A mój syn


Sekty są fajne

JACEK PODSIADŁO



A mój syn też ma taką encyklopedię o oceanach, nawet większą. Tak, że ja już to wszystko wiem – odpowiedziałem pani podsuwającej mi nieśmiało znane i nie lubiane pismo „Przebudźcie się”. W samo południe. W niedzielę! W centrum miasta!! Tuż obok Katedry!!! 
No bo ona się mnie spytała, czy ja bym nie chciał takiej książeczki. No to ja się spytałem, o czym to jest. A ona, że o przyrodzie. Wtedy spytałem, czy jest o pająkach. A ona, że o pająkach to nie, ale że jest o oceanach. Rzeczywiście, na okładce było napisane „Co się kryje w oceanach” czy jakoś podobnie. Wtedy powiedziałem to, co przytoczyłem na początku, i zacząłem się oddalać. 
– Ale tu jest też mowa o globalnym zanieczyszczeniu wód – nie dawała za wygraną pani z kociej wiary.
– Wiem, wiem – burknąłem oddalając się coraz bardziej. Wtedy kobiecina desperacko wyciągnęła z rękawa ostatnią dziewiątkę:
– I jest też o Biblii! Bo Biblia mówi o tym wszystkim! Zapowiedzi są!
I o to właśnie mi chodziło. Żeby być na tyle oddalonym, kiedy padnie ta kwestia, żeby móc sobie krzyknąć w niedzielne południe tuż obok Katedry:
– A Biblia, proszę pani, to mnie już w ogóle nie interesuje!
W ten sposób wykazałem się wątpliwym tupetem w obliczu niewątpliwej odwagi głosicielki oceanicznych prawd. Bo trzeba odwagi, żeby w tych ciężkich dla mniejszości religijnych czasach (wiem, wiem, bywało ciężej) głosić inne, niż powszechnie wyznawane, poglądy w wiadomych sprawach niewiadomych. W ostatnich latach słowo „sekta” straciło swą neutralność i stało się jednoznacznie negatywne, zgoła obelżywe. O zagrożeniu sektami mówi się jak o zagrożeniu narkomanią, coraz częściej można spotkać z poradnikami typu „Po czym poznać, czy twoje dziecko nie wstąpiło do sekty”, a zbawczą rolę sieci ośrodków „Monaru” czy „Powrót z U” wzięła na siebie sieć centrów informacji o sektach i nowych ruchach religijnych, na razie bez zręcznego skrótowca. Po moim mieście od dawna krąży niewidzialna ręka pracowicie dopisująca flamastrem straszliwe słowo SEKTA na plakacikach informujących o spotkaniach różnych nieformalnych grup albo np. możliwości nietypowych sposobów leczenia. Potoczne wyobrażenia o sekcie przeniknęły nawet do jej definicji; podczas gdy starsze słowniki, np. Kopalińskiego, mówią o sekcie jako po prostu „grupie religijnej, która odłączyła się od wyznania macierzystego; odłamie wyznaniowym”, najnowsze słowniki uzupełniają definicję uwagami typu „ charakteryzuje się zamknięciem na wpływy z zewnątrz oraz szczegółowym wykonywaniem przez jej członków obowiązków wynikających z przyjętej doktryny, nakazów lidera i selekcją wyznawców”. To tak, jakby definicję osła uzupełnić przypisem, że jest uparty. W deklaracji Dominikańskich Ośrodków Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach pisze się o tym wprost: „W praktyce naszych ośrodków nie wystarcza socjologiczne ujęcie sekty jako religijnej lub społecznej grupy odszczepieńczej. U podstaw organizacyjnego odszczepienia sekty leży głębsza kontestacja hierarchii wartości. Dlatego posługujemy się bliższą odbiorowi społecznemu definicją sekty jako negatywnej pod względem etycznym grupy religijnej czy parareligijnej”. Niektórzy członkowie niektórych sekt wiele energii poświęcają udowadnianiu, że nie są żadnymi odszczepieńcami, żadnym odłamem, tylko właśnie wyznaniem macierzystym, że już za Adama i Ewy mieli swoich proroków albo kapłanów w rajskich krzakach, że sam Pan Bóg itd. A przecież mogliby przyznać: „Tak, jesteśmy sektą, i to bardzo fajną. Nie pierzemy mózgów, nie wykorzystujemy maluczkich, modlimy się tylko i śpiewamy”. 
No dobrze, dzisiejszy tytuł jest ciut prowokacyjny, nie twierdzę, że zaraz wpisywałbym pochwałę sekt do ich definicji, jak jakaś sekta truje gazem w metrze albo przymusowo wysyła do nieba w foliowych workach z dziurą w czole, to fajna na pewno nie jest. Ale ekstremalne przypadki grup Jonesa, Koresha czy Asahary, nie muszą źle świadczyć o pani, która chciała mi wcisnąć swoje pisemko. Po prostu podejrzewam, że sekty są różne, kwadratowe i podłużne, i marzy mi się zróżnicowanie ocen w mówieniu o nich. W cytowanej deklaracji mówi się też: „Nie zajmujemy się prowadzeniem katalogu grup kultowych z podziałem na dobre i złe” oraz „Przekazujemy wszystkie informacje, jakie posiadamy o konkretnej grupie – zarówno te pozytywne, jak i te negatywne”. Łatwo sobie dopowiedzieć, że podział na dobre i złe sekty nie jest prowadzony, bo wszystkie uważane są za złe. A co pozytywnego można powiedzieć o zjawisku definiowanym jako „negatywne pod względem etycznym”? To tak, jakby powiedzieć o ośle: uparty, leniwy i krnąbrny, ale ma cztery nogi jak należy. W morzu posądzeń o zbrodnie, nadużycia i manipulację, w dostępnym mi piśmiennictwie o sektach znalazłem jedną pozytywną informację. Ksiądz prof. dr hab. Czesław Cekiera, co prawda na łamach „Problemów Alkoholizmu”, ale przyznał, że „rastafarianizm należy do tych ruchów młodzieżowych, które wnoszą pozytywne pierwiastki w życie społeczne i osobiste”. Jednak i on dodał zaraz: „Młodzież i zwolenników ruchu Ras Tafari należałoby uświadomić o ryzyku przynależności do tej wspólnoty, gdyż wątpliwa jest nauka głoszona w tym ruchu, a zasady i zwyczaje praktykowane nie znajdują podstaw ani w filozofii, ani w teologii”. 
Muszę w tym miejscu zastrzec, że praktykę „w temacie” mam skromną, za swego długiego życia należałem zaledwie do trzech sekt i w żadnej nie dotrwałem do otrzęsin ani żadnej innej inicjacji, nie złożyłem ślubów, nie otrzymałem nowego imienia ani nic. Może w moim mózgu jest tyle brudów, że żadna sekta nie da rady tego wyprać? Do jednej się nie nadawałem, bo strasznie się nudziłem podczas medytacji i chciałem rozmawiać ze współwyznawcami, którzy już-już mieli wsiąść do nirwany i stopić się w jedno z kosmiczną jaźnią. A tu nagle ja się pytam, która godzina. W innej sekcie, porywaniem dzieci, rytualną prostytucją i kazirodztwem słynącej, nie podobała mi się ostentacyjna miłość bliźniego. Jak spotkało się dwudziestu braci i jeden miał pół jabłka, to kroił je na dwadzieścia części i ze wszystkimi się dzielił, a potem jeszcze pytali się wzajemnie, czy który nie chce gryza. Do selekcji wyznawców doszło, kiedy w obecności braci zjadłem w pojedynkę całego arbuza. Ale w ogólności to mi się podobały te sekty, ludzie zajmowali się swoim życiem duchowym, rozprawiali o rzeczach ostatecznych, próbowali się doskonalić, sympatyczni byli. Tymczasem niemal wszystkie świadectwa dotyczące zniewalania przez sekty kłócą się z moim skromnym doświadczeniem. Czytam słowa matki dziewczyny, która przystąpiła do wyznawców Kriszny: „Oddawała stypendium i kosztowności za możliwość bycia w grupie. Zmieniła swoją osobowość, zaniedbała się w nauce, stała się zamknięta w sobie, zaczęła kłamać, unikała rozmów z nami, zerwała znajomość z koleżankami i dotychczasowym środowiskiem”. I zaraz myślę o znajomym „Hare Kriszna”, z którym luźno znam się od lat i który wiedząc, żem pismak, ujął mnie np. propozycją gratisowych usług swej drukarni, a moje stypendia i kosztowności w ogóle go nie interesowały (na czarnych listach cech, po których poznajemy sekciarzy, znajdują się „nadzwyczajna, niczym nieuzasadniona życzliwość” oraz ,,«bezinteresowne» propozycje pomocy materialnej”). Czytam, jak Zofia Pawlik (s.Michaela) łatwo przechodzi od reinkarnacji do LSD: „Misja Czaitanji w swych instytucjach intensywnie i sugestywnie uczy o reinkarnacji, wpływając tak na podświadomość słuchaczy, że niektórzy z nich doświadczają złudnych wizji wielości swych «wcieleń». Tego typu złudzenia spotykane są w zaburzeniach psychicznych powodujących rozszczepienie jaźni. Można je też wywołać na drodze hipnozy, silnej sugestii oraz przy użyciu środków halucynogennych, np. LSD. Niektórzy «mistrzowie» LSD nazywają środkiem mistycznym. Alduns [sic] Huxley (I894 – I963) LSD uważa za lepszy środek do osiągnięcia «transcendentnego» doświadczenia niż posty i inne praktyki mistyków”. I zaraz mam chęć dać świadectwo, że bywając na spotkaniach Misji Czaitanji wizji nie miałem, nie rozszczepiałem się i naćpany się nie czułem. 
Na jednej z antysekciarskich stron internetowych, też zresztą odsyłającej do ośrodków dominikańskich, jej anonimowy autor pisze wprost: „Wzywamy do walki z tym HIV-em umysłowym, jakim są sekty. Należy szeroko informować o ich działalności wszędzie, gdzie tylko można. Należy je ośmieszać (lecz nie traktować je z lekceważeniem, gdyż bywają groźne). Należy buntować zdrowo myślących ludzi, aby obrzydzali im życie. Należy z byle powodu wytaczać im procesy – tak, jak robią to oni. Wszelkie nie zakazane prawem metody muszą być dozwolone. Stawka jest zbyt wielka, by podchodzić do «uduchowionej» łobuzerii w rękawiczkach”. Jakąż to stawkę ma na myśli autor obdarzony – skoro sekty są umysłowym HIV-em – umysłowym zwyrodnieniem stawów? Czy nie chodzi aby o „rząd dusz”? Bo niepokoją mnie w popularnym pisaniu o sektach dwie jeszcze sprawy: tematem prawie w ogóle nie zajmują się ateiści, zaś większość cech podawanych przez osoby rzymsko-katolickie za charakterystyczne dla sekt i mających pomóc w ich identyfikacji, pasuje jak ulał nawet do własnego kościoła autorów. Pewną nadzieję na rzetelniejszą analizę zjawiska można było wiązać z „Raportem o stanie bezpieczeństwa państwa” z 1995 roku, kiedy wskutek społecznej histerii zajęło się nim samo Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Naród w niebezpieczeństwie, a Biuro co na to? Biuro wyznaje w swoim dokumencie, że coś o problemie słyszało, ale w sumie to nic nie wie i jest bardzo bezradne. Jak Biuro bada liczebność sekt? A tak: „Według źródeł katolickich w 1992 r. w Polsce działało ponad 300 sekt”. Co Biuro wie? Wie np., że „W niektórych sektach praktyką jest wykorzystywanie seksualne członków (w tym dzieci) oraz przymuszanie wyznawców do prostytucji, produkcji filmów pornograficznych (sekta „Rodzina Miłości”), żebractwa i kwestowania na rzecz grupy („Hare Kryszna”). (...) Istnieją przypuszczenia, iż niektóre z grup wyznaniowych posiadają powiązania z tzw. bankami narządów, jednak ze względu na hermetyczność omawianych wspólnot trudno im udowodnić działalność przestępczą”. Jak na „niektóre sekty” to Biuro wymienia ich niewiele, jak na rangę przestępstwa, którym jest handel narządami (w domyśle: pobranymi z ciał członków sekty!), to zasłonięcie się hermetycznością sekt kompromituje Biuro. Jestem za tym, żeby państwo polskie wspierało finansowo sekciarzy żebrających, a sekciarzy wykorzystujących seksualnie dzieci i handlujących narządami sadzało na krześle pod prądem. Tylko niech państwo im to najpierw udowodni. Niech państwo wyśle do hermetycznych wspólnot chłopaków z UOP-u. A jak nie dadzą rady, to Mikulskiego, on przeniknie. Stawka, przypominam, „jest zbyt wielka”. Niektóre fragmenty Raportu są kropka w kropkę identyczne z alarmistycznymi tekstami przeciwników sekt z prasy i internetu, ale ze względu na hermetyczność Biura Bezpieczeństwa Narodowego nie dojdę już, kto od kogo spisywał.
Jedna z niewielu sytuacji, kiedy hermetyczna sekta sama przychodzi do państwa, ma miejsce, jeśli jakaś sekta pragnie zarejestrować się jako oficjalny kościół bądź związek wyznaniowy. Ze sporządzonej przez Krzysztofa Wiktora listy 48 decyzji odmawiających takiej rejestracji w latach 1989-2002, można się dowiedzieć, jakie zastrzeżenia ma państwo polskie do potencjalnych sekt. Żadne z czterdziestu ośmiu uzasadnień odmowy nie mówi o gwałtach na dzieciach i handlu narządami. 28 mówi o „nieuzupełnieniu statutu o informacje wymagane przez ustawę”. 8 o „przekroczeniu ustawowego terminu udzielenia odpowiedzi”. Zaledwie 4 o „sprzeczności doktryny z przepisami ustaw chroniących bezpieczeństwo publiczne, porządek, moralność” etc. Najbardziej podoba mi się casus Kościoła Miłosierdzia i Objawienia, któremu minister MSWiA odmówił rejestracji ze względu na owo niezastąpione nieuzupełnienie statutu, a NSA uchylił tę decyzję uznając, że w sprawie tego formalnego przecież uchybienia „niezbędna jest opinia biegłego religioznawcy”. A wśród nazw na tej liście najbardziej podoba mi się Zakon Wtajemniczonego Rycerstwa Linii Spiralnego Pierścienia, do tych to bym się zapisał. Że co? Że sekta? Odpowiem cytatem: „Obecny Sobór Watykański oświadcza, iż osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju wolność polega na tym, że wszyscy ludzie powinni być wolni od przymusu ze strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych nikogo nie przymuszano do działania wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu według swego sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie” – Sobór Watykański II, „Deklaracja o wolności religijnej”. Tylko o to i aż o to chodzi: żeby odróżnić godziwe od niegodziwego. 

podsiadlo@atol.com.pl
skr. poczt.32, 45-067 Opole1
 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl