Przegląd zagraniczny

Ruch Saddama


„Jakie decyzje byśmy podjęli, gdybyśmy byli na miejscu amerykańskiego prezydenta George’a W. Busha i byli tak samo jak on zdeterminowani, by zapobiec dostaniu się w ręce terrorystów irackiej broni masowego rażenia przy jednoczesnym uniknięciu wojny?” – pyta Hazir Teimourian na łamach angielskiego tygodnika „The Tablet” (10 sierpnia 2002). Autor natychmiast odpowiada, że wszyscy, łącznie z nim samym, robilibyśmy to samo, dosłownie kopiowalibyśmy decyzje prezydenta Ameryki. Publicznie zobowiązalibyśmy rząd, na czele którego stoimy, do „zmiany reżimu” w Bagdadzie. Zwiększylibyśmy naszą obecność wojskową w regionie Zatoki Perskiej i zorganizowalibyśmy „przeciek” do prasy z informacją dotyczącą tajnego planu ataku na Irak ze wszystkich możliwych kierunków. Wszystkie te zabiegi administracji amerykańskiej, zdaniem publicysty „The Tablet”, adresowane są do Saddama Husajna. Mają go przestraszyć tak, by zgodził się na ponowne wpuszczenie na swoje terytorium inspektorów ONZ. 
Czy taka jest rzeczywiście amerykańska strategia? Odpowiedź na to pytanie zna tylko prezydent Bush i jego najbliższe otoczenie. Ciekawa jest natomiast inna kwestia. Otóż przez ostatnie dwadzieścia lat, to znaczy od wojny Iranu z Irakiem Saddam stał się osobą publiczną. Przez ten czas jego oblicze nie schodziło z pierwszych stron światowych gazet i ekranów telewizora. Niemal wszyscy staliśmy się ekspertami od jego osobowości i gestów. Wiemy już, że skłonny jest podjąć każde ryzyko, że najlepiej się czuje, gdy oczy całego świata zwrócone są na jego osobę. Kłopot z Husajnem zaczyna się wtedy, gdy ktoś stara się przewidywać jego następny ruch. Dlaczego? Ano dlatego, że prezydent Iraku jest po prostu nieprzewidywalny. Przykłady? Nawet w przededniu ataku koalicji antyirackiej w 1991 r. Husajn myślał, że świat zachodni blefuje. Upajał się tym, że znane osobistości z królem Jordanii na czele poniżają się, prosząc go o wycofanie się z Kuwejtu. Zachowywał się tak, jak zmartwychwstały kalif Bagdadu. Sądził, że Ameryka raczej z podkulonym ogonem wróci za ocean, niż poświęci chociaż jednego żołnierza. Pomylił się, gdyż Stany Zjednoczone i ich sprzymierzeńcy zaatakowali.
Dziś sytuacja się powtarza. Jednak po terrorystycznych atakach na Nowy Jork i Waszyngton Amerykanie są bardziej zdeterminowani, by usunąć reżim Husajna, niż 10 lat temu. Prawdopodobnie zdaje sobie z tego sprawę także przywódca Iraku, oglądając przekazy CNN wewnątrz swoich pałaco-bunkrów. Ponadto trzeba brać pod uwagę, uważa Teimourian, możliwość zdrady w otoczeniu prezydenta Iraku: tym bardziej, im bardziej Ameryka będzie zdecydowana uderzyć. O ile więc Saddam nie ma dokąd uciec, o tyle ludzie z jego armii, ochrony, a nawet jego synowie, mogą dostrzec wymierne korzyści w zawarciu paktu z Ameryką.
Ale to, czy nastąpi amerykański atak na Irak, będzie zależeć ostatecznie od irackiego prezydenta. Jeżeli wyrazi zgodę na nieograniczoną kontrolę inspektorów ONZ, Ameryka będzie prawnie i moralnie rozbrojona. Jakakolwiek inwazja w takiej sytuacji będzie natychmiast potępiona przez sekretarza generalnego ONZ. Nawet Wielka Brytania będzie się wahać, czy posłać swoje ograniczone siły, by pokazać, że Stany Zjednoczone nie działają w osamotnieniu. Czy zatem atak na Irak rozejdzie się po kościach? Teimourian pisze: „wydaje mi się, że Saddam Hussajn ponownie źle odczyta dawane mu znaki. Nawet jeśli pozwoli na powrót inspektorów, będzie się z nimi bawił w kotka i myszkę. Jakikolwiek telewizyjny raport pokazujący irackich żołnierzy utrudniających pracę inspektorów, będzie wystarczającym sygnałem dla USA, by uderzyć. Waszyngton natychmiast znajdzie wiele dowodów, by pokazać społeczności międzynarodowej, że Husajn w dalszym ciągu stanowi główne zagrożenie dla pokoju na świecie i jest niereformowalny”. 

 
 JM

 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl