Carol Marie Thigpen-Miłosz (1944–2002)


Wdzięczność

Tomasz Fiałkowski



Słoneczne letnie popołudnie, idziemy z przyjaciółmi przez Rynek, nagle od 
strony Szewskiej ktoś woła za nami po angielsku: „Uwaga! Z drogi! Jestem niebezpieczna!” Odwracamy się: to roześmiana Carol na rowerze, z wiklinowym koszem na zakupy przymocowanym za siodełkiem. Tych rowerów było zresztą kilka, zanim się nauczyła, że nawet wchodząc na chwilę do sklepu nie wolno zapominać o kłódce. „Teraz już mam łańcuch – mówiła dziennikarkom z „Elle”. – I od dwóch lat ten sam rower. Wszystko jest ok.”
Rzeczywiście, spotykając ją choćby na chwilę – energiczną, promienną, tryskającą optymizmem, zawsze chętną do rozmowy – miało się wrażenie, że wszystko jest ok., że świat został właściwie poukładany, a jeśli nawet coś w nim jeszcze szwankuje, od nas zależy, by to poprawić. Radość życia, którą umiała zarazić innych – w „Czarodziejskiej górze”, filmie Marii Zmarz-Koczanowicz, Miłosz mówi, że Carol to najlepsza przeciwwaga dla jego depresji – była u niej złączona z życzliwym zaciekawieniem sprawami innych. Zwłaszcza tych wszystkich, o których wiedziała, że są w jakiś sposób bliscy jej mężowi – ale także ludzi przypadkowo spotkanych czy na przykład sąsiadów z krakowskiej czynszowej kamienicy. To właśnie ta umiejętność pozwoliła jej, mimo bariery języka, odnaleźć się w Krakowie.
A przecież musiała tutaj czuć się czasem bardzo samotna, choć umiała tego nie okazywać. W Ameryce miała swój własny świat. Była naukowcem, historykiem edukacji, pracowała na uniwersytecie Emory w Georgii. To właśnie tam, jak opowiada w filmie, poznała Miłosza: wysłana na lotnisko w Atlancie, by zaopiekować się noblistą, który przyjechał na jej uczelnię z wykładami, z wrażenia zapomniała, na którym poziomie wielopiętrowego parkingu zostawiła samochód... 
Pochodziła z zamożnej rodziny z Południa, wspominała często posiadłość swoich dziadków w Północnej Karolinie ze starym 150-letnim domem, gdzie spędzała niegdyś wakacje. Po podróży na Litwę, do Miłoszowego raju z „Doliny Issy”, opowiadała Joannie Gromek: „Dla mnie rzeczą szokującą było uświadomienie sobie, jak podobne były światy naszego dzieciństwa... spichlerze ze zbożem, konie, pola z pługami i wozami, dom, w którym mogłeś sobie wyobrażać wszystkich zamieszkujących go niegdyś ludzi”... 

*

Jak bystrą była Carol obserwatorką, pokazuje jej odpowiedź na „Znakową” ankietę „Polacy w oczach cudzoziemców”. W tonie ciepło-ironicznym wyraża tam podziw dla cywilizacyjnego skoku, jakiego dokonaliśmy po 1989 roku. „Pierwszy napis, który nauczyłam się czytać po polsku, brzmiał »Łazienki włoskie« – wspomina. – Sklepy »Łazienki włoskie« widziałam na każdej ulicy. Zapewne każdy w Polsce chciał odnowić swą łazienkę”, I dodaje: „Przy swym typowym pesymizmie i kompleksie niższości (ujawnia się on w postaci podejrzenia, że inne narody gardzą Polakami, albo w napoleońskim poczuciu własnej wielkości), Polacy nie byli świadomi, że przewodzą tej części Europy”. 
Zauważa też jednak dwulicowość zachowań publicznych, której przyczyną jest jej zdaniem „doktrynerska moralność” narzucana przez Kościół. I kończy przestrogą dla osiadłego w Polsce cudzoziemca: „Staraj się nie utracić swojego przyzwyczajenia, by wierzyć, że świat nie jest naprawdę taki zły, a niektóre polityczne wydarzenia mogą obrócić się na dobre. Polacy nigdy nie pojmą tego rozumowania, lecz dla twojego zdrowia psychicznego ważne jest, byś nie porzucał swych przekonań”...
Baptystka z wychowania, polskiemu katolicyzmowi przyglądała się nie bez dystansu. Pamiętam rozmowę w „Tygodniku”, podczas której Marta Szostkiewicz opowiadała o wrażeniach z podróży do Królewca i na Łotwę. Ktoś wspomniał o „sektach protestanckich” z Ameryki zdobywających popularność w byłym Związku. Carol natychmiast się najeżyła: „Sekty? Protestanckie? A co to znaczy?” Z drugiej strony podczas papieskiej pielgrzymki w 1997 roku nieoczekiwanie poprosiła o wejściówkę na Błonia: tłumaczyła, że chce uczestniczyć w tym, co przeżywają Polacy. I wytrwała przez całą długą Mszę kanonizacyjną Królowej Jadwigi, w „zwykłym” sektorze, nie wśród żadnych VIP-ów, pełna zainteresowania zarówno papieską celebrą, jak i tym, co dzieje się dookoła.
Podczas pierwszej wizyty u Anny i Jerzego Turowiczów, jesienią 1989 roku, napisała w księdze pamiątkowej (a będzie to pierwszy z licznych wpisów): „To be in your home is to be at home in the world – thank you”. Być wszędzie u siebie, umieć oswoić świat – tę umiejętność Carol posiadła na równi z Panem Jerzym i Panią Anną. Pewnie i dlatego połączyła ich prawdziwa przyjaźń, która przeniosła się na następne pokolenia. Jeszcze 12 maja tego roku Carol odwiedziła Goszyce, rodzinny majątek Pani Anny, który za sprawą Piłsudskiego wszedł do historii Polski, a za sprawą Miłosza i Szczepańskiego – do historii polskiej literatury. Na fotografii zrobionej przed gankiem goszyckiego dworu Miłoszowie stoją obok wnuka Turowiczów Michała Smoczyńskiego i jego żony Marty. Na fotografii jest jeszcze jedna, niewidoczna osoba: Aniela, córeczka Marty i Michała, przyjdzie na świat kilka tygodni przed śmiercią Carol...

*

Energia Carol... To dzięki tej energii krakowskie mieszkanie Miłoszów zmieniło się z tymczasowej przystani w prawdziwy dom, urządzony z miłością, pełen starannie pielęgnowanych kwiatów, nawet z ogródkiem na podwórzu; ogródek podlewano z okna kuchni, wężem ze specjalnie dobraną końcówką. Najpierw były przecież tylko dwa pokoje: duża sypialnio-pracownia i niewielka klitka, w której z pewnym trudem mieściła się czwórka gości i która służyła równocześnie Carol za gabinet... Któregoś dnia, chyba jesienią 1999 roku, gdy przyszedłem na Bogusławskiego z numerem „Tygodnika” czy korektą, Carol teatralnym gestem odsunęła zasłonę wiszącą na ścianie korytarza. Ukazało się przejście, jeszcze nawet nie ujęte we framugę przyszłych drzwi, a za nim – wyremontowany już salon nowej części mieszkania. W następnym roku, gdy powrót Miłoszów na zimę do Berkeley okazał się niemożliwy, mogliśmy docenić zbawienne skutki zapobiegliwości Carol.
Energia znajdowała też ujście w wiernym towarzyszeniu dziełu męża. Była czytelniczką entuzjastyczną, choć nie bezkrytyczną; pamiętam, jak tłumaczyła, że nie odnajduje siebie w wizji kobiecości zawartej w „Traktacie teologicznym”, że nie czuje się ani Ewą, ani Marią... Niestrudzenie śledziła publikacje Miłosza, doglądała umów wydawniczych, spierała się z wydawcami o kształt okładek. Jej nazwisko jako współtłumaczki figuruje pod niektórymi przekładami wierszy Miłosza na angielski. „Ten rok był szalenie pracowity – mówiła w zeszłym roku w wywiadzie dla „Elle”. – Dziewięćdziesiąte urodziny Czesława zobowiązywały”.
Właśnie po tych urodzinach Krystyna Zachwatowicz wymyśliła, że przyjaciele powinni jakoś podziękować Carol za wszystko to, co robi – dla męża, ale przecież i dla nas. Że trzeba jej pokazać, jak jest dla nas ważna. 10 lipca 2001 roku odbył się obiad w krakowskiej restauracji Guliwer: zaskoczona, ale i wzruszona Carol słuchała okolicznościowych toastów, a nawet sonetu („Laurka dla Carol – na motywie z III sonetu Mickiewicza”) ułożonego na tę okoliczność przez Bronka Maja. Teraz patrzę na kartkę z tym wierszem i z autografem Carol, widzę ją roześmianą i uradowaną, i czuję wdzięczność za wszystko, czym nas obdarowała, a także rodzaj ulgi – że dzięki Krystynie zdążyliśmy Carol podziękować. Naprawdę trzeba się spieszyć... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl