Jiři Kolář (1914–2002)


O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć

Leszek Engelking



11 sierpnia zmarł Jiří Kolář, jedna z najważniejszych postaci w kulturze czeskiej XX w. Jego nazwisko znają przede wszystkim miłośnicy plastyki współczesnej, bo właśnie jako plastyk zdobył światową sławę. W ojczyźnie twórcy narasta ponadto świadomość, że jest to pisarz, którego dzieło ma dla literatury czeskiej znaczenie fundamentalne.



Dzieło Kolářa to propozycja niezwykle oryginalna, a przy tym starająca się w poważny sposób znaleźć odpowiedzi na zasadnicze pytania, stawiane nam przez współczesną rzeczywistość i przez historię, zwłaszcza historię XX stulecia. Coraz częściej widzi się w tym dziele jedną z głównych osi, jeśli nie po prostu oś najważniejszą, poezji czeskiej od lat czterdziestych naszego wieku do współczesności, obszar, do którego należy się odwoływać, porządkując i oceniając jej dokonania.

Proletariusz, artysta niechciany 

Kolář urodził się 24 września 1914 roku w Protivinie (jeszcze w dzieciństwie jednak przeniósł się do przemysłowego Kladna) jako syn piekarza i szwaczki. Miał więc proletariackie pochodzenie. To cecha wyróżniająca go, na pewno nieobojętna dla jego rozwoju, dla jego dzieła oraz dla jego postawy. Jako artysta był autentycznym samoukiem. Dzięki lekturom zdobył głęboką kulturę i wiedzę, nigdy nie uczęszczając do gimnazjum ani nie studiując na wyższej uczelni. Zdobył fach stolarza. Pracował jednak w tym zawodzie krótko, panował kryzys i Kolář stał się bezrobotny. Imał się różnych zajęć dorywczych, był pomocnikiem murarskim, ładowaczem, stróżem, betoniarzem, cieślą, pielęgniarzem. Potem dzięki pomocy przyjaciół-artystów uzyskał pracę kelnera. 
Pod wpływem awangardowych kierunków w sztuce zaczął pisać wiersze i tworzyć kolaże. W 1942 stał się jednym z założycieli słynnej Grupy 42, występującej przeciw formalizmowi i odtematyzowaniu sztuki, która miała koncentrować się na człowieku, całkiem zwyczajnym, a przecież decydującym o losach świata. Nie miał to przy tym być człowiek abstrakcyjny, tylko uwarunkowany historycznie i społecznie, zależny od konkretnego „tu i teraz”, a więc także raczej nie ktoś żyjący na wsi, tylko mieszkaniec metropolii lub jej przedmieścia.
W 1941 Kolář wydał pod patronatem wielkiego poety Františka Halasa tom wierszy „Świadectwo chrztu”, tak odkrywczy, że dla większości krytyki okazał się zbyt trudny. Już po wyzwoleniu, a przed 1948 r. ogłosił kilka dalszych zbiorów poetyckich. Później logika jego rozwoju artystycznego naruszona została przez zakazy druku i interwencje cenzuralne. Część utworów ukazała się w wiele lat po powstaniu, na emigracji: przykładem wybitne książki poetycko-prozatorskie „Naoczny świadek” (powst. 1949, wyd. 1983) i „Wątroba Prometeusza” (powst. 1950, wyd. 1985). 
Pod koniec 1952 poetę aresztowano i dziewięć miesięcy spędził w areszcie śledczym. Już po śmierci Stalina został skazany na rok więzienia, ale objęła go amnestia. Powodem aresztowania była ni mniej, ni więcej tylko twórczość literacka – rękopis Kolářa skonfiskowany podczas rewizji w mieszkaniu literaturoznawcy Václava Černego. 

Kolażowość i „wiersz ciszy”

Dla Kolářa charakterystyczne są gwałtowne zderzanie ze sobą przeciwieństw, wykorzystywanie techniki montażu „gotowych”, wziętych z rzeczywistości tekstów, technika wariacyjna, zamiłowanie do konkretu, kolażowość. Poeta nieufnie bada możliwości języka, poddaje go nieubłaganej krytyce, by wreszcie od niego odejść, najpierw ku poezji konkretnej (tom „Wiersze ciszy”, 1970, gotowy już skład został rozrzucony), następnie ku poezji działania (tom „Sposób użycia”, 1969, zawierający swego rodzaje scenariusze happeningów) i wreszcie ku kolażom plastycznym. Także jednak odszedłszy od języka, uważał się za poetę. 
Wymyślił wiele nowych odmian kolażu, które opisuje w słowniku metod, ukończonym w roku 1983; po jego wersji niemieckiej i francuskiej stosunkowo niedawno ukazała się luksusowo wydana, bogato ilustrowana wersja oryginalna („Slovník metod”, Praha 1999). Przyniosły mu one trwałe miejsce w dziejach plastyki. Od 1969 wiele wystawiał za granicą (duża ekspozycja w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, 1975). Po 1970 nie mógł w ojczyźnie publikować ani prezentować dzieł plastycznych. Od 1979 przebywał poza Czechosłowacją, głównie we Francji. W 1997 zdecydował się wrócić do Pragi, nie rezygnując jednak z atelier w Paryżu.
Kolář jako poeta nie używał języka-gotowego narzędzia, literackiego języka wspólnego, od pierwszej książki bacznie wsłuchiwał się w język, który go otaczał, w rytm mowy potocznej. Traktował słowa nie inaczej niż rzeczy, odkrywał je w całej ich obcości, zderzał ze sobą cudze głosy. Nieustannie poszukiwał nowych form. Jednakże wybór najtrudniejszej drogi artystycznej, drogi niezadowolenia z aktualnego stanu poezji oraz starych metod pisania, drogi ucieczki od tego, co sam artysta już umie, był nakazem moralnym. Bo Kolář to moralista. Głównie etyczne jest też źródło jego utraty zaufania do języka. Język, często załgany, wykoślawiony przez ideologię, równie dobrze służący dobru jak złu, nie potrafi unieść straszliwych doświadczeń współczesności, wojny, obozów koncentracyjnych, krańcowego okrucieństwa. Nie dało się o tym mówić, więc trzeba było o tym milczeć. Trzeba było stworzyć „wiersz ciszy”. 

„Dziobiący Orzeł”

Do legendy czeskiej literatury i sztuki wszedł stolik Kolářa w praskiej kawiarni Slavia, gdzie poeta siadywał i prowadził dyskusje z innymi artystami w latach 1953–1979. Nazywano go ze względu na bezkompromisowość ocen Dziobiącym Orłem. Stał się mistrzem wielu twórców pokoleń młodszych. Za swego nauczyciela zawsze uważał go m.in. Bohumil Hrabal. To właśnie dzięki Kolářowi Hrabal po dwu falstartach spowodowanych sytuacją polityczną zadebiutował w 1956 r. bibliofilską książeczką „Rozmowy ludzi”; na jej wydanie Kolář przeznaczył swoje honorarium. 
Autor „Wątroby Prometeusza” kilkakrotnie pojawia się na kartach autobiograficznej trylogii Hrabala „Wesela w domu”. Przedstawiony jest, jak wszystko w tym dziele, z perspektywy żony autora, ale nietrudno się domyślić, jak wielkim był dla niego autorytetem (cytat w przekładzie Piotra Godlewskiego): „I mój mąż mówił chwilę o swym pisaniu a głos miał niepewny i odchrząkiwał i stracił wątek i zaczerwienił się i wbił wzrok w ziemię (...) i widziałam że to naprawdę Dziobiący Orzeł bo mój mąż pocił się i patrzał w ziemię”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl