Votum separatum

Też ludzie

JÓZEFA HENNELOWA



Prasa doniosła ostatnio, że Luise Brown, pierwsze „dziecko z probówki”, urodzone w Wielkiej Brytanii, obchodziło właśnie 24 urodziny. Nie minęło pokolenie, a liczbę dzieci w laboratoryjny sposób powołanych do życia w samych Stanach ocenia się na niewyobrażalną liczbę od 600 tysięcy do półtora miliona, a w Europie zdaniem „Spiegla” rodzi się ich co roku około dwudziestu tysięcy. Są już nazwani generacją laboratoryjnych dzieci, i wielu z nich zaczyna zbierać się w grupy samopomocy, jakiej potrzeba pojawia się natychmiast potem, gdy poznają tajemnicę swego początku: tak odmienną, tak obcą, że nie potrafią odnaleźć się w niej przy pomocy którejkolwiek z dotychczasowych kolein myślenia o człowieku i jego losie. Kto zresztą potrafi? Próba, egzamin, wyzwanie są tak wstrząsająco nowe i nieprzewidywalne, że jedynym, co – z rzadka – słychać, są ostrzeżenia: autorytetów duchowych, jak ostatnio Jan Paweł II w Krakowie, filozofów, wobec krańcowo nieodpowiedzialnych projektów (klonowanie) grona polityczne stawiające tym projektom tamę przez stwarzanie zakazów prawnych.
A przecież zaczynało się właściwie poruszająco i z akcentem nadziei. Zapłodnienie in vitro miało stanowić pomoc dla normalnych, kochających się małżeństw, jeśli braki natury uniemożliwiały im drogę zapłodnienia przez naturę przewidzianą. Lekarska pomoc omijała przeszkody, ale pozwalała spotkać się dwojgu najbliższych sobie ludzi pragnących przekazać życie nowemu człowiekowi. Widziano w tym jeszcze jedną drogę otwieraną przed człowiekiem wyposażonym przez Stwórcę w nieograniczone możliwości postępu w wiedzy i umiejętnościach. Sama w początku lat dziewięćdziesiątych poznałam lekarzy z taką właśnie nadzieją uruchamiających swoje oddziały „zapłodnienia in vitro”.
Już wtedy rozlegały się głosy ostrzegawcze, ale odpowiadano, że właśnie postęp wiedzy i umiejętności pozwoli szybko wyeliminować zło, jakim na razie jest na przykład niemożność ocalenia wszystkich poczętych in vitro embrionów. I pewnie, gdy tworzono pierwsze banki embrionów, to taką nadzieję niektórzy przynajmniej pielęgnowali. Zaraz jednak okazało się, że możliwości rosną w tempie, które nie tylko nie pozostawia czasu na refleksję, ale unosi w rwącym jak powódź nurcie ku rozwiązaniom masowym i przerażającym. Dziś nie banki embrionów funkcjonują jako prawdziwy przemysł, lecz banki nasienia, służące bez skrupułów każdemu najbardziej nawet nieodpowiedzialnemu pragnieniu posiadania własnego dziecka: samotnie albo w parze lesbijskiej, dziecka koniecznie genialnego albo nawet dziecka koniecznie wyposażonego w jakieś cechy czy braki, jak w ponurym przykładzie dwóch niesłyszących kobiet uzyskujących narodziny dziecka również niesłyszącego...
Dziennikarz „Spiegla” zajmuje się doświadczeniem braku korzeni, jakie staje się udziałem i cierpieniem ogromnej większości dzieci z próbówki – tych poczętych przez anonimowych dawców. Z daleka tylko muska zagadnienie mentalności twórców owych banków, a także mentalności samych potencjalnych rodziców dzieci w ten sposób powoływanych do życia. I o ile mentalność pierwszych rysuje się jako przede wszystkim mentalność spragnionych zysku, a więc doskonale obojętnych na wszelką filozofię i etykę, to sprawa druga otwiera prawdziwy gąszcz ludzkich postaw: tęsknot prawdziwych, głodu wartości niepodważalnych, takich jak potrzeba przekazywania miłości, ale także i krańcowo wynaturzonego egoizmu, braku wyobraźni, aż do nieodpowiedzialnych kaprysów w wymiarze apokaliptycznym wręcz. A jeszcze ważniejsze są dalsze konsekwencje – i możliwości technicznych i owych wszystkich postaw ujawniających się w tym procederze – konsekwencje dla człowieka jako przedstawiciela gatunku po prostu.
Kto o nie pyta?
Tak, ostrzeżenia padają. Tylko że to jest już rzeczywistość, nie możliwość dopiero. To już jest fala powodziowa. Powodzi się nie zatrzyma. A jej najgłębszą, najtrudniejszą zrozumiałą tajemnicą jest to, że faktycznie, od lat parudziesięciu, człowiek dopuszczony został do udziału w stwarzaniu życia. Można to nazwać uzurpacją. Ale przecież w jej wyniku rodzą się już tysiące i tysiące ludzi. Ludzi jak my. „W retorcie jest coś więcej niż nasienie – mówi jedno z owych »dzieci laboratoryjnych«. – Tam jest dusza ludzka”. A duszę stwarza Bóg, nie człowiek. I chodzący wśród nas, coraz liczniejsi w taki sposób powołani do życia ludzie mają swoje miejsce w planie zbawienia. Są objęci odkupieniem – byli więc, tak jak wszyscy, którzy przychodzą na świat i dalej będą przychodzić – obecni na Golgocie.
Jak to pojąć, jak się w tym odnaleźć, jak oddzielić strach i zgorszenie od nadziei?







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl