Kompetentnie o niekompetencji 




Z prof. Ewą Łętowską, sędzią Trybunału Konstytucyjnego, rozmawiają Krzysztof Burnetko i Michał Nawrocki


TYGODNIK POWSZECHNY: – Rozmowę o niekompetencji najlepiej zacząć od jej pozytywnego przeciwieństwa. Jak rozumieć słowo kompetencja? 
EWA ŁĘTOWSKA: – Dla prawnika kompetencja to zakres tego, co może robić władza. Ale w prawie – i to wedle klasycznych już określeń – kompetencja nie ogranicza się do uprawnień, ale oznacza też związane z nimi obowiązki. Chodzi zatem o skorelowanie tego, co wolno i co można, z tym, co jednocześnie trzeba. Nie powinno być tak, że z przyznanej mi kompetencji wybieram sobie to, co akurat jest dla mnie wygodne, a to, co mi nie pasuje, zwalam na kogoś. Nie powinienem też próbować przechwytywać jakichkolwiek kwestii z obszaru cudzych kompetencji. Takie pojmowanie kompetencji wydaje się być zasadne nie tylko dla sfery prawa, ale i dla innych dziedzin życia publicznego.

Władze mają instrumenty

– Zatem kompetencja to jednocześnie przywilej i obowiązek?
– Tak, choć nie tyle przywilej, co uprawnienie. Jest to istotne zwłaszcza z punktu widzenia jednej z elementarnych zasad nowoczesnego państwa: podziału władzy i podziału kompetencji. Powoli zaczyna ona funkcjonować i w Polsce, ale się jeszcze nie zakorzeniła. Jak wiadomo na poziomie państwa kompetencje dzieli się między władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Efektem podziału i zrównoważenia kompetencji ma być sprawne – oraz gwarantujące obywatelom zachowanie ich swobód i praw – funkcjonowanie państwa. 
Każdej z władz przyznaje się więc inne kompetencje oraz stosowne instrumenty, przy pomocy których ma obowiązek je realizować. Tyle że to, co jest właściwe w przypadku jednej władzy, jest absolutnie nie do przyjęcia w przypadku innej. Przykładem choćby obecny spór rządu z Radą Polityki Pieniężnej. Nawet jeśliby rząd miał rację co do polityki RPP, to nie powinien zapominać, że konstytucja przydzieliła Radzie określone kompetencje i żadna inna władza nie może w nie ingerować. Przepychanki te są złe nie tylko dlatego, że ujawniają złą wolę ważnych instytucji publicznych i destabilizują gospodarkę, ale także dlatego, że burzą podział kompetencji w państwie. 
A czy kompetencja nie jest również kwestią właśnie fachowości w używaniu owych przyznanych instrumentów?
– Będąc rzecznikiem praw obywatelskich często dostawałam sygnały o przypadkach pobicia na komisariatach milicji. Nie chodziło tylko o przypadki represji politycznych, ale o najzwyklejsze sprawy kryminalne. Funkcjonariusze w oczywisty sposób przekraczali kompetencje. Ale oni bili m.in. dlatego, że nie potrafili zebrać materiału dowodowego w inny sposób. Coś mieli, coś wiedzieli, tylko nie przekładało się to na dowody. Przypuszczam zresztą, że ten sam problem istnieje i dziś, jeśli idzie o przygotowanie aktów oskarżenia przez policję i UOP dla prokuratury i sądów: są materiały operacyjne, ale nie da się na ich podstawie sporządzić przekonującego materiału dowodowego i w efekcie sądy muszą wydawać wyroki uniewinniające. 
Zatem kompetencja to także umiejętność, profesjonalizm. Jeśli policjant nie umie fachowo prowadzić przesłuchania, przykuwa podejrzanego do kaloryfera i bije go – tak długo, aż ten się przyzna. Kompetentny znaczy więc: sprawny, dobrze wykonujący swoją robotę. To rozumienie najbliższe jest potocznej intuicji tego pojęcia. Lecz właśnie pod tym względem jest, niestety, najgorzej. Odnoszę to również do swojego środowiska – prawniczego. 

Gdy sąd lubi chudy ser

W czym przejawia się niekompetencja polskich prawników: słabym przygotowaniu profesjonalnym, lenistwie, przekraczaniu uprawnień?
– Często w samym myśleniu o prawie. Na przykład system ochrony praw człowieka przez Trybunał w Strasburgu czy podejście do prawa Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu – to jest fascynujące. A jedną z najmądrzejszych rzeczy tam zaobserwowanych jest zasada proporcjonalności, która obowiązuje przy interpretacji prawa. Sędziowie Trybunału w Strasburgu zakładają, że państwo może wprawdzie ograniczyć prawa obywateli, ale tylko proporcjonalnie w stosunku do celu, jakiemu to ma służyć. W efekcie, jeśli Trybunał oddala skargę obywateli na ich państwo, to często werdykt opiera na następującym rozumowaniu: co prawda państwo naruszyło prawa jednostki, ale zważywszy na cel i inne uwarunkowania, uczyniło to w stopniu proporcjonalnym do okoliczności. Możliwa jest oczywiście sytuacja przeciwna: że sędziowie przyznają racje skarżącym, bo ingerencje państwa w wolności obywatelskie były nieproporcjonalne do okoliczności, wykraczały więc poza to, co państwo ma prawo robić. 
Jak takie podejście wzbogaca warsztat i rozumowanie prawnika! Oczywiście: dużo prościej jest dopasować sytuację do samej litery przepisu i automatycznie go zastosować. Lecz decyzja wydana w ten sposób będzie tyleż sztuczna, co po prostu nie mająca wiele wspólnego ze sprawiedliwością i zdrowym rozsądkiem. Inaczej, gdy posługuję się zasadą proporcjonalności: muszę wtedy wziąć pod uwagę znacznie więcej czynników i umieć to uzasadnić. 
A to wymaga większego wysiłku i jest po prostu trudniejsze. Sugeruje Pani, że polscy sędziowie i urzędnicy rzadko kiedy przy stosowaniu prawa sięgają po takie subtelności? 
– Tak. Albo inna znamienna przypadłość polskiego wymiaru sprawiedliwości: właśnie brak uzasadnień podejmowanych decyzji. Nie wystarczy, by sędzia wydał werdykt – on musi go jeszcze uzasadnić. Aby to zrobić dobrze, powinien umieć przeanalizować wszystkie za i przeciw swojego rozstrzygnięcia. Ocenić – i to surowo – samego siebie. A potem wytłumaczyć publiczności na sali rozpraw, stronom, prokuratorowi i obrońcy, dlaczego skłania się do takiego rozwiązania. Przytoczę starą anegdotę. Pewien sędzia nader delikatnie obszedł się z osobą, która fałszowała mleko przez dolewanie wody. W uzasadnieniu wyroku stwierdził m.in.: „Sąd lubi chudy ser”. To oczywiście żart, ale pokazuje on postawę wciąż występującą w Polsce: sąd (urząd, nauczyciel, lekarz) nie będzie się tłumaczył. 
Taka postawa nie wytrzymuje próby czasu: wedle standardów nowoczesnego państwa sąd – rozstrzygnięcie, a urzędnik – decyzję muszą wytłumaczyć. Więcej: jeżeli chcą uzyskać legitymizację dla swoich rozstrzygnięć, muszą to zrobić tak, by uzasadnienie było zrozumiałe dla wszystkich, nawet laików. Bowiem prawo to instrument kształtowania stosunków między ludźmi. Niestety, często próbuje się je obarczyć zadaniami nośnika wartości czy określonej moralności. Strasznie źle mu to robi. Bo to tylko instrument, by ludzie się nie pozagryzali.
Prawo jest jednak nadzwyczaj subtelnym narzędziem. Jeżeli, dajmy na to, starszy wiekiem frezer ma nagle zacząć pracować na frezarce komputerowej, to będzie miał trudności, choć dotąd na zwykłej maszynie był doskonale precyzyjny. Tak samo jest z prawnikami w Polsce: nagle dostali nowe narzędzie – w postaci choćby prawa europejskiego – i muszą się nauczyć umiejętnie nim posługiwać. 
Kłopot nawet nie w tym, że na razie wciąż wszystkich nie znają – jeżeli czegoś się nie wie albo nie potrafi, to zawsze można się nauczyć. Tyle że trzeba mieć świadomość, iż nie wszystko się wie. I wiedzieć, czego się nie wie. Tę sytuację można porównać do pracy osoby przepisującej cudze teksty. Niekoniecznie musi ona perfekcyjnie znać reguły ortografii, ale powinna wiedzieć, kiedy musi sięgnąć po słownik. To samo dotyczy prawników. Jestem 40 lat po studiach i wciąż twierdzę, że rozszerzanie posiadanego warsztatu zawodowego jest fascynującą przygodą. A są tacy – to kolejny przejaw polskiej niekompetencji – którzy spoczęli na laurach. Przyczyny są różne: człowiek bywa zmęczony, nie chce się mu itd. 
Czy samo prawo nie powinno przewidywać mechanizmów, które wymusiłyby działania kompetentne? Innymi słowy: czy brak kompetencji powinien być zagrożony jakimiś dolegliwościami?
– Gdzieś w latach 70. Sąd Najwyższy zajął się skargą obywatela na przedsiębiorstwo PKS. Wedle rozkładu jazdy ostatni autobus miał odjechać o określonej godzinie. Na przystanku się jednak nie pojawił. Niedoszły pasażer wziął taksówkę, a potem zażądał od PKS zwrotu pieniędzy. Proces stał się sensacją. W PRL władzy udało się zaszczepić wielu ludziom – w tym części prawników – przekonanie, że przedsiębiorstwo państwowe – a więc i PKS – jest cząstką społecznej własności. Każdy więc, kto domaga się zadośćuczynienia od państwowej firmy, uszczupla pulę społeczną – a więc wspólną. Czyli jest egoistą. Tak samo było z produkcją złej jakości. Jeżeli ktoś kupił bubla, to jego problem. Nie będziemy przecież bronić jego indywidualnego interesu. Firmy państwowe – a takich była zdecydowana większość – chronił więc de facto immunitet. Prawnicy mieli zahamowania, by występować w obronie obywateli-konsumentów. Zresztą i poszkodowani nie wierzyli, że ktoś przyzna im rację i niekompetencja zostanie ukarana na drodze sądowej... 
– ... woleli słać skargi do I sekretarza KC PZPR.
– Ta niewiara w prawo jako oręż przeciwko niekompetencji ciągnie się do dziś. 
– Zasadnie? 
– Oczywiście, że nie. Walce z niekompetencją na tym szczeblu służyć ma choćby prawo konsumenckie, które powoli zaczyna się w Polsce rozwijać. Lecz trudno oczekiwać, że mentalność społeczna zmieni się w ciągu 13 lat – a tylko tyle liczy nasz wolny rynek i demokratyczny system prawny. 

...a społeczeństwo nie lubi się schylać

Wolny rynek oraz, na innym polu, demokracja z wyborami, wolnym słowem, debatą publiczną miały być antidotum na buble i fuszerki. Konkurencja w gospodarce po części zadziałała: dziewczęta w sklepach III RP zazwyczaj przynajmniej się uśmiechają, czego trudno było się doczekać od ekspedientek w czasach PRL. Ale już z likwidacją bubli w polityce jest gorzej. Tak czy inaczej ostatecznym środkiem walki z niekompetencją miało być prawo. Ono działa najsłabiej.
– Bo nie wszystko da się uregulować i załatwić przepisami. Na wszelki wypadek powinny istnieć odpowiednie narzędzia prawne, ale nawet w dojrzałych systemach prawnych zdarzają się mechanizmy niedopracowane. Weźmy kwestię odpowiedzialności majątkowej w świetle orzeczeń Trybunału w Strasburgu: jeśli jakieś państwo przegra przed nim sprawę, to musi zapłacić poszkodowanemu obywatelowi odszkodowanie majątkowe. Lecz u nas nie ma przepisu, kto ma je wypłacać. W Polsce do tej pory płaciło ministerstwo spraw zagranicznych. Dlaczego ono? Nie wiadomo. Bo przecież winnym przegranej może być legislator – czyli sejm, senat czy prezydent. Jeśli zaś niekompetentnym okazał się jakiś organ władzy wykonawczej – choćby, co ostatnio najczęstsze, resort sprawiedliwości – to chyba on powinien płacić ze swojego budżetu? Nie mówiąc już, że czasem da się znaleźć bezpośrednio odpowiedzialnego za wpadkę urzędnika. Ale czy on w ogóle wie, że to z powodu jego niekompetencji państwo – czyli podatnicy – muszą płacić grube pieniądze? By już nie wspomnieć o tym, że powinien ponieść odpowiedzialność służbową.
Może my przyzwyczailiśmy się już do niekompetencji? I nawet nie chce nam się na nią reagować. Albo – by sięgnąć po najprostszy i najdrastyczniejszy przykład – do parlamentu wybierani są ludzie w rodzaju Leppera i Wrzodaka...
– Wszędzie na świecie reprezentacja parlamentarna społeczeństwa jest gorsza od poziomu jego elit. To efekt demokracji. Teoria, że w wyniku wolnych wyborów kształtuje się rzeczywiście reprezentatywna grupa przedstawicieli społeczeństwa, jest nieaktualna. Po prostu: wszystko wymaga czasu, kształtowanie nawyków demokratycznych też. Tego trzeba się nauczyć. W tej chwili za oczywiste uchodzi już, że prywatność osób publicznych jest ograniczona, a media mogą wobec nich swobodniej korzystać z prawa do krytyki – m.in. bez ogródek wytykać niekompetencję. Tylko że ta oczywistość ma raptem parę lat. 
Ale rzeczywiście: ludziom w Polsce wielu rzeczy się nie chce. Jak w bajce o Iwanuszce, który sobie leżał na piecu i nie chciał niczego robić. Przykładowo: rzecznika chcieliby sobie ludzie angażować jako swojego adwokata do załatwienia konkretnej sprawy. Z politykami było to samo. Mówili: zrób, załatw za nas. Odpowiadałam: sami sobie to załatwcie. Macie ku temu środki i możliwości prawne. Przykładowo w 1992 r., kiedy kończyłam już urzędowanie, jeden z polityków zarzucił mi, że za swojej kadencji nie podjęłam sprawy Marka Jurka, który poczuł się obrażony, kiedy na okładce tygodnika „Wprost” przedstawiono go jako dzieciątko na ręku Matki Boskiej. Odparłam: pan poseł Jurek jest człowiekiem dorosłym, nie ubezwłasnowolnionym i jeśli ktoś uraził jego uczucia, może sam wytoczyć tę sprawę i ją poprowadzić. Rzecznik jest od czegoś innego.
– Czym jest uwarunkowana taka postawa? Mentalnością? Bagażem historii?
– Mówi się, że społeczeństwa z byłego bloku wschodniego są pasywne właśnie ze względu na wpływy komunizmu. W każdym razie postawa: „mi się nie chce schylić” jest powszechna. Po wyjaśnienie można odesłać do „Ucieczki od wolności” Fromma czy „Buntu mas” Ortegi y Gasseta. Opisali oni społeczeństwo masowe, w którym indywidualny wysiłek nie jest w cenie. Nie wiem, na ile w Polsce nakładają się te dwa uwarunkowania: pierwsze uniwersalne, wynikające z tego, że jesteśmy w społeczeństwie masowym, a teraz jeszcze ponoć globalnym i drugie – nasza historia. Zabory i komunizm, które nauczyły Polaków czegoś fatalnego dla kultury prawnej i dla prawa: że urządzenia prawne i państwo to coś wrogiego człowiekowi. 
Ludzi trzeba uczyć, jak dochodzić swoich praw. Ale jak dziś już wymuszać działania kompetentne? 
– Aby wymusić kompetentne działania, albo je tylko uruchomić, trzeba przede wszystkim wiedzieć, kto ma obowiązek podjąć je wobec nas. Czasem mam wrażenie, że ludzi, którzy piszą skargi, nie obchodzą prawa, na które się powołują. Najważniejsze było, że czuli się nieszczęśliwi albo że mieli interes do załatwienia. I żądają: daj. Próbowałam podpowiadać: ale najpierw musisz sam coś zrobić – a to wnieść sprawę, wykorzystać drogę odwoławczą itd. Rzecznik dopiero wtedy może działać, gdy ktoś da mu punkt oparcia. Choć często musiałam pisać, że owszem, to być może jest problem prawnie chronionego interesu, ale jesteś, drogi korespondencie, w taki położeniu jak wszyscy, bo po prostu tak tutaj jest – takie obowiązuje prawo w naszym państwie. 

Bądź św. Jerzym od czasu do czasu

Czy w innych – nazwijmy to bardziej cywilizowanych – krajach jest inaczej? Jak problem kompetencji widzą inne nacje?
– Wiele lat temu byłam na stypendium w Kolonii. Jak większość polskich stypendystów kopiowałam sobie wiele książek z tamtejszych bibliotek, bo u nas dostępu do nich nie było. Ponieważ te setki stron kserokopii dużo ważyły, więc nie byłam w stanie wwieźć ich do kraju sama. Postanowiłam wysyłać je pocztą. Chciałam skorzystać z niższej taryfy dla paczek z książkami. Przychodzę na pocztę i mówię urzędniczce, że chcę wysłać kilka kopert z książkami, tyle że skserowanymi. Ona zastanawia się i stwierdza, że musi zapytać się zwierzchności. Myślę: chcą mnie zrobić na szaro. Tymczasem, widząc moją minę, ta dziewczyna zaczyna się tłumaczyć: nie dlatego idę się zapytać, że chcę działać na pani niekorzyść, tylko chcę dobrze wykonać moją pracę. Zamurowało mnie. Ona dowartościowała mnie, bo nie chciała, bym się czuła naciągaczką, ale była przekonana, że musi sprawdzić przepisy odnośnie taryfy, bo to należy do jej obowiązków. To się nazywa kompetencja. Nie dość, że zachowała się profesjonalnie jako pracownik poczty, to jeszcze zadbała o mój komfort jako klientki. 
– Czy to niemiecka solidność?
– To budujący przykład kultury pracy i kompetencji. Jest nieprzyzwoita hipoteza, że gdyby Szwedom udało się podbić Polskę, może wtedy Polacy, jako przyzwoity protestancki naród, byliby teraz dobrze urządzeni.
– Polacy pracę traktują przeważnie jako karę. 
– Bo ta praca jest obrzydliwa i odstręczająca. W dużej mierze zależy to od organizacji pracy i jej otoczenia. Oczywiście nie jest tak, że to otoczenie tworzy człowieka i czyni go automatycznie dobrym. Ale w złym otoczeniu szansa na większy procent niedobrych pracowników i niedobrych zachowań rośnie. 
Były szef policji nowojorskiej, komisarz Bratton dowodził, że jeśli gdzieś w mieście długo straszy wybita szyba, to prędzej czy później ściągnie tam żulia, a potem może i przestępcy. Bo wybita szyba oznacza, że w okolicy brakuje gospodarza.
– Tak. Dam budujący przykład z mojego osiedla. To centrum Warszawy, niedaleko Placu Bankowego. Jest tam duży skwer, który niedawno, zresztą budząc gorące spory, odnowiono. Gdy wyszłam z moimi dwoma psami na spacer i zobaczyłam, jak ładnie uporządkowali to miejsce, uznałam: trudno, dawniej tego nie robiłam, ale teraz już będę świecić przykładem. Nabrałam do kieszeni woreczków i zaczęłam zachowywać się przyzwoicie, czyli sprzątać po swoich zwierzętach. Tam wszyscy spacerowicze się znają i pewnie dlatego, że jestem „swoja”, nie skwitowano tego ironicznie. Bo już w Ogrodzie Saskim na widok tej mojej ekstrawagancji ludzie reagowali kpiącymi uśmieszkami i złośliwymi komentarzami. Na moim skwerku okazało się, że już nie jestem sama: oprócz mnie już kilka osób zaczęło sprzątać po swoich psach. Zadziałał prosty mechanizm: skoro skwer został uporządkowany, jest czysto, to ludzie chcą, by tak pozostało i zaczynają o niego dbać. Wiem, że w ten sposób świata nie zbawimy. Ale efekt pokazuje, że drobne kroki są ważne. Mój mąż, który był mądrym człowiekiem, mawiał, że nie sposób być świętym Jerzym i walczyć ze smokiem zła 24 godziny na dobę. Dodawał jednak, że może wystarczy powalczyć raz na tydzień lub raz w miesiącu.
– Zdaje się, że minie trochę czasu, nim ludzie się tego nauczą.
– Pytacie, kiedy w Polsce będzie dobrze? Za kilkadziesiąt lat... jeżeli się nic nie pochrzani. 
– Ale jest chyba lepiej?
– Ależ oczywiście! Tylko że wszyscy są zniecierpliwieni. Chcieliby już. Ewolucja postaw w sferze publicznej po prostu musi potrwać dłużej.
– Ale czy to nie ona powinna dawać przykład?
– Powinna. Ale nie można zapominać, że wpadki zdarzają się każdemu. Niedawno w Stanach kilka najpoważniejszych firm na świecie okazało się oszustami. Pomimo że były przecież pod kontrolą rynku, organów audytorskich itd. U nas problem nie polega na tym, że zdarzają się wpadki, ale że się na nie źle reaguje. 
Zatem kwestia kompetencji – i niekompetencji – to również odpowiednia reakcja na błędy?
– W dużej mierze tak. W przypadku jakiejkolwiek wpadki trzeba też zapytać: czy ktoś na nią zareagował? A jeśli tak, to jak? Opowiem historię z czasów, kiedy moja matka pracowała w Polskich Nagraniach. Pewnego razu przyszła kontrola, bo tropiono wówczas silnie niegospodarność. Wydano symfonie Brahmsa i na omówieniu płyty było zestawienie: ktoś prowadzi szybciej, ktoś najszybciej, a Witold Rowicki, który akurat to nagranie robił, prowadzi wolniej. I kontroler się przyczepił: jako że płaciło się za minutę wykonania, więc uznał, że ten Rowicki pewnie dlatego prowadzi tak wolno, by więcej zarobić. Pamiętam przerażenie mojej matki: „Jak mu to wytłumaczę?”. Nie wątpię, że ten kontroler chciał dobrze... tyle że głupio.
 
Kompetentnie i do przodu!

Niektórzy, gdy narobią szkody, mówią: nie wyszło, nie poradziłem sobie. Przyznają nawet, że byli za głupi. Jednak w rzeczywistości ich czyn nie wynikał z niekompetencji, tylko z nieuczciwości. W rezultacie – zwłaszcza w życiu publicznym i w sektorach gospodarki wciąż związanych z państwem – niekompetencja staje się wygodnym parawanem dla złodziejstwa. 
– W prawie cywilnym zakłada się „domniemanie dobrej wiary”. Ale do czasu, gdy nie okaże się, że jest inaczej. Tak samo powinno być w polityce: owszem, zakładamy dobrą wiarę, ale skoro popełniłeś błąd, to się wytłumacz.
Błędy i niekompetencję w życiu publicznym trzeba bezwzględnie tropić i ujawniać. Widzę tu ogromną rolę mediów... Jestem ich fanatyczką. Dlatego choćby uważam, że media mają prawo sięgać nawet po prowokację dziennikarską, by ujawnić tę czy inną nieprawidłowość życia publicznego. Politycy nie są niewinnymi dziećmi, a jeżeli dają się złapać na oszustwie czy pijaństwie, to dlaczego mam ich żałować? Powtórzę coś, za co już mi się oberwało: uważam, że swego czasu pozytywną rolę w Polsce odegrało pismo „Nie”. Bo kiedy inne tytuły, nawet najpoważniejsze i najsilniejsze, jakoś nie podejmowały niektórych spraw, „Nie” wypełniało tę lukę. Dopiero potem jego trop podejmowali inni.
Ma Pani jakąś receptę na zaszczepienie – nazwijmy to – kultury kompetencji w Polsce?
– Może jedną: robić swoje. Prowadzić pracę organiczną w nowoczesnym znaczeniu tego słowa. A jeżeli popełni się błąd, to starać się z tego wyciągnąć konsekwencje. Trudno być nieomylnym. Zwłaszcza, że sytuacja nie jest łatwa. Weźmy choćby pozycję Polski wobec spodziewanego przystąpienia do Unii Europejskiej. Szykuje się nam nowoczesne instrumentarium w nadziei, że będziemy umieli z niego skorzystać. To wrzucanie na głęboką wodę, w której musimy pływać, bo to leży w naszym interesie. Choćby na początku było to pływanie rufą do przodu. Nie wynika z tego, że należy się godzić na błędy – cały wysiłek należy obrócić na to, by odpowiednio na nie reagować. Więcej: nikt nam nie zagwarantuje, że ta reakcja będzie adekwatna, skuteczna i bezbłędna. Tu też możemy się pomylić. Tyle że wszystkie te pomyłki i potknięcia mimo wszystko złożą się na marsz do przodu.
– Pozostaje pytanie o relacje pomiędzy kompetencją a odpowiedzialnością. 
– Nie jest kompetentny ten, kto działa w ramach przyznanych sobie możliwości i nawet spełnia swój obowiązek, ale równocześnie nieodpowiedzialnie skacze w czarną dziurę. Nie liczy skutków, tylko mówi: może jakoś to będzie. O skutkach trzeba pamiętać zawsze i to zarówno pozytywnych, jak negatywnych. W pojęcie kompetencji wpisują się więc możliwości i obowiązki, ale też to wszystko, co pomaga osiągnąć zamierzony cel. Wykonać dobrą robotę. Dopiero to świadczy o pełni kompetencji. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl