Sądzić sędziów

Z prof. Wiktorem Osiatyńskim, konstytucjonalistą, rozmawia Krzysztof Burnetko



KRZYSZTOF BURNETKO: – To stare pytanie: jak sądzić tych, którzy sądzą? Jak ich kontrolować? Po 1989 roku pojawiła się w Polsce tendencja, by Trzecią Władzę – czyli sędziów – objąć ochronnym parasolem: nie tylko nie podważać wydawanych werdyktów, ale i nie poddawać – w przeciwieństwie do pozostałych władz – normalnej w demokracji dyskusji na temat jakości wykonywanej pracy. Wydawało się, że młoda demokracja właśnie we władzy sądowniczej – najmniej ubrudzonej za komunizmu – może znaleźć najlepsze oparcie. Teraz okazuje się, że Trzecia Władza wcale nie błyszczy na tle parlamentu i kolejnych rządów. Czy więc nie przesadziliśmy z tym parasolem?
WIKTOR OSIATYŃSKI: – Przesadziliśmy. Popełniliśmy dwa błędy. 
Po pierwsze, w imię idei niezawisłości sądownictwa uwierzyliśmy, że samo – poprzez swe wewnętrzne instytucje – oczyści szeregi z czarnych owiec oraz będzie dbać o jakość i wykonywanych w państwie zadań w trosce o społeczny prestiż dla prawa i Trzeciej Władzy. 
Trudno było przypuszczać, że te mechanizmy nie zadziałają. Istniał przecież system apelacyjny, w którego ramach od błędnej decyzji można się było odwołać do wyższej instancji. Wydawało się więc, że to zapobiegnie kiksom, nadużywaniu władzy czy lekceważeniu obywateli. Stworzono ponadto niezależny organ samorządu zawodowego w postaci Krajowej Rady Sądownictwa i oddano mu prawo do prowadzenia postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów. Właśnie w trosce o niezawisłość Trzeciej Władzy. Wydawało się, że w interesie samych sędziów, KRS będzie się starać utrzymać wysokie standardy tego zawodu. 
Ale rychło okazało się, że KRS sprowadziła swą działalność do poziomu związku zawodowego, broniącego interesów korporacji. Doszło do tego, że w imię źle pojmowanej solidarności każdą krytykę sędziowskich wpadek – i to nie tylko wyroków, ale nawet drobnych decyzji procesowych czy też administrowania pracą sądów – zaczęła traktować jako naruszenie niezawisłości władzy sądowniczej. 
– Czasem zasadnie...
– ...tak, ale często też bezzasadnie. Bo przecież to, że władze w demokratycznym państwie mają być od siebie niezależne, nie znaczy, iż którakolwiek z nich nie podlega ocenie, a jak trzeba, to i krytyce. Władza wykonawcza też jest niezależna, ale musi być stale przez społeczeństwo kontrolowana i – jeśli to konieczne – napominana. Tak samo błędy można – i należy – wytykać parlamentarzystom jako ustawodawcom. Alergiczna reakcja sędziów na wszelkie niemiłe im opinie oparta więc była na niezrozumieniu podstawowych prawideł demokracji.
Jednocześnie korporacyjne sądy dyscyplinarne nie tylko wzbraniały się od orzekania o uchybieniach w pracy kolegów, ale nawet odmawiały uchylania im immunitetu. Stawiało to sędziów poza prawem. 
Dlaczego te mechanizmy okazały się nieskuteczne? Czy wszystko tłumaczy naturalna tendencja do przeradzania się związków korporacyjnych w kastowe – i to nawet w tak prestiżowych, zdawałoby się branżach, jak sądownictwo? 
– Myślenie: dzisiaj ciebie – jutro mnie, które jest źródłem kastowości, opanowało w Polsce wszystkie bodaj środowiska i profesje. W efekcie jeżeli sędzia zostaje złapany na prowadzeniu samochodu po pijanemu – a myślę, że wielu sędziów jeździ po alkoholu, bo dużo ludzi w ogóle siada za kierownicą po piwie czy wódce – to jego koledzy z sądu dyscyplinarnego mają opory przed uchyleniem mu immunitetu. Próbują go wybronić właśnie na zasadzie: mnie też to może przecież spotkać, każdego może spotkać. 
A czy przyczyną wykształcenia się w środowisku sędziowskim odruchu odrzucania jakichkolwiek uwag krytycznych nie była również dyskusja nad weryfikacją sędziów orzekających w PRL, która wybuchła na początku lat 90.? Pytanie dotyczyło wtedy przecież skali udziału sędziów w aparacie represji, łamania prawa i stopnia nadgorliwości – a nie sposób wyobrazić sobie poważniejszych oskarżeń w tym zawodzie. Ich waga nie tylko przesłoniła inne słabe punkty stanu sędziowskiego, ale też mogła doprowadzić do powstania u sędziów równie silnych barier ochronnych przed wszelkimi innymi zarzutami.
– Faktycznie: dyskusja o sądownictwie sprowadziła się w pierwszych latach III RP do śledzenia, jak poszczególni sędziowie zachowywali się za komunizmu. Oczywiście – skłonność do służalczości wobec aktualnej władzy jest istotnym kryterium oceny w tym zawodzie. Lecz są też inne – i one również powinny stać się przedmiotem publicznej debaty. Tymczasem zostały kompletnie przesłonięte przez kwestię ewentualnej weryfikacji. A że wtedy nie było jeszcze sędziów, którzy by nie orzekali w PRL – więc całe środowisko zwarło szeregi.

Urzędnik czy król wśród prawników

Porażka idei, by to sama korporacja budowała autorytet władzy sądowniczej, wzięła się i stąd, że w Polsce zawód sędziowski uchodzi wprawdzie za zawód zaufania publicznego, ale w rzeczywistości tego zaufania nie ma. Pokazują to badania socjologiczne. Nie ma nawet prestiżu: pobory sędziowskie w porównaniu do zarobków innych zawodów prawniczych nie są oszałamiające, w rezultacie togę sędziowską przywdziewają albo ci, którzy odpadli w walce o aplikację adwokacką czy radcowską lub o prowadzenie biura notarialnego, albo ci, którzy traktują pracę w sądzie wyłącznie jako sposób na dostanie się do palestry okrężną drogą – bo przepisy pozwalają sędziom z określonym stażem zmienić łańcuch na zielony, czyli adwokacki żabot. 
Swoje robi i to, że w tradycji europejskiej, sędzia jest urzędnikiem. Zawody urzędnicze nigdy zaś nie miały w Polsce zbyt dobrych notowań. Tu właśnie popełniliśmy po 1989 r. drugi wielki błąd odnośnie statusu Trzeciej Władzy. Obciąża on twórców systemu sądowego III RP – wśród nich mnie jako eksperta komisji, która przygotowała obowiązującą konstytucję. 
Otóż boleśnie doświadczeni brakiem niezawisłości sędziowskiej w komunizmie, postawiliśmy na całkowitą niezawisłość sędziowską. Naturalnie: jest ona niezbędna, ale my pomieszaliśmy dwa jej modele. Na kontynencie: we Francji, Włoszech, Niemczech czy w Polsce, sędzia zawsze był urzędnikiem. I jak inni urzędnicy miał wykonywać prawo – a różnił się od pozostałych jedynie tym, że w sferze orzecznictwa nie podlegał przełożonym, ale wyłącznie ustawie. To właśnie był atrybut jego niezawisłości. 
Równocześnie zawód sędziowski traktowano jako ledwie średni szczebel kariery. Do sądu szli i idą ludzie z dopiero co wypisanym dyplomem magistra. Kończą studia, mają dwa lata aplikacji i dwa lata asesury – i to wystarczy, by zostać mianowanym na sędziego. Czyli niespełna 30-latkowie, z bardzo niewielkim doświadczeniem życiowym mogą orzekać o losach ludzkich. Skąd tacy ludzie mają mieć wiedzę, co to znaczy wsadzić człowieka do więzienia i jak olbrzymia dla życia skazanego może być różnica między dwoma a pięcioma latami spędzonymi w więzieniu? Skąd mają mieć takie wyczucie i dojrzałość konieczną do sprawiedliwego orzekania? Skąd mają mieć wrażliwość dla ofiar? Skąd mają wiedzieć, jak nie pomylić władzy z arogancją? Zwłaszcza, że nikt ich tego nie uczy na coraz bardziej ogłupiających studiach prawniczych ani podczas aplikacji.
Więcej: na sędziego mianowani są oni dożywotnio, bo w Polsce przyjęliśmy zasadę nieusuwalności sędziów – mogą oni stracić prawo do orzekania jedynie w wyniku decyzji samorządu zawodowego. Ma to być kolejne, już instytucjonalne, zabezpieczenie niezawisłości, wynikłe właśnie ze złych doświadczeń czasów PRL. 
Tyle że silne instytucjonalne gwarancje niezawisłości sędziowskiej charakterystyczne są dla anglosaskiego systemu prawa zwyczajowego, a nie dla europejskiej tradycji prawa statutowego, bo tu wystarczyć powinna jedynie podległość samej ustawie. 
W krajach anglosaskich zawód sędziego jest ukoronowaniem kariery prawniczej. Tam człowiek stara się o godność sędziego dopiero po wielu latach pracy w prokuraturze lub w adwokaturze. A i tak jest poddany nadzwyczaj surowym egzaminom. W związku z tym sędziowie mają tam prestiż, wysokie zarobki i doskonałe warunki pracy. I mają o co dbać, bo mogą wiele stracić. Inaczej niż u nas.
Skądinąd w takich Stanach Zjednoczonych jedynie sędziowie federalni są nieodwołalni. Sędziowie na szczeblu stanów są wybieralni przez mieszkańców na kadencje. Naturalnie to też niesie niebezpieczeństwa wpływania na wybory przez mafię czy polityków, korumpowania wyborców i kandydatów i bodaj największe, czyli wyrokowania pod publiczkę, czy – jak mawiają niektórzy politycy i autorzy zmian proponowanych w kodyfikacji karnej – zgodnie ze społecznym poczuciem sprawiedliwości. To „poczucie” zawsze jest przecież represyjne, a przy tym całkowicie niespójne, bo tzw. zwykli ludzie , którzy w abstrakcyjnych kategoriach żądają wysokich kar, są bez porównania łagodniejsi, gdy postawić przed nimi konkretnych oskarżonych. A z takimi mają właśnie do czynienia sędziowie. Tak czy tak, stanowisko sędziego stanowego nie jest nieodwołalne do końca życia – ale to, że sędziowie muszą przekonać ludzi, by ponownie na nich zagłosowali, też motywuje do dobrej pracy. 
Sędziowie w Polsce mówią: zważywszy na warunki, w jakich przyszło nam pracować, i tak dokonujemy cudów. Faktycznie: swego czasu Helsińska Fundacja Praw Człowieka ogłosiła raport o sytuacji w polskich sądach rejonowych, z którego wyłaniał się obraz przerażający – brak pomieszczeń, sprzętu biurowego, niedostatki kadrowe wśród personelu pomocniczego itd. Autorzy raportu podsumowali: „Sądy rejonowe w Polsce działają w warunkach utrudniających czy wręcz uniemożliwiających korzystanie z prawa do sądu wynikającego z Konstytucji i umów międzynarodowych (prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy, bez nieuzasadnionej zwłoki, przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd)”. 
– Wszystkie rządy III RP – od pierwszej ekipy postsolidarnościowej począwszy – lekceważyły rolę sądownictwa w reformach, jakie próbowały przeprowadzić. Tymczasem bez sprawnie działających sądów nie może funkcjonować ani demokracja, ani rynek. Kapitalizm polega przecież na rozłożonej w czasie wymianie dóbr i usług między osobami, które bezpośrednio się nie znają. Daję towar, a w zamian mam dostać pieniądze. Albo: daję pieniądze i mam dostać usługę. Gdy jedna ze stron takiej umowy nie wykona, druga musi mieć możliwość wyegzekwowania swojej należności przy pomocy sądu. Bez mechanizmu szybkiego dochodzenia prywatnych umów system rynkowy się degeneruje – a skutki odczuwa całe państwo. 

Słabe sądy, silna mafia

Kiedy rodził się u nas rynek, siłą rzeczy pojawiły się przypadki oszustw czy niedotrzymywania umów. Poszkodowani mogli naturalnie zwrócić się do sądu, ale wiedzieli, że zanim ich sprawa zostanie rozpatrzona, minie rok, dwa czy trzy. A przecież w tym czasie inflacja była wysoka – sięgała i 100 procent. Każdy dzień zwłoki przynosił dodatkowe straty. Nic dziwnego, że skoro państwo nie mogło im pomóc, to ludzie zaczęli szukać innych sposobów wyegzekwowania swoich pieniędzy: sięgali po pomoc prywatnych firm rewindykacyjnych różnej konduity albo po prostu najmowali bandziorów, którzy za odstępne straszyli krnąbrnych dłużników. To ten system stał się podwaliną do powstania, a potem rozwoju, mafii.
Rządy III RP nie dość, że skąpiły pieniędzy na sądownictwo, to narzucały mu coraz to nowe zadania: od rejestracji spółek i fundacji po przejęcie orzekania w sprawach o wykroczenia. 
Ale to chyba dobrze dla obywateli, jeśli jego sprawę rozpatruje niezależny sąd, a nie emerytowany esbek, milicjant czy urzędnik – bo to tego pokroju ludzie orzekali w kolegiach ds. wykroczeń.
– W sytuacji i tak już przeciążonych sądów, zamiast likwidować kolegia, należało zmienić ich charakter: wyjąć je spod władzy wydziału spraw wewnętrznych i zmienić składy orzekające. Wystarczyło, by tego rodzaju drobne sprawy prowadził, na przykład, asesor i by istniała możliwość odwołania do sądu. 
Ale dla niektórych sędziów przeciążenie sądów stało się tylko usprawiedliwieniem dla ich niekompetencji czy zwykłego lenistwa. To że większość sądów funkcjonuje w ślamazarnym tempie, dowodzi demoralizacji sędziów. Jednocześnie ich opór przed zmianą stylu pracy – ukrywany czasem pod hasłem obrony niezawisłości sędziowskiej – uniemożliwił ministerstwu sprawiedliwości wymuszenie dyscypliny i lepszej pracy. Reformy w tej mierze wymagałyby silnego ministra, ale nawet kreujący się na takiego Lech Kaczyński sobie nie poradził. Tyle że on wykorzystywał urząd wyłącznie do tego, by przez zastraszenie społeczeństwa przestępczością zdobyć popularność i elektorat dla swej kolejnej partii... 
Znane są jednak przypadki, że pod pozorem troski o dyscyplinę pracy w sądach politycy rękami ministerstwa sprawiedliwości właśnie próbowali wpływać na werdykty. Choćby przez promowanie sędziów uległych, a karanie niepokornych. 

Nadzór nad sędziowską dyscypliną

– Każda próba ingerowania w treść wydawanych orzeczeń jest niedopuszczalna. Większy nadzór jest konieczny, lecz może dotyczyć kwestii wyłącznie administracyjnych – czyli nie wyrokowania, lecz tylko sprawności pracy sądu. A więc kontrolowanie, ile spraw czeka na rozpatrzenie, jak długo leżą, czy są racjonalnie rozdzielane między sędziów, jak szybko są załatwiane. Dlaczego w Polsce regułą nie może stać się, że sprawa jest prowadzona codziennie – aż do jej zakończenia i nie może ona trwać dłużej niż dwa, góra trzy miesiące? Aberracją jest u nas, że między kolejnymi posiedzeniami sądu są tygodnie przerwy. Sędzia powinien sprawę zacząć, sprawnie poprowadzić i jak najszybciej rozstrzygnąć – bo to ma znaczenie tak dla jakości werdyktu, jak dla szacunku dla wymiaru sprawiedliwości. Do tego niezbędne jest tak zdyscyplinowanie sędziów, jak zmiany legislacyjne. Choćby takie, które by wymusiły większą dyscyplinę na stronach postępowania. Na przykład: uniemożliwiły nieustanne odraczanie spraw z powodu nieobecności świadka albo adwokata. 
Jest wreszcie kwestia jakości orzekania oraz podejrzeń o korupcję i nadużywanie władzy w sądach. Parę lat temu Helsińska Fundacja Praw Człowieka policzyła, że spośród wszystkich skarg na naruszenia praw człowieka – kierowanych do Sejmu, rzecznika praw obywatelskich, prezydenta i do samej Fundacji – ponad połowa dotyczyła naruszenia praw przed sądem. To pokazuje dramatyzm sytuacji – bo to przecież sądy mają być instytucją chroniącą obywateli przed naruszaniem ich praw. 
Kto zatem może bronić obywatela, jeśli powołane do tego sądy same naruszają jego prawa, a na dodatek kierują się zasadą kastowej solidarności? 
– W przypadku naruszeń praw przez sądy najskuteczniejszą obroną jest odwołanie się do Strasburga. Można więc stworzyć sieć kancelarii prawnych, które pomagałyby poszkodowanym kierować skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Czasem za wynagrodzeniem, a w przypadkach uzasadnionych za darmo – tu motywacją byłyby zniżki podatkowe udzielane przez państwo. Bo państwo powinno wspierać obywateli, którzy ponieśli straty czy to w wyniku przewlekłości postępowania sądowego, czy innych zaniedbań wymiaru sprawiedliwości. 
Ale to budżet tego samego państwa będzie musiał zapłacić odszkodowanie, gdy Trybunał przyzna rację skarżącemu.
– Podział władzy polega m.in. na tym, że jeżeli jedna władza narusza prawa obywatela, to inna powinna mu pomóc. Nie można wymagać od jednostki, że sama pójdzie na wojnę przeciwko machinie państwa. Obywatel w takich sytuacjach powinien mieć możliwość użycia jednej gałęzi państwa przeciwko drugiej. Państwo, które żyje z pieniędzy obywateli, ma obowiązek pełnić dla nich różne usługi – m.in. zapewnić dostęp do sądu. Więcej: dostęp do sprawiedliwości to podstawowa powinność państwa. 
Dlatego też właśnie do państwa należy wspieranie różnych instytucji kontrolujących, czy poszczególne agendy państwa spełniają swe zadania. 
Polska ma tu zresztą dobre tradycje – choćby z ostatnich lat PRL-u, kiedy to powstały ruchy obrony praw człowieka, zajmujące się monitorowaniem przestrzegania praw człowieka przez administrację, głównie przez władzę wykonawczą, ale i przez sądy. Wydawały dobrze udokumentowane raporty, darzone były społecznym zaufaniem, więc władze, choć się do tego nie przyznawały, liczyły się z ich opinią.
Zresztą z sądami są dziś problemy niemal na całym świecie, może z wyjątkiem krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Wszędzie warto więc tworzyć społeczne organizacje kontrolujące funkcjonowanie sądownictwa – w ślad za sprawdzonymi już organizacjami monitorowania policji i więzień. Gdy sędzia będzie wiedział, że na ławach dla publiczności może siedzieć przygotowany obserwator, który analizuje jego poczynania, to może będzie się lepiej przykładał do pracy. Dlatego działalność taką nazywam prawem na rzecz interesu publicznego. Bez takiej obywatelskiej infrastruktury nigdy nie będziemy żyli w państwie prawa.
Ciekawe, że mówiąc o grzechach polskiego sądownictwa więcej uwagi poświęcamy jego wadliwemu funkcjonowaniu w praktyce codziennej niż temu, co dotąd uchodziło za główne niebezpieczeństwo, czyli zależności od czynników zewnętrznych. Czyżby nie było z tym najgorzej?
– Jest zdecydowanie źle.

Niezawisłość? Ale od czego? 

Niezawisłość sędziowska sprowadza się do wolności od nacisków trzech stron: władzy politycznej, stron i związanych z nimi grup interesów oraz od społeczeństwa. 
Jak dotąd najsilniej rzucała się w oczy zależność prokuratury od polityki, lecz i sądownictwo nie jest od tego problemu wolne. Najlepsza sytuacja panuje w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, bo już Trybunałowi Konstytucyjnemu można było parę razy wytknąć uleganie okolicznościom politycznym. Najgorzej jest z sądami powszechnymi. 
Drugi rodzaj zależności – od stron i grup interesów – sprowadza się często do czystej już korupcji albo powiązań ze środowiskami przestępczymi – w tym mafijnymi. To m.in. opisane przez media przypadki sędziego z Torunia czy sądu katowickiego. Dziwne wyroki, uchylanie aresztów tymczasowych, zwłoka w aresztowaniach podejrzanych i inne przypadki, którym trzeba się przyjrzeć. I zdaje się, że prokurator krajowy i nowy minister sprawiedliwości zaczynają to robić.
Trzeci, równie ważny, to niezależność od opinii publicznej. Zawsze był to duży problem – teraz w Polsce spotęgowała go aktywność ministra Kaczyńskiego oraz niezbyt rozważnych mediów, w wyniku której sędziowie zaczynają wydawać szaleńcze wyroki. I nie chodzi o wysokie kary dla bossów mafii czy wielokrotnych morderców, ale choćby o skazanie na wieloletnie więzienie gówniarza, który rzucił kamień na samochód. Takie akcenty represji są niebezpiecznym ukłonem sędziów w kierunku przestraszonej opinii publicznej. Przestraszonej ponad miarę. Bo strach przed przestępczością w Polsce jest nieproporcjonalny wobec rzeczywistego nią zagrożenia. Jest rozbuchany przez media i przez polityków, którzy na tym wygrywają różne gry. Kiedy parę miesięcy temu gościliśmy byłego szefa policji nowojorskiej Williama Bratona, to ocenił on – a jest to bez wątpienia zawodowiec światowej klasy – że zagrożenie przestępczością jest w Polsce dużo mniejsze niż strach przed przestępczością. Nikt nie mógł wymierzyć dotkliwszego ciosu Kaczyńskiemu i podobnie myślącym. 
Oczywiście: nie wszyscy sędziowie w Polsce ulegają naciskom, są skorumpowani, leniwi, niekompetentni. Jednak fakt, że takie oceny się pojawiają wcale nie musi być jednoznaczny z wzywaniem do stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Chodzi jedynie o to, że w zawodach zaufania publicznego wszelkie indywidualne wpadki zaśmiecają opinię całego środowiska. Mogą ją poprawić wewnętrzne mechanizmy pozbywania się czarnych owiec. Tyle że środowisko sędziowskie nie potrafiło wypracować wystarczających procedur samooczyszczających. A miało taką szansę. Dlatego społeczeństwo i państwo muszą sędziom w tym pomóc.

Profesor Wiktor Osiatyński wykłada konstytucjonalizm porównawczy i prawa człowieka na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Był wykładowcą prestiżowej Szkoły Prawa Uniwersytetu Chicago.

 

 






Zgodnie z prawem o ustroju sądów powszechnych sędziowie są nieusuwalni ze stanowiska, z wyjątkiem kilku przypadków. Prezydent może odwołać sędziego na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, jeśli ten:
– zrzekł się stanowiska,
– z przyczyn zdrowotnych został uznany przez komisję lekarską ds. inwalidztwa
i zatrudnienia za trwale niezdolnego do pełnienia obowiązków lub bez uzasadnienia odmówił poddania się badaniom takiej komisji,
– przekroczył 65. rok życia (chyba że Krajowa Rada wyrazi zgodę na jego pozostanie,
ale nie dłużej niż do 70. roku życia),
– zawarł małżeństwo z osobą, która wykonuje zawód adwokata i nie zaprzestała
go wykonywać w ciągu trzech miesięcy od zawarcia małżeństwa.
Ponadto Prezydent, także na wniosek Rady, odwołuje sędziego, który sprzeniewierzył się zasadzie niezawisłości – stwierdza to sąd dyscyplinarny na wniosek Ministra Sprawiedliwości, kolegium sądu apelacyjnego lub wojewódzkiego.








– Już prawie dwa lata ciągnie się sprawa sędziego z Torunia, Zbigniewa Wielkanowskiego. W listopadzie 2000 r. „Rzeczpospolita” opisała jego powiązania z szefem toruńskiej mafii, Edwardem Ś., ps. „Tato”. Sędzia wydał m.in. kontrowersyjny wyrok, kwalifikując głośną strzelaninę w toruńskim sądzie jako zwykłą bójkę (oskarżeni byli wspólnicy „Taty”). Inne zarzuty to zasądzanie nawiązek na zaprzyjaźniony klub strzelecki oraz preferowanie znajomych adwokatów przy wyznaczaniu obrońców z urzędu. Rzecznik dyscyplinarny nie zajął się związkami Wielkanowskiego z gangsterami, choć potwierdziła je prokuratura. Wniosek rzecznika w pozostałych dwóch sprawach sąd dyscyplinarny odrzucił.
Wielkanowski został jednak zawieszony i stanie przed sądem, ale w innej sprawie – w 1998 r. złożył fałszywe zawiadomienie o przestępstwie znajomej.

– W marcu tego roku jednodniowa zwłoka katowickiego sądu w wydaniu nakazu aresztowania pozwoliła uciec dwóm szefom Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum, podejrzanym o wyłudzenie 345 mln zł. Odpowiedzialny za ten fakt sędzia Andrzej Rembisz, szef wydziału odwoławczego Sądu Okręgowego w Katowicach, podał się do dymisji i przeszedł do wydziału penitencjarnego. Prasa przypominała poprzednie sprawy, w których decydował Rembisz: w lutym został w sądzie po godzinach, aby przygotować nakazy zwolnienia szefów Colloseum z aresztu, wcześniej uchylał areszt Januszowi T. ps. „Krakowiak”, konkubinie b. posła AWS Marka Kolasińskiego i wyrok Ryszarda B., domniemanego zabójcy szefa gangu pruszkowskiego. 
Rzecznik dyscyplinarny przy Sądzie Apelacyjnym w Katowicach uznał, że Rembisz i drugi z sędziów zajmujących się sprawą szefów Colloseum nie dopuścili się rażącego naruszenia przepisów.

– Sprawa dyscyplinarna grozi sędziemu warszawskiego Sądu Rejonowego, który
9 lat zwlekał z rozpoczęciem procesu znanych gangsterów: „Słowika” i „Oczki” z mafii pruszkowskiej oraz „Dziada” z gangu wołomińskiego. Jeszcze w 1993 r., na początku ich przestępczej kariery, prokuratura zarzuciła im przemyt spirytusu o wartości 4 mld starych złotych. Sprawa przedawni się we wrześniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl