„Żal odjeżdżać”



Papież u kamedułów
O. Ambroży Tomasz Białucha

Jan Paweł II dobrze znał Bielany, bywał tu jako ksiądz, biskup i kardynał. Kiedyś, pogrążony w lekturze brewiarza przechadzał się po terenie eremu. Usłyszał w pobliżu jakieś kroki, lecz w skupieniu kontynuował modlitwę, nie podnosząc głowy. Dopiero, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś przed nim stoi, podniósł wzrok i skonstatował, że to... muflon (zwierzę uciekło z ZOO).
W ostatnich latach kilkakrotnie zapraszaliśmy Ojca Świętego i mimo negatywnych odpowiedzi Sekretariatu Stanu, nie traciliśmy nadziei i gorąco się modliliśmy. Uważaliśmy, że nasza kongregacja potrzebuje natchnienia łaską obecności Papieża. Kiedy rano w ostatnim dniu pielgrzymki Papież przejechał 500 m. od naszego eremu, powiedziałem, że do nas przyjedzie po południu. Nikt w to nie uwierzył, ale godzinę później dotarli do nas wysłannicy Biskupa Nycza...
Pierwszy raz spotkałem Ojca Świętego w Wigilię Bożego Narodzenia 1994 r. w Watykanie. Gdy oparł ręce na moich ramionach, wiedziałem, że ten uścisk i błogosławieństwo są dla naszej kongregacji umocnieniem i zadaniem. Wiedziałem, że spotkałem nie tylko następcę Piotra, ale człowieka świętego. Biskup Dziwisz zapewniał mnie wówczas, że jeśli będzie to możliwe, Ojciec Święty nas odwiedzi. Kiedy po powrocie z Włoch przyspieszyłem prace remontowe, by godnie przyjąć Gościa, patrzono na mnie z niedowierzaniem. Jednocześnie spotkałem się z życzliwą pomocą, przede wszystkim Kardynała Macharskiego i Sekretariatu Episkopatu. Wiesław Walendziak, związany z eremem od realizacji filmu „Drogi kontemplacji”, znalazł wielu ofiarodawców. W Krakowie o sprawy Pustelni zabiegał Marek Paszek. Prace rzetelnie prowadziły firmy „BUDREW”, „ELMOR”, „ELEKTRON”, „KRAN”, Jan Rzepa-Wadowice, Zbigniew Dudzik-Osieczany, Władysław Kurek-Naprawa. Stan zabudowań się poprawił, ale do dziś nie udało się przekonać władz samorządowych, że do zabytku klasy zerowej powinno się doprowadzić drogę.
Dla Papieża ustawiliśmy w kościele specjalnie wykonane fotel i klęcznik. Przygotowaliśmy też jedną z pustelni, na wypadek, gdyby Jan Paweł II chciał się zatrzymać na dłużej. O. Korneliusz, przeor z Bieniszewa przywiózł kandydatów, którzy pomogli w przygotowaniach. Przyjechał też przeor eremu Monte Rua pod Padwą, ojciec Renato, pierwszy wizytator [zastępca przełożonego generalnego – red.]. Jednak po wyjeździe Papieża do Kalwarii i on zwątpił w możliwość papieskiej wizyty.
Poinformowano nas, że Ojciec Święty przyjdzie limuzyną, zatrzyma się przed wielkimi drzwiami kościoła i nie wysiądzie z samochodu. Ale przyjechał papamobilem, który nie mieścił się pod bramą. Trzeba było szybko otwierać jej górną część, co jest dość skomplikowane, i zajęło braciom kilka dobrych minut. Papież cierpliwie czekał, aż wreszcie papamobil podjechał pod kościół. Stojąc na zewnątrz powitałem Ojca Świętego i wręczyłem oprawione w białą skórę pisma naszego założyciela Pawła Iustininiego. Potem Ojciec Święty zapytał, czy żyje ojciec Florian. Ani o. Florian, ani żaden z kapłanów, których znał, już nie żyje; żyje jeszcze czterech braci... Ojciec Święty powiedział, że lubił tu przyjeżdżać. Wspomniał pierwsze rekolekcje na Bielanach dla studentów w 1948/49 roku. Sądził wtedy, że młodzi w nocy śpią, a wszyscy byli na modlitwie z mnichami w kościele. W tym czasie mnisi wstawali również w nocy. Teraz wstajemy dopiero o wpół do czwartej... 
Bp Stanisław Dziwisz wręczył nam dar od Papieża: piękny kielich mszalny, a na koniec Ojciec Święty nas pobłogosławił. Rozmawialiśmy stojąc przed papamobilem. Tylko proboszcz z Bielan, który rano pod Wodociągami żegnał Ojca Świętego, a teraz przybiegł, by go znowu powitać, podał mu rękę. My nie chcieliśmy się cisnąć. Rozumieliśmy, że Ojciec Święty nawiedzając nasz erem, dając swoje apostolskie błogosławieństwo, większej łaski nie mógł nam udzielić. Bo czy to będą trzy godziny, czy dwa tygodnie – to zawsze jest ta sama łaska. Łaska i wezwanie, żebyśmy bardziej żyli naszą Regułą, gorliwiej się modlili i byli prawdziwymi mnichami.

Autor jest przeorem eremu kamedułów na krakowskich Bielanach.



Nie boję się...
Wojciech Bonowicz

Była to krótka pielgrzymka, więc tym bardziej miało się poczucie, że każde słowo Papieża waży, że każdemu należy się namysł i odpowiedź. Mnie osobiście najbardziej uderzyły słowa mówiące o „jednej i niezawodnej filozofii wolności, jaką jest prawda krzyża Chrystusowego”. Szukamy w Krzyżu niejednej treści, ale może zbyt rzadko widzimy w nim znak wolności. A gdyby tak pod słowa „krzyż” i „jarzmo” w pamiętnym zdaniu z Ewangelii podstawić słowo „wolność”? „Kto chce iść za Mną... niech weźmie swoją wolność i niech Mnie naśladuje. Albowiem wolność moja jest słodka...”.
Jaką jednak wolność można odczytać z Krzyża? Nie jest to na pewno wolność walki o swoje. „Kto chce zachować swoje życie, straci je...”. Wolność Krzyża ma zupełnie inne horyzonty. Jest to wolność poświęcenia, wolność ofiarowania samego siebie. Jest to wolność, która „nie sobie żyje i nie sobie umiera”. Przywołam tu spostrzeżenie profesora Stefana Swieżawskiego z książki „Kontemplacja i zdradzony świat”: „Myślę, że niezrozumienie potrzeby ascezy, zamierania, niezrozumienie słów Chrystusa, który mówi, że ziarno nie wyda plonu, jeżeli nie obumrze... leży u źródeł anemii chrystianizmu. Jeżeli chrystianizm cierpi na anemię, to głównie z tego powodu. Wtedy całe przesłanie ulatnia się w jakiś niebyt”. 
Chrystianizm Jana Pawła II nie cierpi na anemię. Przeciwnie, on porusza jakiś istotny nerw współczesności, która z jednej strony dojrzała do zrozumienia, co znaczy „jeden drugiego ciężary noście”, a z drugiej – wciąż boi się pójść za tym wezwaniem. Wolność Krzyża to oddać siebie „na przepadłe”. Nie hamletyzować („wszystkim nie pomogę”, „ja bym tak nie potrafił” itd.), tylko – oddać siebie.
I jeszcze jedne słowa muszę przywołać. Pielgrzymka Papieża wypadła w trudnym dla mojej rodziny momencie. Wiadomość o śmiertelnej chorobie kogoś bliskiego jest zawsze jak cios obuchem w głowę: trudno się pozbierać. Niby wiadomo, co robić (i co myśleć), ale jednak i tak tuż obok otwiera się otchłań – lęku, cierpienia, śmierci.
I na to wszystko przyjechał Papież. I już w swoim pierwszym przemówieniu powiedział – mocno te słowa akcentując: „Przestań się lękać!”.
I ja przestałem.

Autor jest redaktorem wydawnictwa „Znak”, stałym współpracownikiem „Tygodnikiem Powszechnym”. Opublikował m.in. biografię ks. Józefa Tischnera.



Nadzieja na pokój
Selim Chazbijewicz

Miłosierdzie Boga, będące przesłaniem papieskiej pielgrzymki, jest również ważnym składnikiem muzułmańskiej nauki o Bogu. Wszak Koran mówi o tym, iż Bóg jest Miłosierny i Litościwy. W Jego Imię – Boga Miłosiernego i Litościwego – rozpoczyna wierzący muzułmanin każdą czynność życiową. Niesie to również inne, społeczne i polityczne znaczenie. Wiara w Miłosierdzie Boga jest też zobowiązaniem dla człowieka – do pokojowej koegzystencji.
Polscy muzułmanie wizytę papieską odczytują również w bolesnym dla wszystkich kontekście ubiegłorocznej tragedii 11 września. Kontekst ten ma niewątpliwie znaczenie dla przyszłości dialogu pomiędzy chrześcijaństwem a islamem czy też trialogu: chrześcijaństwa-islamu-judaizmu. Tenże trialog jest bliską już i konieczną perspektywą, czego sygnałem może być niedawny list otwarty Marka Edelmana (por. „TP” nr 33 br.). Polscy muzułmanie przyjęli go z nadzieją i otuchą na przyszłe pojednanie żydowsko-muzułmańskie i z nadzieją na zrozumienie arabsko-muzułmańskich środowisk w Palestynie dla niezbywalnego prawa Żydów do posiadania własnego państwa Izrael – na tej świętej dla trzech religii ziemi. Wiara w boskie Miłosierdzie to podjęcie zobowiązania do żmudnej, codziennej pracy nad dialogiem życia, budowaniem więzów międzyludzkich.
Warto również nawiązać do innych, równie ważnych słów Jana Pawła II: „Przestańcie się lękać”. Ten lęk towarzyszy wielu wspólnotom mniejszościowym w Polsce, a związany jest z coraz silniejszymi ewokacjami nacjonalizmu i ksenofobii. Lęk ten jest też dany polskim muzułmanom od czasów 11 września ubiegłego roku, lęk o dobre imię religii muzułmańskiej zbrukane przez szaleńców oraz lęk spowodowany antymuzułmańską propagandą w mediach, również polskich. Z drugiej strony niepokój nasz wywołuje postawa części europejskich muzułmanów – akcentowana obcość wobec europejskiej kultury i tradycji, którą my, tzn. polscy muzułmanie, już dawno uznaliśmy za swoją. Pragnęlibyśmy reformy doktrynalnej w islamie, takiej która propagowany przez nas „euroislam” uczyniłaby jedną z równoprawnych teologicznych szkół muzułmańskich. W tym zakresie papieskie „przestańcie się lękać” dotyczy nas, polskich muzułmanów, Tatarów, ale i innych grup, wspólnot etnicznych i religijnych mniejszości w Polsce.
Pielgrzymka Jana Pawła II w tym wymiarze i kontekście jest zaproszeniem – po raz kolejny – do dialogu, jest utwierdzeniem dla niechrześcijan woli Kościoła do budowania pomostu, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Pomostem tym może być wiara w Boże Miłosierdzie, które sprawia, iż „przestajemy się lękać” stając się ufni w Opatrzność i w siebie, mniejszość wobec większości, muzułmanie wobec żydów i chrześcijan. Dlatego uważam, iż w tym rozumieniu trudno jest przecenić wagę papieskiej pielgrzymki.

Autor jest Współprzewodniczącym Rady Wspólnej Katolików i Muzułmanów.



Czas jest krótki
S. Małgorzata Chmielewska

Tylu już przenicowało słowa, gesty i czyny Papieża. To stałe pytanie: „co autor miał na myśli?” jest pretekstem do ucieczki od przyjęcia tego, co miał na myśli i co jest, szczególnie dla człowieka wierzącego, fundamentem wiary zawartym w Ewangelii. Papież nic nowego nie powiedział, tak jak nic nowego nie przyniosło przesłanie siostry Faustyny. Bóg jest miłością. Bóg jest miłosierny. Sąd nad tymi, którzy miłosierdzia nie czynią, będzie nieubłagany. A jednak w naszych czasach trzeba krzyku, żeby ta prawda dotarła nie tylko do całej ludzkości, lecz do uszu samych wyznawców Chrystusa. Nikt z nas na Odkupienie nie zasłużył. Miłosierdzia potrzebujemy wszyscy. Czym jest świat bez Boga Miłości, zdołaliśmy się przekonać i przekonujemy się każdego dnia. W domach naszej Wspólnoty mamy okazję widzieć to wyraźnie – ludzie, którzy do nas przychodzą, są albo ofiarami egoizmu i okrucieństwa innych, albo też ofiarami własnych złych wyborów życia bez miłości i miłosierdzia.
Ojciec Święty nie dał prostej recepty na rozwiązanie problemów osobistych i społecznych. Chrystus też nie daje. Uczynił nas wolnymi współpracownikami w dziele przemiany tego świata. Dlatego Papież wzywa nas do wyobraźni miłości – do wysiłku umysłu, woli i czynu, przypominając, że czas jest krótki. Nikt nie jest zwolniony z tego obowiązku; nikt, kto wybrał Chrystusa jako Pana. Na nas czekają bliźni w potrzebie. Nie na innych. Na mnie.
Jeden fragment w przemówieniu powitalnym Ojca Świętego uderzył mnie szczególnie: „Wiem, że wiele polskich rodzin, zwłaszcza wielodzietnych, wielu bezrobotnych i ludzi w podeszłym wieku ponosi niemałe koszty przemian społeczno-gospodarczych. Pragnę im powiedzieć, że dzielę duchowo ich ciężary i los”. Te ostatnie słowa nie są czczą deklaracją człowieka, któremu nic nie brakuje. Te słowa są prawdziwe, ponieważ okupione wysiłkiem i cierpieniem. Każdy stary człowiek może powiedzieć: „On wie, o czym mówi”. I każdy głodny i bezrobotny może powiedzieć: „Skoro mimo wieku, choroby i zmęczenia wciąż ma nadzieję i przyjechał aż tutaj, żeby mi to powiedzieć, to może ona rzeczywiście istnieje”. Więcej: w tych słowach jest przywrócony głęboki, chrześcijański sens słowa „współczucie”. Współczucie, czyli wspólne z braćmi odczuwanie zarówno cierpienia, jak i radości. Pozostając na piedestale naszych funkcji, urzędów i organizacji charytatywnych czyniących miłosierdzie w wyznaczonych godzinach, po których udajemy się do naszych cieplutkich domów i klasztorów, nie jesteśmy wiarygodni.
Kolejna lekcja, jaką odebraliśmy, to była lekcja modlitwy. Nie naszą mocą bowiem mamy zdobyć się na odwagę, lecz mocą Boga. Brewiarz, adoracja Najśw. Sakramentu, pacierz, różaniec, Droga Krzyżowa, pielgrzymki – jakże często jesteśmy ponad te „przestarzałe” przejawy pobożności. A zresztą nie mamy czasu! W imię poprawności już nie politycznej, a religijnej (tak, tak) odrzucamy tradycyjne formy modlitwy i tracimy jej ducha. A może to Papież ma rację i wie, jakiego świadectwa potrzebuje człowiek współczesny? Wie, od czego trzeba zacząć, skoro wszelkie eksperymenty życia bez Boga, bez modlitwy, bez miłosierdzia zawodzą?
I na koniec lekcja szczególna, lekcja człowieczeństwa. Pamięci o rodzinie, przyjaciołach, podziękowania tym, którzy pomogli, szacunku dla drugiego człowieka, bez względu na jego przekonania. Troski, aby nie zawieść nikogo, aby każdy był zauważony i doceniony. Czy już to umiemy? A może to początek, nie koniec drogi?

Autorka jest polską przełożoną Wspólnoty Chleb Życia.



Ta sama miara
Piotr M. A. Cywiński

Media najczęściej komentowały tę wizytę w kategoriach polskich, czasem ogólnoświatowych. Nie ujmując nic światu ani Polsce – chciałbym skupić się na jej ludzkim wymiarze. Bardzo ludzkim. Przyjechał bowiem stary, zmęczony człowiek, aby powiedzieć, że Bóg jest bogaty w miłosierdzie. Żebym przestał się lękać. Pokazał mi kilka osób, których portrety wisiały po prawej stronie ołtarza, powiedział: – Patrz! To możliwe. Więc przestań się lękać.
Przeglądałem wiele gazet i tygodników podczas tej wizyty. Każda redakcja znajdowała w niej coś dla siebie... Poparcie dla polityki skupu zboża, dla dążeń proeuropejskich lub wręcz przeciwnie, dla mesjanizmu polskiego lub uniwersalistycznych koncepcji ogólnoludzkiej solidarności. To znaczy, że słowa dotknęły szerokie spektrum społeczeństwa. To znaczy także, że mówiły o czymś zasadniczym, pierwotnym i – przede wszystkim – ludzkim. W tym tkwi siła tego przesłania.
Najbardziej wzruszył mnie koniec homilii w Kalwarii Zebrzydowskiej. Słowa tego zawierzenia przypominają mi „Modlitwę” Bułata Okudżawy: „Dajże każdemu po trochu i mnie w opiece swej miej”. Jeśli zaś komuś przypomną słowa z Krzyża: „wykonało się”, niechaj zauważy, że słowa na Krzyżu też nie były ostatnimi.
Ta modlitwa, ten poemat, to zaufanie stanowi podzielenie się z Bogiem wszystkim, z czym sobie nie radzimy – ja i Ty. Pamiętajmy, że Bóg – w odpowiedzi na to zawierzenie – zadziała przez nas i na pewno nie wbrew naszej woli. Przez nas, nie przez struktury administracji i urzędy pracy. „Chrystusowe wezwanie do miłości wzajemnej wyznacza nam wszystkim tę samą miarę”. To zdanie z krakowskich Błoń zapamiętam na długo, daj Boże na zawsze.
Jednej rzeczy żałuję. Jeśli wizyta była – jak to czasem nazywają – narodowymi rekolekcjami, to udało nam się wyjątkowo odizolować. Pomogło to może i w skupieniu, ale z uszczerbkiem dla miłosierdzia. Podczas tych właśnie dni, kiedy staliśmy na Błoniach, wokół nas nasi sąsiedzi borykali się z wodą, tracili wszystko, nieraz i życie. Nie zebraliśmy tacy na ten cel. Nawet nie wspomnieliśmy o nich w modlitwie wiernych. Można to sobie oczywiście tłumaczyć, nie da się usprawiedliwić. Narody bliźnie: Czesi, Niemcy! Żałuję.

Autor jest prezesem warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej.



Konfrontacja
Irena Dawid-Olczyk

Nie znam się na terminach teologicznych i jestem daleka od dyskusji toczących się wewnątrz Kościoła Katolickiego. Jednak wiem, że to, co powiedział Ojciec Święty o miłosierdziu dotyczyło mnie i pracy takiej, jak moja. I zmusiło mnie to do zastanowienia się nad kilkoma rzeczami.
Kiedy codziennie robisz to, czego się podjęłaś, nie masz czasu na refleksję. Twój czas jest cenny dla innych ludzi. Nie masz poczucia, że robisz coś szczególnego, tylko czasami, kiedy porównujesz to z celem działań drugiego człowieka, widzisz ten szczególny komfort. A na co dzień to po prostu jest twoje zadanie.
Teraz jest troszeczkę tak, jakby padło na to światło. Miłosierdzie, a więc otwarcie się na potrzeby innych ludzi, znalazło się w centrum uwagi.
Wszyscy o tym mówią; mam nadzieję, że rozmyślają. Że badają swoje życie pod tym względem. Ciekawe, jak to teraz będzie. Czy są w stanie się zmienić? Bo wydaje mi się, że nie jesteśmy społecznością bardzo miłosierną. Łatwo odrzucamy i ranimy ludzi, łatwo bierzemy pod uwagę wyłącznie własne racje, interesy. Łatwo zostawiamy trudne tematy za progiem, w zimnie i ciemności.
Nie jestem optymistką, miłosierdzie nie zrobi wielkiej kariery. Większe szanse na karierę ma dyskutowanie o miłosierdziu.
Jeżeli to, co robię – pomagam kobietom w bardzo trudnej sytuacji, nierzadko wykluczenia społecznego – jest chociaż w malutkiej części miłosierdziem, to okazało się nagrodą samą w sobie. Moje życie jest uzasadnione.
Jeżeli ktoś zdobywa się na miłosierdzie, a szczególnie to, co nazywamy dobroczynnością, naraża się na trudności innego rodzaju. Ludzie, którzy potrzebują dobroczynności, są bezbronni. Łatwo nadużyć takiej sytuacji, poczuć władzę, zawłaszczyć czyjeś życie. Trzeba bardzo uważnie przyglądać się sobie, kontrolować. Solidarność względem sióstr oznacza znalezienie wspólnego mianownika z drugą kobietą. W wypadku naszych działań to po prostu płeć.
Bardzo ważne jest dla mnie, że tak niekwestionowany Autorytet Moralny mówi o nieprawości. Mam wrażenie, że obowiązek przeciwstawiania się złu spoczywa na każdym z nas. Jednak oznacza to codzienną z nim konfrontację, a konfrontacja – kontakt. Czy kontaktowanie się z nieprawością zmienia człowieka?
Wizyta Ojca Świętego wyzwoliła w ludziach tyle energii... Czy spożytkują ją chociaż w części dla potrzebujących? Czy któraś z kobiet, dla których pracuję, poczuje tę zmianę? Czy ktoś da pieniądze 15-letniej prostytutce nie wymagając od niej usług?

Autorka działa w fundacji przeciwko handlowi kobietami „La Strada”.



Impuls
Gerhard Gnauck

Pewna Polka, katoliczka, po papieskiej Mszy na Błoniach ujęła trafnie to, co sam odczuwałem: „Im bardziej Papież się starzeje ciałem, tym bardziej staje się przekonujący i wiarygodny duchem”. Zostawmy na boku pytanie, na ile przekonujący są ci wszyscy, którzy wymachują biało-żółtymi chorągiewkami albo siedzą przed telewizorem. Nie o to chodzi: chodzi o Jana Pawła II, którego obecność daje SZANSĘ, daje MOŻLIWOŚĆ bycia dobrym. Daje impuls.
Nie jest bez znaczenia, że ponad dwa miliony ludzi przyszło na Błonia, żeby przynajmniej dać sobie szansę na przyjęcie tego impulsu. Będąc w tamten weekend w Krakowie i w Kalwarii Zebrzydowskiej, często myślałem o książce mojego niemieckiego kolegi Jana Rossa, dziennikarza tygodnika „Die Zeit”. Napisał ją dwa lata temu i nadał jej prosty tytuł: „Der Papst” („Papież”; podtytuł brzmiał: „Jan Paweł II – dramat i tajemnica”). Ross jest pod ogromnym wrażeniem tej postaci. Pisze on tak: „Podczas gdy komuniści uczyli kłamstwa, liberałowie negują prawdę; na miejsce totalitarnej aspiracji do posiadania prawdy jedynej i wszystko tłumaczącej, której wszyscy powinni się podporządkować (niem. Absolutheitsanspruch), przychodzi dziś totalny relatywizm”. Nie, nie, Jan Ross nie wywodzi się z łona Kościoła katolickiego – jest liberałem i nie-katolikiem. Niemniej, po wymienieniu takich osobistości jak Thatcher czy Reagan, Ross dochodzi do wniosku, „że Jan Paweł II jest największym wśród przywódców naszych czasów”.
Być może ta książka wyznacza początek nowego myślenia znacznej części intelektualistów Zachodu o Papieżu i Kościele, nie tylko katolickim. Pragnąłbym, aby tak się stało. Książka Rossa nie jest zresztą jedynym wyrazem tej tendencji. 
Co jeszcze? Jako ewangelik cieszę się, że Papież już na lotnisku zwrócił się do innych wyznań w Polsce – kraju, w którym żyjąc na co dzień, czasami muszę tłumaczyć, że „ewangelik to też chrześcijanin”. Jego modlitwę w Kalwarii – o jedność – chciałbym odczytać jako modlitwę ponadwyznaniową. Główna granica nie przebiega dziś między katolikami a innymi chrześcijanami, lecz miedzy chrześcijanami i niewierzącymi. Czy katolicy i ewangelicy są gotowi przyjąć ten impuls?

Autor jest korespondentem niemieckiego dziennika „Die Welt” w Warszawie.



By nikt nie czuł się samotny
Kard. Lubomyr Huzar

Byłem jednym z hierarchów uczestniczących w poświęceniu sanktuarium w Łagiewnikach. Podziwiam św. Faustynę, dzięki której budzi się w nas świadomość miłosierdzia Bożego, ale zgadzam się z tymi, którzy podkreślają, że Papież przybył do Łagiewnik ze względu na Boże miłosierdzie, a nie ze względu na nią...
My, Ukraińcy, jesteśmy dziś pewni, że niczego nie osiągniemy, jeśli nie oprzemy się na zdrowych zasadach moralnych. A jedną z nich jest wiara w Boga Miłosiernego. Jeśli pragniemy pokoju dla świata, musimy powrócić do Dekalogu, znów zaufać Bogu i Jego miłości. Miłosierdzie Boże jest esencją naszego chrześcijańskiego rozumienia Boga: coraz mocniej pojmujemy, że Stwórca nie jest surowym sędzią, lecz Ojcem, który chce, by każdy z nas miał sposobność odnaleźć się w świetle Bożej miłości, miłości miłosiernej... By nikt nie czuł się samotny, pozostawiony własnemu losowi, przeciwnie – by każdy czuł się pod opieką Boga Miłosiernego.
Początek nowego stulecia stoi jednak pod znakiem tragedii. Pokój jest zagrożony, ogarnia nas strach, gorączkowo i bezradnie rozglądamy się za autorytetami i wartościami. Gonimy za pieniądzem, bo jego posiadanie daje nam poczucie bezpieczeństwa. Czy warto czcić złotego cielca? Zaufajmy miłosierdziu Bożemu, bo jeśli Bóg darzy mnie miłością, jestem bogaty i bezpieczny. To najwłaściwsza, jedyna droga człowieka. Jestem wdzięczny losowi, że skierował mnie do świątyni w Łagiewnikach.

Autor jest Arcybiskupem Większym Lwowa, zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Geckokatolickiego. 



Miłosierdzia chcę, a nie ofiary!
Bp Janusz Jagucki

Nie miałem możliwości, by dokładnie śledzić przebieg papieskiej wizyty w naszym kraju. Musiałem ograniczyć się jedynie do relacji i komentarzy dziennikarzy telewizyjnych i prasowych. Myślę jednak, że Jan Paweł II przyjechał, by przekazać bardzo ważne, osadzone w zwiastowaniu naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa przesłanie: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary!” (Mt 9,13).
Boże miłosierdzie wypływa bowiem z samego centrum Bożej natury – z Jego miłości – miłości będącej motorem wszelkiego działania naszego Stwórcy. Z miłości bowiem Bóg stworzył człowieka, z miłości uczynił go na swój wzór i podobieństwo, z miłości nie opuszczał nawet wówczas, gdy człowiek odwrócił się od swego Pana, a w końcu z miłości przyjął ludzkie ciało i poszedł na krzyż.
Bóg bogaty w miłosierdzie – to stwierdzenie jest swoistego rodzaju streszczeniem Ewangelii i jest zarazem zadaniem dla nas – jednoznacznym zobowiązaniem.
Chcę jeszcze raz odwołać się do słów Jezusa: „Miłosierdzia chcę, a nie ofiary!” – to znaczy, że my, którzy dostąpiliśmy miłosierdzia, mamy sami być miłosierni i aktywni w Kościele – przez Chrystusa i w Chrystusie – dla bliźniego. To właśnie przesłanie stara się wykonywać Kościół poprzez wszelkie działania charytatywne, których realizacji w zorganizowany sposób podejmuje się chociażby nasza ewangelicka Diakonia, katolicka Caritas czy prawosławna Eleos. Ale działania te nie ograniczają się na szczęście do tych organizacji. Do okazywania miłosierdzia jesteśmy bowiem powołani wszyscy, jako chrześcijanie i cieszę się, że ta prawda obecna jest w świadomości naszego społeczeństwa, które z wielką otwartością wyruszyło na pomoc dotkniętym powodzią naszym przyjaciołom i sąsiadom w Czechach, Słowacji, Niemczech i Austrii. Przy tej okazji ewangeliczne przesłanie przypomniane przez Papieża mogło znaleźć od razu praktyczny wymiar.
Pan Jezus w kazaniu na górze powiedział: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). W innym miejscu odnajdujemy zaś wezwanie, byśmy byli miłosierni, jak miłosierny jest nasz Ojciec – Bóg. Te słowa mają w moim odczuciu także odniesienie do sytuacji społecznej, w której się znajdujemy. Niezadowolenie, frustracje i protesty mają niestety swoje uzasadnienie w sytuacji naszego społeczeństwa. Tym większą żywię nadzieję, że słowa Głowy Kościoła rzymskokatolickiego, do którego należy większość obywateli naszego kraju, w kwestiach społecznych dotarły do decydentów różnych szczebli – rządzących naszym krajem i poszczególnymi firmami i przedsiębiorstwami. A słowa te niosły jednoznaczne przesłanie, pod którym także i ja pragnę się podpisać, a mianowicie, że nikomu nie wolno budować własnego szczęścia na cudzej krzywdzie. Miłuj bliźniego swego, jak siebie samego, bo Bóg cię miłuje i okazuje ci swoje miłosierdzie. Obyśmy jako chrześcijanie różnych wyznań stale mieli przed oczyma tę maksymę – Boga bogatego w miłosierdzie, ale też oczekującego od nas miłosierdzia.

Autor jest zwierzchnikiem Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP.



„Dziękuję ci, pieśni oazowa...”
Wojciech Jędrzejewski OP

Papież wzruszony piosenką, która dla mnie jest synonimem kiczu...
Tyle wysiłku wkładałem w utrzymanie poziomu naszych liturgicznych śpiewów, szukałem wraz z innymi nowych form muzycznych dla liturgii. Kpiłem z religijnego kiczu. Kręciłem nosem nad różnymi duchowościami i formacjami, które moim zdaniem zbyt sentymentalnie kształtują religijne postawy młodzieży.
Oaza – to określenie stało się dla mnie słowem-kluczem, a raczej wytrychem interpretacyjnym. Oaza – symbol duchowości odrealnionej, nawiedzonej. Na przeciwnym biegunie – formacja dominikańska... Polifoniczne śpiewy, promocja trzeźwego teologicznego myślenia, dojrzałych wyborów, wyszukanej estetyki liturgicznej.
Tyle razy surowo diagnozowałem czyjąś płytkość, mieliznę, niedojrzałość wiary: a to za bardzo maryjne, a to za bardzo nawiedzone; za mało biblijne, zbyt uduchowione; za mało modlitwy, za dużo pobożności; zbyt mało przemyślane, przeintelektualizowane itd...
Swoim prostym wyznaniem Papież przypomniał mi, że drogi Bożego działania w sercu człowieka są naprawdę najprzeróżniejsze. Przypomniał, jak bardzo potrzebna jest pokora w ocenie tego, co jest kiczowate (czytaj – deformujące), a co z tak zwaną „klasą”.
Z pewnością ogromną wartością jest wierność swojej drodze. Nie bez znaczenia jest również zwracanie uwagi na to, co należałoby zmieniać w Kościele, aby stawał się jak najczytelniejszym znakiem Bożego Piękna, Mądrości i Miłości. Nie warto jednak robić tego w poczuciu wyższości: z przekonaniem, że czyjś kiepski gust należy zastąpić bardziej wyszukanym i wznioślejszym. Jeśli będziemy reformować liturgię i wspólnoty chrześcijańskie kierując się pychą, łatwo staniemy się szkodnikami. Coś, co skłonni bylibyśmy nazwać kiczem, może być dla jakiegoś człowieka drogą do świętości. Oto lekcja, jaką otrzymałem od Papieża wzruszonego śpiewem „Barki”.

Autor jest duszpasterzem młodzieży szkół średnich w Warszawie, publikuje w „Więzi” i „Tygodniku Powszechnym”.



„Wywiad” z Papieżem
Katarzyna Kolenda-Zaleska

– Ojciec Święty nie udziela wywiadów – od ponad pięciu lat ksiądz biskup Stanisław Dziwisz jest bardzo życzliwy i bardzo stanowczy. Nie napieram, ale i nie rezygnuję.
Sobota. 18 sierpnia 2002 roku. W pałacu arcybiskupim Papież kończy przyjmować oficjalnych gości. Jeszcze zwlekam z wyjściem. Wiadomo: dziennikarz zawsze liczy na nieoficjalne informacje i przecieki. Dostrzega mnie nuncjusz apostolski w Polsce, arcybiskup Józef Kowalczyk. Podchodzi, chwilę rozmawiamy o zakończonej kilka godzin wcześniej konsekracji sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, i nagle nuncjusz prowadzi mnie do pokoju, w którym jest Papież. Klękam, a Ojciec Święty podaje mi pamiątkowy różaniec. Wstaję i zamierzam odejść. I właśnie wtedy zdarza się cud. – Zawsze pani chciała rozmawiać z Ojcem Świętym. Proszę – biskup Dziwisz uśmiecha się przyjaźnie i przysuwa mi fotel. Rozglądam się, gdzie moja kamera. Nie ma. Nie została wpuszczona.
Papież również uśmiecha sie przyjaźnie. Tak, jakbyśmy się znali od lat. Przyznaję: tracę cały dziennikarski rezon.
– Jak Ojciec Święty czuje się w Krakowie? – Wspaniale, tu czuję się najlepiej – odpowiada Jan Paweł II. – Tu się wychowałem, tu przeżyłem młodość. Wiele wspomnień, bardzo dużo wspomnień.
Ojciec Święty zamyśla się na chwilę, a ja nieśmiało dodaję: – Dobrych wspomnień, prawda? Papież kiwa głową. – Dużo dobrych wspomnień. Ale są i inne, bolesne. Tu przeżyłem okupację. Było bardzo ciężko, strasznie.
Papież znów się zamyśla, a ja nie śmiem przerwać tej ciszy. Potem mówi: – Kraków, mój Kraków. Tak czekałem.
– I krakowianie czekali – mówię i opowiadam Ojcu Świętemu o przystrojonych ulicach i radosnej atmosferze oczekiwania na wielkie święto. Wydaje mi się, że Papieżowi sprawia to przyjemność; że słucha z zadowoleniem. Na koniec dodaję, że ja też jestem z Krakowa. I wówczas Papież wyciąga rękę i gładzi mnie po głowie. Biskup Dziwisz dyskretnie daje mi znak.
Dopiero po chwili udaje mi się ochłonąć. Nagle zdaję sobie sprawę, ilu tu było ludzi i że wpuszczona w trakcie kamera została w którymś momencie włączona.
Ale przecież na pewno nie był to wywiad z Janem Pawłem II. Nie była to też kurtuazyjna rozmowa.
Czy można racjonalnie zanalizować spotkanie z człowiekiem, który dla milionów ludzi na świecie jest największym, o ile nie jedynym autorytetem? Czy da się ubrać w słowa emocje i wzruszenie, które za sprawą Papieża stało się moim udziałem? Bardzo to trudne. Można powiedzieć, że Papież znów zaskoczył. Choć może nie. Może właśnie nie zaskoczył, bo przecież to on powiedział, że „człowiek jest drogą Kościoła” i dlatego poświęca swój czas i zmęczenie ludziom tak mało znaczącym jak zwykły dziennikarz. Cóż mogę napisać? Właściwie tylko jedno. Dziękuję.

Autorka jest dziennikarką „Wiadomości” TVP, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. Nakładem „Znaku” właśnie ukazała się jej książka „Pielgrzymka 2002”.



Nauczyciel
Leszek Kołakowski

Gdy nas tabliczki mnożenia uczą, wszystko nam jedno, kim jest ów nauczyciel, ważne tylko, żeby prawdę mówił. Inaczej tam, gdzie chodzi o nauczanie prawd moralnych i religijnych. Tu osoba nauczyciela wpisuje się, by tak rzec, w sens tego, co mówi, że Bóg jest miłosierny – nic bardziej oczywistego, nic częściej powtarzanego w świecie wiary chrześcijańskiej. Ale wiemy i doświadczamy w duchu, że Ojciec Święty, gdy to właśnie mówi, gdy tę właśnie prawdę wiary za główne przesłanie swojej podróży do ojczystego kraju bierze, nie mówi przecież banałów. Słuchamy go i uczymy się od niego, bo mamy silne poczucie, że jest on prawdziwym nosicielem tej wiary, że jest sam jakby wcieleniem tego przesłania, z którym do nas się zwraca. Sens jego mowy nie jest od samego znaczenia słów zależny, ale zależny jest od niewzruszonej wiary mówiącego, od siły moralnej, co słowa unosi. On wie, na pewno wie, że Bóg jest miłosierny i wie także, że nie znaczy to wcale, byśmy mogli być wolni od cierpienia i nieszczęść: sam się w życiu wiele nacierpiał, sam jest schorowany i fizycznie niemocny, ale również cierpienie własne, jak przed nim tylu świętych, umieszcza w świecie ogarnionym przez miłosierdzie boskie. Dlatego słuchamy go jako wielkiego nauczyciela.

Autor jest filozofem, emerytowanym profesorem All Souls College w Oxfordzie. Ostatnio w wydawnictwie Puls ukazało się wznowienie jego pism rozproszonych pt. „Pochwała niekonsekwencji”.



Kalwaryjski pielgrzym
Andrzej Konicki

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Jan Paweł II modlił się przed obrazem Matki Bożej Kalwaryjskiej, a potem prosił nas, byśmy w naszym sanktuarium modlili się za niego za życia i po śmierci. Nie zawiedziemy go. Nie zapomnimy też nigdy, że „Bóg jest bogaty w miłosierdzie”. Każdy, kto był z Papieżem w Łagiewnikach, na Błoniach bądź w Kalwarii, mógł się wyciszyć, choć na chwilę zapomnieć o codziennych troskach. Szczęście to dane było biednym i bogatym, prostym i wykształconym, wierzącym i niewierzącym. Obecność Jana Pawła II zatarła różnice, jakie na co dzień dzielą Polaków.
Jako przewodnik pielgrzymów miałem honor być blisko Papieża. Podczas Modlitwy wiernych w bazylice kalwaryjskiej prosiłem o modlitwę za wszystkich pielgrzymujących do naszego sanktuarium, aby u stóp Maryi umacniali swą wiarę, nadzieję i miłość. Wierzę, że ta modlitwa będzie wysłuchana.
Nigdy nie zapomnę, jak po Mszy Ojciec Święty błogosławił wiernych. Pomyślałem wtedy o Chrystusie pochylonym pod ciężarem krzyża. „Jeżeli ktoś mnie miłuje, niech weźmie swój krzyż i niech mnie naśladuje”. Jan Paweł II całkowicie zawierzył się Bożemu miłosierdziu, dźwiga swój krzyż, ugina się pod ciężarem problemów Kościoła, ugina się też pod ciężarem cierpień duchowych i fizycznych. Jego krzyż staje się cięższy za sprawą cierpienia ludzi głodujących, wyrzuconych na bruk, uzależnionych od nałogów.
Kiedy Jan Paweł II zawierzał Maryi Kościół i siebie, modliłem się wraz z nim, by Matka Zbawiciela dała mu siłę na pełnienie misji do końca. Choć serce się kraje na widok zmęczenia i choroby Papieża, jednak każdego ogarnia zdumienie jego siłą i hartem. Jan Paweł II uczy nas nie tylko modlitwy, ale i wytrwałości w spełnianiu swych powinności. Byłem wzruszony do łez, kiedy na zakończenie Mszy chór zaśpiewał Papieżowi kalwaryjską pieśń: „Matko, przed Twoim obrazem może już ostatnim razem...”. Ale nie wstydzę się łez, nie ja jeden z płaczem żegnałem „kalwaryjskiego pielgrzyma”.

Autor jest emerytowanym nauczycielem, przewodnikiem pielgrzymów kalwaryjskich. 



Polska wrażliwość
Peter-Hans Kolvenbach SJ

Pośrodku jedynego w swoim rodzaju wydarzenia, jakim była liturgia sprawowana z ponad dwumilionową rzeszą wiernych, Ojciec Święty ukazał bogactwo miłosierdzia Bożego jako to, czego koniecznie potrzeba światu uwiedzionemu i poddanemu mysterium iniquitatis. Ukazanie Boga jako tego, który pierwszy nas umiłował, „gdyśmy byli jeszcze grzesznikami” (Rz 5,8), stanowi sens Dobrej Nowiny, którą winniśmy nie tylko przyjąć z wdzięcznością, lecz przede wszystkim żyć nią jako ludzie miłosierni, budujący cywilizację miłości wszędzie tam, gdzie wciąż jeszcze tyle nienawiści – tak w rodzinach, jak i między narodami.
W homilii Ojciec Święty nie zadowolił się powtórzeniem słów, jakie Pan powierzył mistyczce, św. Siostrze Faustynie, ukształtowanej w duchowości Jezusowego Serca, lecz wskazał na ich bardzo konkretne zastosowania w życiu rodzinnym i społecznym. Ogromny tłum słuchał Ojca Świętego uważnie i reagował oklaskami w odpowiednich momentach, pokazując serdecznie współbrzmienie z Papieżem. Wołanie, by Jan Paweł II pozostał w Polsce, wskazuje, że jest on nadzieją ludzi na urzeczywistnienie tego przesłania w ojczyźnie, która przechodzi i będzie przechodzić przez rozliczne trudności.
Beatyfikacja czterech Sług Bożych ukazuje, w jaki sposób mężczyźni i kobiety mogą żyć bogactwem Bożego miłosierdzia – czy to przez działalność duszpasterską biskupa, czy to przez spowiedniczą służbę kapłana, czy też przez pomoc niesioną jeńcom wojennym przez siostrę zakonną, czy wreszcie przez wyczerpującą pracę pośród trędowatych, podjętą przez wiernego członka Towarzystwa Jezusowego. Ten ostatni – mój współbrat zakonny, bł. Jan Beyzym – przez to, że dniem i nocą służył trędowatym, dał niezwykłe świadectwo miłości do Chrystusa, który zjednoczył się w jakiś sposób z każdym człowiekiem.
Beatyfikacja o. Jana Beyzyma, którego dzieło miłosierdzia było wsparte przez jego rodaków – wówczas przecież jeszcze w niewoli – uświadamia nam wszystkim ogromną wrażliwość polskich katolików, którzy nawet wtedy, gdy sami są w potrzebie, pamiętają o tych, który jeszcze bardziej potrzebują pomocy. W ten sposób bł. Jan Beyzym stał się pośrednikiem między ubogimi. Każde dobre dzieło i każde dzieło dobroci bazuje na takim pośrednictwie, które pozwala zwielokrotnić wymowę drobnych nawet gestów tylu ludzi. Ale ostateczny sens zarówno tego pośrednictwa, jak i tych wszystkich gestów serca leży w tym, że dają one poznać i zakosztować miłości Chrystusa tym, których godność została poniżona. Oto świadectwo wiary połączone z miłością, która przywraca elementarną sprawiedliwość. Oto świadectwo pokazujące, w jaki sposób człowiek jest drogą współczesnego Kościoła.
Impulsy, które wychodzą z tej kolejnej wizyty apostolskiej Jana Pawła II w Polsce, świadczą wymownie o tym, że Ojciec Święty – podobnie jak to czynił w przeszłości – doskonale potrafi połączyć lokalny i osobisty wymiar odwiedzin w ojczyźnie z wymiarem uniwersalnym, który jest mu właściwy jako biskupowi Rzymu.

Autor jest Przełożonym Generalnym Towarzystwa Jezusowego.


Chcę chcieć
Yumiko Matsuzaki

Co roku pod koniec sierpnia w wielu miastach Japonii odbywa się matsuri, festyn szintoistyczny. Jest to akt dziękczynienia bóstwom szintoistycznym za udany zbiór ryżu. Koło świątyni powstają stragany z kiczowatymi balonikami, napojami i słodyczami. Są to dni radosne, bez głębszego znaczenia religijnego, ale radość im towarzysząca jest na tyle wielka, że nawet ta powierzchowność jest urocza.
Trudno mi powiedzieć, dlaczego szukając swego sektora na Błoniach, ściśnięta w tłumie, miałam wrażenie, że idę na ten festyn. Może to przez ten sierpień, może przez tłum, ale chyba przede wszystkim przez to, że zobaczyłam na Błoniach małe prowizoryczne sklepiki, ustawione w jednym rzędzie. Sprzedawano baloniki z Papieżem, żółto-białe flagi, napoje chłodzące. Już w sektorze zauważyłam, że Błonia wyglądają jak morze ludzi. Pomyślałam, że już gdzieś to widziałam. Było to zdjęcie z 1979 r., kiedy to w Warszawie na Placu Zwycięstwa Papież mówił do zgromadzonych: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”. Rzeczywiście, oblicze Polski jest teraz zupełnie inne, ale czy Polacy jeszcze o tym pamiętają? Czy pamiętają peregrynację kopii obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, rozpoczętą przez Kardynała Wyszyńskiego? Kiedy komuniści zabrali kopię obrazu Matki Boskiej, pusta rama w dalszym ciągu wędrowała po Polsce. Bo ważne było to, co niewidzialne, gdy zakazane było to, co widzialne. Gdy w 1999 r. Papież nie przybył na Błonia, część ludzi odeszła. Ten sam naród, jakże inne zachowanie. 
Przesłaniem obecnej pielgrzymki Ojca Świętego było miłosierdzie. Słowa wypowiedziane w Polsce przez następcę Piotra są w pewnym sensie przypomnieniem tego, co zostało już powiedziane w encyklice „Dives in misericordia”. Nie jest to zwykłe przypomnienie, lecz przypomnienie z ust wielkiego człowieka, wielkiego autorytetu religijnego i moralnego dla Polaków. To przypomnienie nie jest ani nakazem, ani powinnością – jest namawianiem każdego z nas do chcenia. Do chcenia, by chcieć. Chcę chcieć być miłosierny. Pomiędzy tymi dwoma słowami „chcieć” leży ludzka wolność. Gdy człowiek naprawdę chce z własnego wyboru, to wtedy jego chcenie nigdy nie zanika. Takie chcenie jest inaczej wolą. A taka wola jest niezłomna i już w żadnym razie nie stanie się powierzchowna. Wizyta Papieża, mam nadzieję, pozostawi u każdego Polaka owo „chcenie chcieć”; oby to chcenie stało się wolą całego narodu. Wola, która przenika w ludzką duszę, nie ulega zniszczeniu.
My, Japończycy powinniśmy zazdrościć Polakom posiadania tak wielkiego autorytetu moralnego. Japońskie słowo jihi, czyli miłosierdzie, składa się z dwóch członów. Ji oznacza troskę, czystą miłość i przyjaźń, jest to chęć dania bliźniemu pomyślności i pokoju. Hi oznacza smutek wynikający z czyjegoś nieszczęścia, współczucie i chęć odjęcia cierpienia. Słowa Papieża namawiające do tego chcenia są również przesłaniem dla nas, Japończyków. 
Po politycznych i ekonomicznych przemianach Polacy jakby trochę zatracili te wartości, wartości miłosierdzia, które zaistniały w czasach trudnych, w czasach dążenia do wolności ludzkiej i wolności ojczyzny. Jan Paweł II namawiał Polaków do przypomnienia ich sobie, ale równocześnie to przypomnienie miało im uświadomić, że właśnie Polska ma się stać świadectwem miłosierdzia i początkiem nowej cywilizacji, opartej na miłosierdziu.
Miłosierdzie i jihi; te słowa staną się prawdziwe, gdy staną się czynem konkretnej osoby, która chce chcieć być miłosierną.

Autorka jest doktorantką PAT w Krakowie, absolwentką teologii KUL. Od 1985 r. mieszka w Polsce. 


Prezent
Bogdana Pilichowska

„Dawno zużyte słowa / Wróciły do mnie znów / I zrozumiałem od nowa / Znaczenie prostych słów” – ten fragment wiersza Antoniego Słonimskiego przypomniałam sobie w dniu odlotu Papieża.
Był pośród nas jak zwykły człowiek. Każdy jego ruch był okupiony cierpieniem, każde słowo wymagało wysiłku ponad miarę. Mówił najprościej o rzeczach dla każdego najważniejszych: o wierze, nadziei, miłości, miłosierdziu. W jego ustach odzyskały świeżość i pierwotną moc. Tak umieją mówić tylko święci i poeci. Siła jego słów i modlitwy czyniła niepotrzebnymi wszelkie dowody. Przywracała utracone nadzieje, zagubioną ufność. Nawet prośba o modlitwę za niego „teraz i po śmierci” nie zamykała jego wśród nas obecności, ale ją otwierała na wieczność.
Oddał nam każdą minutę swego pobytu w Krakowie. Wśród nieustającego hałasu, śpiewów, okrzyków, oklasków, trzasku migawek i wszędobylskich kamer. Nawet przy grobie najbliższych nie mógł być sam. Byliśmy we wszystkich tych miejscach, w których przed laty znajdował ciszę i potrzebną samotność. Może moglibyśmy zrobić Ojcu Świętemu prezent, kiedy, co daj Boże, przybędzie następnym razem i rezygnując z naszej przyjemności oglądania go, podarowali mu kilka godzin pustego Krakowa: bez wiwatujących tłumów, wypełnionych twarzami okien – żeby jak zwykły śmiertelnik, tak jak przed kilkudziesięciu laty, przeszedł ukochanymi ulicami, przysiadł na ulubionej ławce na Plantach, popatrzył na znajome drzewa, wszedł do kościoła, w którym byłoby tylko kilka modlących się osób? Może taki Kraków śni się mu po nocach?
Kraków – o którym kardynał Macharski powiedział 21 lat temu podczas białego marszu, po zamachu na Ojca Świętego, „Krakowie, jesteś wielki!” – na pewno stać na taki prezent.

Autorka jest etnografem i archiwistą, współzałożycielem Stowarzyszenia Pomocy Obywatelskiej im. Anny Fiszerowej, prowadzącego m.in. aptekę darów w Krakowie. W tym roku otrzymała Nagrodę im. ks. Józefa Tischnera.


Iskra nadziei
Marcin Przeciszewski

Zawierzenie świata miłosierdziu Bożemu uczyniło tę podróż najbardziej uniwersalną, w wymiarze globalnym, ze wszystkich dotychczasowych wizyt Papieża w ojczyźnie. To odpowiedź Kościoła na egzystencjalny lęk, charakteryzujący współczesny świat, wzmocniony tragicznymi wydarzeniami z 11 września ub. r. Jan Paweł II – nawiązując do przesłania siostry Faustyny – przypomina z niezwykłą siłą, że ani człowiek ani ludzkość nie znajdzie pokoju, póki nie zwróci się z ufnością do Boga miłosiernego. Papież, kierowany swą niezwykłą intuicją, czuje, że teraz właśnie nadszedł moment, kiedy świat będzie w stanie przyjąć to właśnie ziarno: iskrę nadziei, która wychodząc z Polski przygotuje świat na powtórne przyjście Jezusa.
Mam przeczucie, że skutki tej pielgrzymki na naszym małym, polskim poletku, będziemy mogli kiedyś porównywać z wizytą z 1979 roku. Podstawowym polskim problemem jest dziś nie tyle skala zewnętrznych trudności, co brak nadziei, niczym gangrena niszczący i paraliżujący społeczeństwo. Frustracja zamyka oczy na szansę, przed jaką stoi nasz kraj. Atmosfera towarzysząca pielgrzymce i przesłanie: „Przestańcie się lękać!” może – ufajmy – mieć charakter uzdrawiający.
W papieskim wezwaniu kierowanym do Kościoła w Polsce można dostrzec znaczące przestawienie akcentów. Kościół polski od zawsze prowadził misję charytatywną, ale była ona komplementarna do jego misji nauczania. Teraz Papież realizację miłosierdzia względem konkretnego człowieka i na płaszczyźnie miłosierdzia umieścił w centrum.
Jan Paweł II po raz kolejny starał się nas uwolnić od lęków przez Europą i wejściem do Unii. Mówiąc o procesie integracji, Papież wzywa rodaków do radykalnego świadectwa, które – jak ufa – może wzbogacić przyszły wspólny dom. Papież mówi wręcz o misji, jaką Polska i polski Kościół mogą spełnić w Unii. Od niemal 200 lat za główne nasze zadanie uważaliśmy ochronę naszej tożsamości. Oczywiście to zadanie pozostaje aktualne, ale Jan Paweł II dziś wzywa nas do odpowiedzialności za kształt przyszłej Europy: Dajcie świadectwo w Europie! – apeluje. Obyśmy sprostali.
Papieskiego nauczania nie można jednak sprowadzić tylko do słów. Niezwykle ważny był też przykład długiej modlitwy w milczeniu w katedrze wawelskiej i w kalwaryjskim sanktuarium. Dla mnie była to homilia, równie ważna jak wszystkie pozostałe „mówione” kazania Papieża. Powiedziałbym, że ta pielgrzymka miała dwa filary: z jednej strony nauczanie, a z drugiej modlitwę. 
Ta cicha modlitwa była wielkim świadectwem tego, jak Kościół nauczający powinien być równocześnie Kościołem modlącym się.
Papież uczył również polski Kościół otwarcia na wszystkich, niezależnie od ich stopnia otwarcia się na wiarę. Mówił do wszystkich, ponad wszelkimi podziałami, starannie dystansując się od naszych polskich sporów. To przykład tego, jak Kościół i jego pasterze winni działać w warunkach pluralizmu. Kościół nie powinien być uwikłany w jakieś partykularne powiązania, ale prawdziwie powszechny, otwarty w duchu dialogu i miłosierdzia.

Autor jest prezesem Katolickiej Agencji Informacyjnej.


Pamięć o dobru
Rabin Michael Schudrich

Nie możemy nie doceniać znaczenia wizyty Papieża w naszym kraju. W judaizmie mamy pojęcie „Hakarat Hatoy” – pamiętanie o dobru, które ktoś dla nas uczynił. Obowiązkiem każdego człowieka jest pamięć i wdzięczność dla innego człowieka, który nam w jakiś sposób pomógł. To, co Jan Paweł II uczynił dla Polski, dla Europy i dla całego świata, sprawia, że każdy z nas jest zobowiązany do mówienia Papieżowi: „dziękuję”. Jego wizyta dała nam kolejną szansę powiedzenia „dziękuję” nie tylko za pomoc w obaleniu komunizmu (co już by wystarczyło), ale też za prawdziwe świadectwo życia, w którym kieruje się silnym poczuciem moralności. Nie polityka, nie to, co łatwe lub popularne, ale to, w co Papież głęboko wierzy, jest moralne i dobre dla świata.
Papież sprawia, że pamiętam, iż jedynym światłem w moim życiu powinno być to, czego oczekuje ode mnie Bóg. Choć może nie wszyscy się ze mną zgodzą, chcę, by moim przewodnikiem była moralność, a nie inne, być może bardziej atrakcyjne lub łatwiejsze propozycje. Także dlatego powinienem powiedzieć: dziękuję.

Autor jest rabinem Warszawy i Łodzi.




Sprawiedliwość i miłosierdzie
Jacek Woźniakowski

Papież użył kilkakroć zwrotu „tajemnica miłosierdzia Bożego”. Istotnie, po upiornych doświadczeniach XX wieku, po Auschwitz i Katyniu, Kambodży i Rwandzie, po morderczych epidemiach, suszach i powodziach, ci wszyscy, których takie doświadczenia choćby tylko musnęły, mogą stawiać sobie pytanie, dlaczego ocalałem ja (przynajmniej chwilowo)? Dlaczego właśnie my jeszcze na tym świecie żyjemy? Dlaczego jeden z wąskich, tęczowych promieni, przeszywających posępną skorupę ludzkich dziejów, zaświecił właśnie tu czy tam? Myślę, że jedyną sensowną odpowiedzią na takie pytania jest bardzo niepełna świadomość zobowiązań, jakie trzeba w miarę sił spłacać, najlepiej w tej samej walucie. Czyli w miłosierdziu. To znaczy w „wydobywaniu dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku” (encyklika „Dives in misericordia”).
A młodsi, dla których niemal cały wiek XX to już prehistoria? Niechby się rozejrzeli uważnie po świecie, który ich otacza. Byłoby cudownie, gdyby mógł powstać świat doskonale sprawiedliwy. Ale czy na pewno cudownie? Jak konkurowałyby ze sobą różne – całkiem różne – dążenia, z których każde domagałoby się sprawiedliwości, wymierzonej zgodnie z najświętszym przekonaniem osób idących odmiennymi drogami? Jakbyśmy wyglądali w trybach takich doskonale sprawiedliwych machin? Także nieporównanie od nich doskonalsza machina sprawiedliwości boskiej, mieląc na proszek grzeszne nasze myśli, mowy, uczynki i zaniedbania, nasze łakomstwa i egoizmy – czy by nie przemieliła sprawiedliwie nas samych razem z całym tym bagażem? Na szczęście jest boskie miłosierdzie. Ale nie trzeba biernie czekać, aż zostanie nam udzielone.
Żywoty Świętych są ciągłym przypomnieniem, że mamy z tym najwyższym miłosierdziem w miarę naszych słabych sił współdziałać, że nasze postępki powinny być choćby nieskończenie dalekim odblaskiem tamtego ojcowskiego miłosierdzia dla syna marnotrawnego. Podobnym przypomnieniem była obecna pielgrzymka. Zmarnowaliśmy (powiadają optymiści, że nie całkiem) solidarność, w której Papież pokładał takie nadzieje. Może potrafimy nie zmarnować, nie zmarnotrawić wspólnoty modlitw, przemyśleń, trudów i żaru tej pielgrzymki? Może miłosierdzie jest jakąś inną formą, jakimś przetworzeniem solidarności? Zapewne – nie tylko tym. Pomyślmy jednak o dobrym Samarytaninie i że ta przypowieść odpowiedziała na pytanie człowieka biegłego w zakonie: któż jest moim bliźnim?

Autor jest pisarzem, historykiem sztuki, wieloletnim redaktorem „Tygodnika Powszechnego” i wydawnictwa „Znak”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 35 (2773), 1 września 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl