List z kuchni

Jan Gondowicz



Po 1989 odeszli w niebyt krytycy literaccy, pojawili się krytycy kulinarni. Zbieżność zbyt oczywista, by uznać ją za przypadek. Zresztą godni swego miana krytycy gastronomiczni mają jak jeden mąż coś wspólnego z literaturą i w ciekawszych intelektualnie czasach zapewne by przy niej zostali. Piotr Bikont był w swoim czasie krytykiem sztuki i tłumaczem, krytyk teatralny Marcin Nowak jest i dziś dyrektorem Teatru Wybrzeże, Tadeusz Pióro to poeta i wykładowca na anglistyce, enolog Marek Bieńczyk pisze powieści i przekłada Kunderę. Od pisania więc wyszli, tyle, że nie znaleźli w nim tego dreszczu, jaki kiedyś pisanie dawało.
Na czym ów brak polega, nie mam, jako figura anachroniczna, pojęcia. Sami państwo się nad tym pogłówcie. Trudno być przecież tak prymitywnym, nieprawdaż, by skupić się na fakcie, że za recenzje gastronomiczne płacą tak, jak nigdy w dziejach literatury polskiej nie płacono za recenzje literackie. A przy okazji można się i nażreć.
Pozostańmy więc przy tym, że w życiu towarzyskim i uczuciowym wymienieni zajęli eksponowane miejsce, na jakim za mej pamięci królowali Andrzej Kijowski, Jerzy Kwiatkowski, Jan Błoński czy Artur Sandauer. I znów nie jest przypadkiem, że zajęli je wówczas, gdy z rynku niewinnych przyjemności znikły wyroby czekoladopodobne i tym podobne, a zjawiły się wyroby książkopodobne. Skoro zasada „przeczytaj i zapamiętaj” ustąpiła zasadzie „przeczytać i wyrzuć”, może lepiej „zjeść i zapamiętać” niż, jak dawniej, „zjeść i zapomnieć”.
Skądinąd, prawem wzajemności, styl prezentacji literackiej przejął wiele ze sztuki układania menu. Za zgodą Ćwierczakiewiczowej naiwnie dobrą wiarą prezenterzy literaccy wpierają swej publiczności (która stała się już tylko klientelą), że to i owo zasmakuje jej w lecie, a to i tamto w święta. Że w tym, dajmy na to, sezonie modnie jest konsumować dania kuchni feministycznej na zmianę z dietę szpitalną. I że polecają szczególnie portugalską, ukraińską, bośniacką, żydowską czy, powiedzmy, irlandzką kuchnię regionalną.
Dylemat Fromma: „być czy mieć”, tak frapujący ćwierć wieku temu, gdy byłem piękny i młody, został w głosowaniu powszechnym dawno już rozstrzygnięty. W efekcie nieliczni ociężali umysłowo, których wciąż bawi coś, czego nie da się spożyć, stanęli wobec dylematu: „jeść czy czytać”. Ja w każdym razie nadal wolę chlipać chińskie zupki (z których niedawno tak natrząsał się Bikont), byle tylko móc kupić sobie czasem jakąś książkę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl