Komentarze

 


Jacek Kubiak z Paryża Z Johannesburga do Wrocławia 

Krzysztof Burnetko Winietka na bezczelnego

Krzysztof Kozłowski
Co komu doskwiera


Andrzej Łukowski Prawda propagandy, prawda czasu wojny


 

 




  
Z Johannesburga do Wrocławia 

„Szczyt Ziemi” w Johannesburgu skupia uwagę całego świata. Nie jest to pierwsza impreza, poświęcona problemom rozwoju naszego globu: 10 lat temu był szczyt w Rio de Janeiro, a później w Kioto. Jeszcze wcześniej (kto o tym pamięta?), w roku 1987, było spotkanie w Montrealu i wówczas podpisano jedyną naprawdę skuteczną umowę międzynarodową o ochronie środowiska, zakazującą używania aerozoli, „sprawców” dziury ozonowej w atmosferze planety. Bilans innych szczytów jest bardziej niż skromny.
Spotkanie w Johannesburgu ma podsumować wątpliwe dokonania z Rio i wyznaczyć politykę ratowania światowych zasobów naturalnych oraz racjonalnego ich zagospodarowania do 2015 r. Ale gdyby nie przykład Montrealu, nie warto byłoby zawracać sobie głowy jego postanowieniami... Ambitne plany ratowania planety spełzają bowiem dotąd na niczym. Winien temu jest nie tylko amerykański bojkot porozumień z Kioto. Trzeba zrozumienia (nie tylko w USA) dla realnej skali zagrożeń; trzeba też trwałych zmian w mentalności społeczeństw. Niezbędne jest zakorzenienie w umysłach ludzkich prawdy, że pomoc biednym opłaca się bogatym. Nie chodzi wyłącznie o dziurę ozonową, ocieplenie klimatu, jakość i ilość wody pitnej, stepowienie, rabunkowe wycinanie lasów tropikalnych, ale również o utrwalanie demokracji, o zrównoważoną gospodarkę, zahamowanie epidemii AIDS, gruźlicy, malarii, nowych wirusów i pasożytów. Przywrócenie równowagi ekologicznej i ekonomicznej (a jest to system naczyń połączonych) na Ziemi jest sprawą życia lub śmierci dla homo sapiens... oraz dla tysięcy gatunków zwierząt i roślin.
Decyzje szczytu w Johannesburgu mogą przywrócić milionom ludzi nadzieję na przyszłość. Ale bierne oczekiwanie na to, co postanowią ci tam, „na górze”, w Johannesburgu, byłoby głupotą, gdyż Johannesburg równie dobrze może się okazać się drugim Rio. Dlatego trzeba podejmować działania lokalne. W naszym regionie najlepiej wiedzą o tym we Wrocławiu, Gdańsku, Pradze czy w Dreźnie. Nie trzeba jechać do Johannesburga, wystarczy pamięć, jak ratowano Ostrów Tumski w 1997 r. lub drezdeński Zwinger przed dwoma tygodniami. 


Jacek Kubiak z Paryża








Winietka na bezczelnego

Pewników w tej sprawie jest kilka. Pierwszy: drogi w Polsce są w stanie fatalnym i bez naprawy, a w zasadzie zbudowania, nowoczesnej sieci komunikacyjnej pozostaniemy zaściankiem i stracimy olbrzymie pieniądze. Drugi: zaprezentowany przez rząd projekt tzw. winietek za korzystanie z dróg międzynarodowych i ekspresowych, autostrad oraz dróg dwujezdniowych, to w gruncie rzeczy próba obłożenia tych obywateli, którzy mają auto kolejnym podatkiem – po akcyzie i VAT, płaconym przy zakupie pojazdu oraz po podatku wliczanym w cenę każdego litra paliwa (skądinąd pieniądze pochodzące z tego ostatniego też miały być po części przeznaczane na rozwój dróg, a system ten uznawany był za sprawiedliwie rozkładający obciążenia, bo kto jeździł więcej, ten i więcej łożył). Pewnik trzeci: za wszystkim stoją olbrzymie interesy – tak finansowe, jak polityczne (patrz m.in.: plan powołania kolejnej wielkiej spółki skarbu państwa). 
Prócz tych pewników jest też niespodzianka: jakość argumentów użytych przez przedstawiającego koncept wicepremiera Marka Pola. Bo jeśli prominentny członek gabinetu sugeruje, że nowej opłaty nie będą przecież musieli płacić ani ci, którzy zrezygnują z jeżdżenia po objętych nią szosach i będą poruszać się po drogach najniższej klasy, ani też ci, którzy nie będą wyjeżdżać poza granice swojej gminy – to widać, że uważa (a za nim cały rząd) obywateli za kretynów.
Choć może to nie żadna nowość? Niektórzy pamiętają, że za PRL-u obowiązywał przez pewien czas podatek od tzw. towarów luksusowych. Wtedy uzasadniano go tym, że przecież wszyscy powinni mieć po równo, więc tych, co mają więcej, trzeba pokarać.  

 
Krzysztof Burnetko









Co komu doskwiera

Trochę dziwne bywają marginalne, bo marginalne, ale przecież liczne odgłosy medialne papieskiej pielgrzymki. I tak powrócono ochoczo (pisaliśmy o tym w „TP” ładnych parę tygodni temu) do osoby dawno zmarłego krakowskiego prałata – tajnego współpracownika UB i SB (kryptonim „Żagielowski”) w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Wyrządził on swoimi donosami zapewne wiele zła konkretnym ludziom, ale prawdziwe zagrożenie polskiego Kościoła nie wyrosło mimo wszystko z donosów, lecz wiązało się ze stopniem cywilnej odwagi i postawą biskupów polskich, szczególnie gdy przyszło im z trudem zdawać egzamin po aresztowaniu Prymasa Wyszyńskiego.
Atmosferę osaczenia, a w konsekwencji zastraszenia, tworzyli w dużej mierze tajni współpracownicy – o tym jednak, czy instytucja Kościoła ocali swoją tożsamość, decydowało z reguły otwarte dawanie świadectwa bez oglądania się na donosicieli. Ci ostatni byli także wśród duchowieństwa i nikt tego nie neguje. Co gorsza jednak, ci najwyżej postawieni, a więc dla SB najcenniejsi, podobnie jak w przypadku wszelkich innych elit, nie byli rejestrowani jako tajni współpracownicy, nie podpisywali zgody na współpracę, raczej też nie brali pieniędzy – stąd zazwyczaj nie istnieją w dostępnych dziś aktach. Więc łatwiej grzebać w zachowanych „teczkach” i co jakiś czas kogoś „namierzyć”, robiąc małą sensację. 
A przecież powinno być większym skandalem, że nie kiedyś, ale dwa miesiące temu kierownictwo Telewizji Polskiej mianowało dyrektorem łódzkiego ośrodka telewizyjnego p. Marka Madeja, nie b. współpracownika SB, lecz b. oficera SB, do czego zresztą się publicznie przyznawał, mówiąc, że służył w Łódzkim II Wydziale, czyli kontrwywiadzie. Bezczelność tej nominacji jest tym większa, że to nie kto inny, a właśnie kontrwywiad PRL nie tylko szukał imperialistycznych szpiegów, lecz także stworzył w swej strukturze (czyli w II Departamencie MSW) specjalny wydział do inwigilowania polskich dziennikarzy pracujących w kraju (choć zajmowała się nimi także „trójka”, walcząca z wrogimi wpływami w „nadbudowie”). Oficerowie MSW przyjeżdżający do Krakowa, by wywrzeć odpowiednią presję na „TP”, przedstawiali się z reguły jako oficerowie kontrwywiadu. No cóż, w TVP nikomu to widocznie dzisiaj nie przeszkadza.


Krzysztof Kozłowski







Prawda propagandy, prawda czasu wojny

19 sierpnia na pole minowe w okolicach najlepiej strzeżonej rosyjskiej bazy wojskowej w Czeczenii runął śmigłowiec transportowy Mi-26. Zginęło 116 żołnierzy. To największa katastrofa w dziejach rosyjskiego lotnictwa wojskowego i kolejna wyrwa w legendzie o potędze sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. 
Prezydent Władimir Putin nie powtórzył błędu sprzed dwóch lat, kiedy to po katastrofie okrętu podwodnego „Kursk” (zginęło 118 marynarzy) pławił się w urokach nadmorskich kurortów. Tym razem najwyższe czynniki błyskawicznie zademonstrowały gotowość działania. Natychmiast też uruchomiono machinę propagandową i założono szczelny „namordnik” na informację (monopol w tej dziedzinie zachowuje armia: obowiązującą papkę o tym, co dzieje się w Czeczenii, serwują wyćwiczeni cenzorzy). Cóż z tego, skoro nawet gołym okiem widać, że odkrywane elementy puzzle’a nie pasują do oficjalnego obrazka. Zadziwiające jest to, że rosyjskie dowództwo tak ochoczo zgodziło się na – kompromitującą ich przecie na całej linii – wersję o zestrzeleniu śmigłowca przez czeczeńskich bojowników (wersja ta świadczyłaby o tym, że bezwzględnie panoszące się w republice wojsko nie tylko nie panuje nad sytuacją, ale nadal w najlepsze handluje z Czeczenami bronią). Drugą – już jeno półgębkiem podawaną – wersją jest awaria jednego z silników. To też kompromitacja dla rosyjskiej armii, która zużywa paliwo i sprzęt latający na obsługę „prywatnych” przedsięwzięć wyższych dowódców, a w efekcie nie ma czym walczyć.
Abstrahując od technicznych przyczyn katastrofy, warto zadać na marginesie kilka innych pytań. Dlaczego, skoro już od miesięcy – jak twierdzi prezydent – w Czeczenii panuje spokój, nagle przerzuca się śmigłowcem tak liczną grupę żołnierzy? Czy aby nie na jakąś specjalną akcję? Może do wąwozu Pankisi w Gruzji, gdzie, zdaniem Rosjan, schronili się czeczeńscy partyzanci? Może zatem katastrofa uniemożliwiła wykonanie tajnego planu?
I jeszcze jedno: w warunkach blokady informacyjnej nadal trudno będzie oceniać sytuację na Kaukazie Północnym; Czeczenia pozostanie czasem wygodnym, a czasem niewygodnym poligonem propagandowym. Zbliżają się wybory prezydenckie. Czy ponownie temat Czeczenii stanie się najważniejszym tematem, wygrywanym przez głównego kandydata? 


Andrzej Łukowski







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl