latach religijność Polaków – nie ta odświętna, nie ta prezentowana podczas papieskich wizyt, ale ta na co dzień? Na czym się opiera, z czego czerpie? Co się w niej zmienia po roku 1989? I dokąd zmierza?



„Polska ma jeden wielki plus: jeszcze kościoły są pełne w niedzielę, jeszcze nie ma kryzysu powołań w seminariach diecezjalnych, jeszcze jest dużo młodzieży zaangażowanej w ruchach i duszpasterstwach akademickich... Jesteście jeszcze w stanie przygotować wiernych na nadejście nowej kultury” – takie perspektywy polskiej religijności prezentował w „Więzi” (z marca tego roku) ks. David Sullivan Mafr, Irlandczyk mieszkający w Polsce.
Maria Sroczyńska, autorka analizy „Fenomen religijności ludowej w Polsce – ciągłość i przeobrażenia” (w pracy: „Kościół i religijność Polaków 1945–1999”, wydanej dwa lata temu przez Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego) dowodzi z kolei, że mimo różnic środowiskowych cechy tradycyjnej religijności ludowej, jaka ukształtowała się między wiekiem XVI a XVIII, przetrwały w polskim społeczeństwie do wieku XX. Dominacja szlacheckiego stylu życia, słaby rozwój miast i przenoszenie do nich kultury wiejskiej spowodowały, że powstało społeczeństwo wyznające szlachecko-chłopski system wartości.
Sroczyńska wymienia charakterystyczne cechy religijności ludowej: nacjonalizm wyznaniowy („Polak i katolik to jedno”); społeczny i parafialny charakter tejże religijności (najpierw jest ona sprawą życia zbiorowego, a dopiero wtórnie indywidualnego); aintelektualizm, który sprzyja powierzchowności w traktowaniu spraw religijnych; szacunek i przywiązanie do duchownych, którzy są autorytetami w także sprawach pozareligijnych; tradycjonalizm i rytualizm, które wiążą się bardziej z przestrzeganiem obrzędów i przepisów niż etyki ewangelicznej; akcentowanie uczuciowej strony religii, bez dostatecznego pogłębienia. I wreszcie słaby związek religijności z moralnością życia codziennego.
Niech ten opis będzie odniesieniem dla analizy nowych zjawisk w życiu religijnym Polaków.

„Nic nie trzeba robić, aby być katolikiem” 

Według danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego, 91 proc. Polaków wierzy w istnienie Boga, 72 proc. w niebo, dwie trzecie w zmartwychwstanie, a 41 proc. w piekło. Poprawną wiedzę o Chrystusie, Bogu i człowieku, posiada niewiele ponad jedna czwarta.
Wśród wierzących przeważają kobiety, mieszkańcy wsi i miast do 20 tys. mieszkańców, osoby z wykształceniem podstawowym i zawodowym, rolnicy, emeryci i renciści. Przedsiębiorcy, biznesmeni, osoby z wyższym wykształceniem, mieszkańcy miast ponad 100-tysięcznych rzadziej deklarują się jako wierzący i głęboko wierzący. Najbardziej religijne są osoby, które przekroczyły 55. rok życia, a najwyższy wskaźnik ateizacji notuje się wśród 18-25-latków. 
Wierni wciąż najliczniej gromadzą się na tzw. rytuałach jednorazowych. Chrzest za bardzo ważny uznaje 90 proc., ślub kościelny – 88 proc., pogrzeb kościelny – 92 proc. (dane z raportu Ireny Borowik i Tadeusza Doktóra, „Religijny i moralny pluralizm w Polsce”, Kraków, 2002).
Według badań prowadzonych w 1991 r. przez Zespół Wyznań Religijnych GUS i Zakład Socjologii Religii SAC, zbiorowość tzw. katolików niedzielnych (osób praktykujących regularnie lub nieregularnie, tj. przynajmniej raz w miesiącu) obejmuje około 80 proc. społeczeństwa. Sroczyńska twierdzi jednak, że tendencja do pogłębiania religijności na płaszczyźnie życia codziennego nie należy do dominujących, a odsetek katolików przyjmujących taką postawę sięga najwyżej 15 proc. Dlaczego?
Zdaniem Pawła Fudali, studenta teologii, problem tkwi w mentalności Polaków: „Popularne jest myślenie: »Wszystko i tak zależy od Kwaśniewskiego czy Millera, a pobożność od Papieża. Ja nic nie mogę«. Inaczej powie Amerykanin: »Moja wiara, podobnie jak mój biznes, zależy ode mnie«. Natomiast w Polsce nie trzeba nic robić, aby być katolikiem”.
„Dziś sacrum to energia. Liczy się samozbawienie, tu i teraz – mówi Zbigniew Pasek, religioznawca z Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Człowiek chce być zdrowy, szczęśliwy i spełniony. »Moc jest z tobą« – słyszy. Dobry Bóg z niezrozumiałą teologią jest w kryzysie. 30 proc. Polaków wie, o co chodzi w katolicyzmie, a kilkanaście procent stara się to realizować. Odpadli ci, którzy kiedyś praktykowali na złość komunie. W moim otoczeniu pogłębione życie religijne dotyczy jednostek, większość idzie do kościoła z przyzwyczajenia lub przez szacunek dla tradycji. Albo kawalerka chce dobrać pieniądze do flaszki, spotkać znajomych. Większość goni za pieniądzem, ma męża pijaka i swoją rację... I ta racja jest ważniejsza od autorytetu Kościoła”. 

Wiara coraz bardziej selektywna?

Ks. Witold Zdaniewicz, współautor pracy „Kościół i religijność Polaków 1945–1999”, przedstawia odpowiedzi respondentów na pytanie: „Co jest warunkiem bycia chrześcijaninem?”. Okazuje się, że dla 97 proc. badanych jest to wiara w Boga, przestrzeganie dziesięciorga przykazań dla 92 proc., modlitwa dla 67 proc., zaś niedzielna Msza dla 63 proc. Tylko zdaniem jednej czwartej model wzorowego chrześcijanina zakłada powstrzymanie się od przedmałżeńskich kontaktów seksualnych, a ponad 40 proc. nie traktuje tej normy jako „niezbędnej” dla chrześcijanina. Podobnie jest z zakazem antykoncepcji: jako wiążący uznaje go tylko 25 proc. badanych.
„Trzeba zapytać, gdzie podziała się odpowiedzialność za wolność, odpowiedzialność za drugiego” – powie ks. Zdaniewicz. – „Kiedyś, jeśli człowiek grzeszył, a grzeszył, miał świadomość, że postępuje źle, dziś często tego nie dostrzega. Akceptacja norm moralnych stoi pod znakiem zapytania. Nowy model katolicyzmu to katolicyzm selektywny”. 
Jeszcze jaskrawiej tendencje te prezentują się w wydanym w tym roku opracowaniu: „Postawy społeczno-religijne mieszkańców archidiecezji łódzkiej”. Z badań tych wynika, że wolną miłość, seks bez ograniczeń, za dopuszczalne uważa 22 proc., współżycie seksualne przed ślubem kościelnym aprobuje ponad 37 proc., zdradę małżeńską 5 proc., rozwód 23 proc., stosowanie środków antykoncepcyjnych 56 proc., zaś przerywanie ciąży 16 proc.
Analizując te dane, ks. Janusz Mariański pisze: „Odchylenia od tradycyjnej moralności seksualnej są tak znaczne, że można mówić o swoistej rewolucji obyczajowej, a nawet moralnej. (...) Wielu katolików, nawet praktykujących w miarę regularnie, wchodzi na drogę selektywności religii. W dziedzinie życia małżeńsko-rodzinnego ujawnia się sedno kryzysu moralnego, drążącego Kościół od wewnątrz i rozdźwięk pomiędzy moralnym nauczaniem Kościoła, a tak zwaną nowoczesną mentalnością. Nawet w tak podstawowych kwestiach, jak poszanowanie ludzkiego życia, poglądy katolików są zróżnicowane i tylko połowa badanych optuje za jego nienaruszalnością od poczęcia do naturalnej śmierci. (...) Wielu młodych katolików wybiera z depozytu wiary to, co odpowiada im z subiektywnego punktu widzenia. Podobni są do klientów supermarketu, wybierających różne towary według własnych potrzeb”.
„Mam poczucie, że młodzi ludzie nie są inni, niż ja kiedyś byłem. Nie możemy dać się zawładnąć stereotypom, obiegowym opiniom o młodzieży” – jezuita Stanisław Obirek do danych socjologicznych podchodzi sceptycznie. „Rzeczy ważne rodzą się w spokoju, w rozmowie, a nie w ankietach – twierdzi o. Obirek. – Jeśli zadowolimy się etykietami, będziemy mieć sytuację jak za czasów Jezusa w Palestynie. A przecież każdy z nas jest dotykany przez łaskę: i jawnogrzesznica jest ważna, i Zacheusz. Poza tym przestrzeganie przykazań to przywilej, nie nakaz. Nakazowo-zastraszający typ argumentacji jest niewystarczający”. 
O. Obirek unika łączenia sfery seksualności z religijnością: „To ryzykowne. Przykład arcybiskupa Paetza, który pewnie jest człowiekiem religijnym, jest ostrzeżeniem, aby mówić o tym ostrożniej. Wystarczy otworzyć Pismo Święte: historia Dawida, seksualność patriarchów... Wystrzegałbym się koncentracji na tej sferze”. 
Co nie znaczy, że o. Obirek nie dostrzega zmian w nastawieniu do małżeństwa: „Rozpowszechniają się tzw. związki na próbę – przyznaje. – Ale to wiąże się z obserwacją, wysoki procent rozwodów skłania do namysłu. Nastąpiło przesunięcie akcentów: ważniejsze od założenia rodziny jest to, by się dobrać. Zapewne jako ksiądz powinienem powiedzieć, że to jest niedobre, ale za dużo widzę...”.

Świadectwo, nie instytucja

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego zajmował się także badaniem opinii Polaków o Kościele katolickim. Wynika z nich, że przeważają opinie pozytywne. Dwie trzecie badanych aprobuje stwierdzenie: „Kościół daje ludziom pomoc duchową”. Niewiele mniej akceptuje opinię, iż „Kościół uczy człowieka prawdy” oraz jego ponadczasowy charakter. Wyjątek stanowi pogląd o zamożności Kościoła („Kościół w Polsce jest bogaty”), z którym zgadza się 58 proc. badanych i zarzut zbytniego zainteresowania władzą doczesną, przy zaniedbywaniu zbawczej misji Kościoła – z tym zgadza się 32 proc.
„Paradygmat ewangeliczny trzeba budować wspólnie. A Kościół w Polsce jest sklerykalizowany – komentuje ojciec Obirek. – Być księdzem dziś to zejść z piedestału i słuchać: dać się ludziom pouczyć, zadziwić. Obrzędy się nie zmieniają, ale ludzie, którzy im się poddają, owszem. Tu jest dramatyczny przeskok: ksiądz nie wie, co tkwi w głowach tych ludzi, a oni sądzą, że ksiądz ich rozumie”. 
„Uzyskane dane potwierdzają wnioski z innych badań sondażowych, z których wynika, że wśród katolików w Polsce dominuje pogląd, iż głównym obszarem aktywności publicznej Kościoła powinna być sfera ubóstwa” – tak pisze w opracowaniu Instytutu Arkadiusz Łankowski. – „Badania socjologiczne wykazują, że im bardziej zalecenia Kościoła są »wiążące życiowo«, a do takich należą zalecenia w zakresie moralności motywowanej religijnie, tym częściej są one przez wiernych odrzucane. Tak też można tłumaczyć prawie 45-procentowe wskazania opinii niechętnych publicznym wypowiedziom Kościoła na tematy związane z moralnością”. 
Łankowski dowodzi, że za najmniej właściwe badani uznali zabieranie głosu przez przedstawicieli Kościoła w sprawach dotyczących mediów i życia politycznego kraju. Trzy czwarte Polaków nie widziało uzasadnienia dla publicznych wypowiedzi duchownych na temat polityki rządu. Zaś negatywne opinie na temat głównego celu działań Kościoła wyrazili najlepiej wykształceni respondenci: 39 proc. badanych z wyższym wykształceniem podzielało pogląd, że Kościół jest zainteresowany przede wszystkim władzą doczesną. Natomiast z tym, że Kościół jest zainteresowany głównie zbawieniem człowieka, zgadzało się 24 proc. osób z wykształceniem wyższym.
„Inteligencja zdaje sobie sprawę z roli Kościoła, ale nie traktuje wszystkiego, co mówi Kościół tak, jakby to pochodziło od Boga” – komentuje te dane Zbigniew Pasek, który uważa, że najbardziej wykształconą religią w Polsce nie jest katolicyzm, ale buddyzm. 
Pasek jest przekonany, że przyszłość katolicyzmu w Polsce zależy od tego, jak duszpasterze będą mówić dzieciom o Bogu, jak księża będą formowani w seminariach i jak będą świadczyć, sobą – czy będą ważne pieniądze za sakrament, czy sam sakrament? 
„Jeśli ludzie znajdą w Kościele świętych, pójdą tam – mówi Pasek. – Za jakiś czas także w Polsce nastąpi kontestacja materializmu, wtedy szczególnie ważna będzie postawa Kościoła. A Kościół to krew męczenników i święci. Szansą są też kościelne ruchy odnowy. Ale powodzenie tych ruchów zależy także od Kościoła. Od tego, jak będzie postrzegany”.

„Religia konkurencyjna”

Mieszkańców archidiecezji łódzkiej pytano o cechy, które cenią u swoich księży. Dobre nastawienie do ludzi, otwartość, uczynność, życzliwość, poczucie sprawiedliwości, tolerancja – takie zalety wymienia ponad jedna trzecia badanych. Pracowitość, uczciwość, skromność, szczerość, prawdomówność i dyskrecję docenia już tylko 16 proc. Godne uznania są także: głęboka wiara, rozmodlenie, gorliwość w pełnieniu służby Bożej, zdolności organizacyjne, troska o biednych i potrzebujących, zdolności duszpasterskie, wykształcenie, kultura osobista, praca z dziećmi i młodzieżą.
Wśród cech, które najbardziej nie podobają się wiernym, najwięcej wskazań (21 proc.) dotyczyło materializmu, chciwości, skąpstwa i interesowności u duchownych. Badanym (9 proc.) nie podoba się też ich zaangażowanie polityczne. Wśród innych nie aprobowanych zachowań znalazły się: brak szacunku dla ludzi, brak kontaktu z wiernymi, hipokryzja, pijaństwo, niemoralne prowadzenie się, brak tolerancji, nieprzestrzeganie celibatu i hazard.
Młodzi z archidiecezji łódzkiej uczestniczyli w badaniu motywacji, wpływających na ich udział we Mszy. Okazuje się, że chodzenie na Mszę jako wypełnianie nakazu sumienia deklaruje jedna czwarta, dostosowanie się do zwyczaju – 15 proc., przeżycie religijne – 14 proc., dostosowanie się do wymagań rodziny – 8 proc., wypełnianie obowiązku wobec Kościoła – 7 proc. (9 procent jako powód podaje „coś innego”). 
Podobne rezultaty uzyskano w 1998 r. w badaniach ogólnopolskich. W ankiecie było też pytanie: „Czy jest coś w sposobie odprawiania Mszy w Twoim kościele, co chciał(a)byś, by się zmieniło?”. Pozytywnie odpowiedziało na nie 33 proc. badanych, 31 proc. negatywnie. Wśród propozycji zmian znalazły się: właściwe podejście do liturgii („żeby Msze nie były nudne”), lepsza jakość kazań („żeby były ciekawsze, mądrzejsze”), ich odpolitycznienie („żeby nie było nic o polityce”), oprawa muzyczna („żeby pieśni nie były śpiewane jak w moim kościele”), jakość ogłoszeń parafialnych („żeby były krótsze i bardziej taktowne”).
Ks. Janusz Mariański uważa, że w świetle tych materiałów nie do utrzymania jest teza o wyraźnej przewadze motywów religijnych nad społeczno-obyczajowymi. Choć zarazem motywy przyzwyczajenia, tradycji, zwyczajów środowiskowych i rodzinnych mogą zawierać oprócz treści „społecznych” także religijne. 
Irlandczyk Sullivan pisał w „Więzi”: „Żyjemy dziś w świecie, w którym jest wiele atrakcji, a niektóre z nich są o wiele bardziej pociągające niż niedzielna Msza. Dziś ludzie mogą robić wiele rzeczy w niedzielę: odpoczywają po sobotnich zabawach lub po ciężkiej pracy podczas tygodnia. Religia musi być dla nich czymś konkurencyjnym. Jeśli Msza nie jest odprawiana w sposób przyciągający zainteresowanie, a kazanie nie jest dobrze przygotowane, zniechęca to wielu ludzi do obecności w Kościele”.

„Strażnik z miłości”

„Wbrew pozorom, liczba głęboko zaangażowanych katolików wzrasta – twierdzi jednak ks. Andrzej Dziedziul, gospodarz warszawskiego hospicjum przy ul. Wileńskiej. – Widać to po tym, jak rozwijają się wspólnoty religijne, ruchy odnowy, a także hospicja. I po tym, jak zmienia się stosunek wobec niepełnosprawnych”. Ksiądz Dziedziul uważa, że człowiekowi nie starcza życie pozorami. Że w ludziach istnieje głód Boga, który jest źródłem dobra: „Życie wiarą jest realistyczne, a jako chrześcijanie nie jesteśmy powołani do spokoju. Nadzieję dostrzegam w poruszeniu laikatu, w zaangażowaniu świeckich” – mówi ksiądz.
„Człowiek jest istotą pełną sprzeczności i one ujawniają się świetnie w życiu religijnym” – przekonuje Irena Borowik, socjolog religii z UJ. Borowik sądzi, że rozbieżność między procentem tych, którzy deklarują swą religijność, a wyraźnie mniejszym procentem tych, którzy realizują w swym życiu nakazy wiary nie jest specyfiką Polski. Borowik: „Co do Kościoła – może on być w tej sytuacji strażnikiem z rózgą. Ale można być też strażnikiem z miłości”.
Ks. Janusz Mariański: „Już stary Kisiel domagał się wypracowania teologii zysku – i zdaje się, że nikt do tej pory takiej teologii nie stworzył. Myśląc o duszpasterstwie, mam wrażenie, że księża trochę się nauczyli w ciągu tych 10 lat i widzą, że trzeba przejść od stylu dyrektywnego i paternalistycznego do bardziej partnerskiego, do liczenia się z wolą innych”. 
Ks. Mariański sądzi, że miejscem dialogu księży z wiernymi mogłyby być rady duszpasterskie w parafiach („Gdyby w Polsce autentycznie działały”). Potrzebna jest też „zasadnicza zmiana modelu duszpasterstwa, której kierunek można by za niemieckimi pastoralistami określić jako przejście od duszpasterstwa urzędowo-nakazowego do zdobywczo-poszukującego, od duszpasterstwa nastawionego na świadczenie posług do duszpasterstwa ukierunkowanego na ewangelizację i tworzenie wspólnot”. 
Trzeba wreszcie na koniec powiedzieć, zaznacza ks. Mariański, że „socjolog, który bada Kościół metodami właściwymi jego dyscyplinie – za pomocą statystyk, sondaży itp. – winien pamiętać, że poza tym wszystkim istnieją też imponderabilia łaski Bożej, która przecież dla socjologa jest nieuchwytna. Losy Kościoła, jego przyszłość, i tak zależą ostatecznie od Ducha Świętego”.

„Z wyboru”, mniej „z urodzenia”

Dzisiejsza religijność Polaków różni się już od tej sprzed dziesięciu lat. Choć, jak twierdzą niektórzy, w Polsce wciąż trudniej być niewierzącym, bo to wymaga uzasadnienia, to jednak młodzi, wykształceni i zamożni – zaczyn klasy średniej – coraz częściej od religii odchodzą albo traktują ją coraz bardziej wybiórczo. 
Jednocześnie rośnie – powoli, ale jednak – liczba osób deklarujących się jako głęboko wierzący: co dziesiąty mieszkaniec dużego miasta i co dziesiąta osoba z wyższym wykształceniem należy do grupy tych najbardziej religijnych. Na masową skalę chrześcijaństwa w pełni świadomie wybranego i przeżywanego, chyba jednak w Polsce nie będzie. Ale nie będzie także determinizmu religijności „z urodzenia” – Kościół przyszłości będzie bardziej Kościołem z wyboru. A na wybór ów wpłynie między innymi postawa samego Kościoła.
Jak to powiedział ks. Stanisław Obirek: „Religijność będzie taka, jak my. Ty i ja. Za innych nie warto odpowiadać”.

Przy pracy nad tekstem wykorzystano prace: Maria Sroczyńska „Fenomen religijności ludowej w Polsce – ciągłość i przeobrażenia” (w: „Kościół i religijność Polaków 1945–1999”, praca zbiorowa pod red. ks. Witolda Zdaniewicza i Tadeusza Zembrzuskiego, wyd. 2000); Arkadiusz Łankowski „Opinie o Kościele katolickim” (j.w.); David Sullivan „Kościół stracił więcej niż Pan Bóg. Czy Polacy pójdą w ślady Irlandczyków?”, „Więź” 3/2002; Ks. Janusz Mariański głos w dyskusji „Więzi” (j.w.); Ks. Janusz Mariański „Postawy i zachowania religijno-moralne. Globalne postawy wobec religii” (w: „Postawy społeczno-religijne mieszkańców archidiecezji łódzkiej”, wyd. 2002).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl