Kariera i rodzina – kobiety w perspektywie amerykańskiej


Profesjonalistki i dziecko

Joanna Petry-Mroczkowska



Ta książka nie wzbudziłaby w USA ani rozgłosu, ani kontrowersji, gdyby Sylvia Ann Hewlett, ekonomistka zaangażowana w propagowanie polityki prorodzinnej oraz autorka kilku znanych prac z tej dziedziny, chciała tylko przedstawić obraz Amerykanek na przełomie stuleci. 



W książce „Tworzenie życia. Profesjonalistki i starania o dzieci”, z relacji dobiegających pięćdziesiątki przedstawicielek pierwszego pokolenia, które „wypłynęło” na fali feminizmu, osiągających szczyty kariery zawodowej jako wysokopłatne menadżerki w korporacjach, biznesmenki i profesjonalistki, wyłonił się jednak wątek, na którym autorka postanowiła się skoncentrować – ich życie prywatne oraz problem bezdzietności.
Kobiety na wysokich stanowiskach, jeśli zawierają małżeństwa, to młodo (75 proc. przed 24 rokiem życia). Po ukończeniu 35 lat rzadko do tego dochodzi. Spośród kobiet mających między 41–55 lat, zaledwie 1 proc. doczekało się potomstwa po 39 roku życia; 33 proc. kobiet z tej grupy wiekowej (42 proc. na stanowiskach kierowniczych w największych firmach) dzieci nie posiada. Bezdzietność nie wynika jednak z wyboru. O ile bezdzietnych jest 49 proc. dobrze zarabiających kobiet-menadżerów, dzieci nie ma tylko 19 proc. mężczyzn na analogicznych stanowiskach. Wniosek jest od dawna znany: kobietom o wiele trudniej połączyć angażującą pracę zawodową z posiadaniem rodziny. Na dodatek, kobiety między 28 a 40 rokiem życia mają z tym więcej kłopotów niż poprzednie pokolenie. 

Różne feminizmy 

Amerykanka, usiłująca połączyć pracę z życiem rodzinnym, napotyka na szereg trudności. Podział pracy domowej daleki jest od równowagi nawet w małżeństwach o zbliżonych pozycjach zawodowych małżonków, choć obserwuje się, że obecne młode żony i matki poświęcają zajęciom domowym nieco mniej czasu niż kobiety w pokoleniu wcześniejszym. Coraz bardziej angażują się młodzi mężczyźni. 
Urodzenie dziecka często wymusza na kobiecie rezygnację z intensywnej kariery zawodowej. Nie ominęło to i samej autorki. Mimo znakomitego wykształcenia i wyników pracy na Columbia University, nie uzyskała tenure (stałego zatrudnienia), ponieważ, jak wyraziła się członkini komisji kwalifikacyjnej: „macierzyństwo uniemożliwia jej odpowiednią koncentrację”. Posiadanie dziecka łączy się w USA z wymierną stratą zarobków: 6 proc. w przypadku jednego, 13 proc., gdy wychowuje się dwoje dzieci. Prawie niedostępne są instytucje zajmujące się opieką nad najmłodszymi dziećmi. Ustawodawstwo amerykańskie też nie ułatwia matkom życia. Nie ma, jak w Europie, płatnych urlopów macierzyńskich. 
Sytuacja ma źródła historyczno-kulturowe. Amerykańskie feministki od kilku dziesięcioleci koncentrują się na problemach absolutystycznie pojmowanego równouprawnienia i ochronie „swobody w reprodukcji”, natomiast feminizm europejski ma na uwadze zmniejszenie ciężarów związanych z podwójną rolą kobiety (autorka nazywa to feminizmem społecznym). Dlatego w Szwecji pracujący rodzice dzieci do ósmego roku życia mogą ograniczyć dzień pracy do 6 godzin, w Holandii tydzień pracy ma 36 godzin, a we Francji skrócono go niedawno do 35 godzin (Europejczycy pracują teraz 350 godzin rocznie mniej niż statystyczni Amerykanie). Według Hewlett, nie wystarczą ustawy o równouprawnieniu, konieczne są konkretne formy pomocy dla matek-pracownic. Temu zagadnieniu autorka poświęca ostatni rozdział książki. Przy okazji zwraca uwagę na zaostrzającą się polaryzację: w eksponowanych firmach pracownicy bezdzietni często są niechętnie nastawieni do kobiet posiadających rodziny. Uważają bowiem, że spada na nich większa ilość pracy. Kolejne wypływające stąd niebezpieczeństwo to wytworzenie się swoistej perspektywy patrzenia na sprawy publiczne przez pryzmat bezdzietnej kadry kierowniczej. Zjawisko to może tylko zaostrzyć i tak silny w społeczeństwie amerykańskim indywidualizm. 

„Moje życie po czterdziestce”

Mimo trudności, posiadanie rodziny ciągle plasuje się wysoko na liście dążeń młodych Amerykanek (przynajmniej dla 83 proc. spośród nich). Jak jednak wygląda praktyka? Młode, ambitne kobiety po skończeniu studiów koncentrują się na karierze, która w czasach ostrej rywalizacji wymaga inwestycji czasu i energii przez pierwszych 15 lat. Uciekająca się do sensacji reklama zorientowanego na miliardowe zyski przemysłu „wspomaganych technik reprodukcyjnych” utwierdza kobiety w przekonaniu, że decyzję o posiadaniu dzieci mogą odkładać, aż osiągną wyżyny możliwości zawodowych. Tykanie „zegara biologicznego” kobiety tłumią wiarą, że medycyna w razie potrzeby przyjdzie im w sukurs. Koło czterdziestki starają się urodzić dziecko i wtedy okazuje się, że czeka je rozczarowanie. Hewlett nakłania więc młode, ambitne Amerykanki, aby wcześnie, nim okaże się, że założenie rodziny jest niewykonalne, zadały sobie pytanie: „Jak chcę, żeby wyglądało moje życie po czterdziestce?”
Problemem, i to coraz poważniejszym, okazuje się samo znalezienie partnera: na trzy dobiegające trzydziestki kobiety z wyż-szym wykształceniem przypada czterech wolnych mężczyzn po studiach, ale na trzy kobiety przed czterdziestką już tylko jeden wolny mężczyzna. W przypadku mężczyzn, z wiekiem zwiększa się „pula” kobiet-kandydatek na żony, w przypadku kobiet – dzieje się odwrotnie. Nie może więc dziwić, że w księgarni na uniwersytecie Harvarda, w dziale poświęconym stosunkom międzyludzkim, autorka naliczyła 62 pozycje dotyczące poszukiwań partnera. Z myślą o mężczyznach napisano 3 poradniki, dla obu płci – 11, aż 48 tytułów było wyłącznie dla kobiet. 
Żyjemy w czasach przedłużanej młodości, twierdzą psychologowie i obserwatorzy klimatu kulturowego. Dojrzałość nie przychodzi szybko, a myślenie strategiczne nie jest przecież cechą ludzi młodych. W kulturze, która bombarduje reklamą i sloganami o dostępności, a nawet należności szczęścia, ludzie chcą wierzyć, że można mieć wszystko. I kobiety sukcesu uwierzyły, że zawrotną karierę powinny połączyć z sielankowym życiem rodzinnym, tworzonym przez adorującego męża i wspaniałe dzieci. Wizja nie wyklucza obaw związanych z ewentualnym rozpadem małżeństwa, czego wiele z młodych kobiet doświadczyło w domu rodzinnym, ani nie pomija strachu przed podjęciem poważnych zobowiązań. Narcystyczna kultura sprawia jednak, że młodzi ludzie zakochani są w swobodzie, uważając małżeństwo za ograniczenie wyboru. 
Hewlett wspomina też o specyficznym podejściu do małżeństwa zapoczątkowanym przez rewolucję obyczajową: małżeństwo miało być korzystne dla mężczyzn, niedobre dla kobiet, gdyż prowadziło do depresji i niskiego poczucia własnej wartości. Modna wówczas w psychologii koncepcja ludzkiego potencjału przekonywała, że najważniejszymi formami rozwoju są autonomia i kreatywność, a małżeństwo tylko temu rozwojowi przeszkadza. W tym samym czasie ultrafeministki skierowały główny atak na instytucję rodziny, zwłaszcza patriarchalnej.

Głupstwa, róże i wyrzeczenia

Książka Hewlett mówi o sytuacji pewnej grupy Amerykanek: trudnościach i mitach-pułapkach, w jakie wpadają. W Polsce niewiele jest potężnych firm korporacyjnych, wymagających od pracowników ponad 50 godzin pracy w tygodniu. Niewiele jest też kobiet na dyrektorskich stanowiskach. Polek nie charakteryzuje nadmierna wiara w cuda, niedostępnych zresztą, technologii „przemysłu prokreacyjnego”. Poza dostarczeniem informacji, książka Hewlett skłania jednak do przemyśleń natury uniwersalnej.
Paradoksalnie, rozmowy z wykształconymi, ponadprzeciętnie inteligentnymi kobietami, znajdującymi się blisko szczytów zawodowej drabiny potężnego kraju, potwierdzają odwieczny stereotyp, którego świadoma była, niemodna dzisiaj, mądrość ludowa. Celnie podsumowuje to trzydziestolatek – rekin sektora finansowego, który opowiedział o własnych oczekiwaniach wobec przyszłej żony. Koleżanki z pracy młody człowiek określał jako agresywne, wręcz drapieżne, odznaczające się żądzą sukcesu i rzeczy, „drogim” gustem i wymaganiami materialnymi. Problem w tym, „że nie można kupić szczęścia. Można ciężko pracować i zdobyć mnóstwo rzeczy, bo ich nigdy nie zabraknie, więc w końcu zaczniesz biegać w kieracie. Kiedy szukam kandydatki na żonę, nie zależy mi na kimś, kto jeszcze będzie podsycał to wariactwo (...). Inna rzecz, że nie mam wiele do zaofiarowania tym kobietom. One mają już wszystko. A ja chcę, żeby mój sukces i zarobki liczyły się. Chcę, żeby były docenione. I jeszcze jedno. Wystarczająco troszczę się o pieniądze i chciałbym, żeby moja żona do związku wniosła coś innego: czułość, uczuciowość, nawet trochę głupstw. Potrzebuję kogoś, kto by mi pomógł po pracy odetchnąć i powąchać róże. Myślę, że małżeństwo to tworzenie życia, a nie konta bankowego”.
Innym, może jeszcze ważniejszym przykładem na aktualność starych prawd, jest historia opowiedziana przez dobiegającą trzydziestki lekarkę, rozpoczynającą spektakularną karierę chirurga. Otóż na początku dobrze rokującej znajomości kobieta stanęła przed dylematem. Kosztem wyrzeczeń, żmudnego manipulowania rozkładem zajęć szpitalnych mogła pomóc mężczyźnie, który akurat wtedy znalazł się w trudnej sytuacji zawodowo-rodzinnej. Czując, że osoba ta zaczyna dla niej dużo znaczyć, zdecydowała się na wielki wysiłek, żeby „mimo kariery pokazać, że umie być lojalną i pomocną towarzyszką”, gotową do wyrzeczeń dla mężczyzny, na którym jej zależało.
Tę historię Hewlett opisała jako wyjątkową. Badane przez nią kobiety, planujące założenie rodziny, nie były gotowe do rezygnacji z czegokolwiek. Związek, który wymagałby od nich kompromisu, wydawał im się z góry skazany na niepowodzenie. Uświadomienie sobie przez młode, energiczne kobiety, że małżeństwo wymaga poświęceń, jest jedną z najważniejszych dla nich lekcji. Kolejną byłoby uznanie, że dobre małżeństwo, nawet najbardziej partnerskie, nie jest kwestią przypadku, podobnie jak kwestią przypadku nie jest ponadprzeciętna kariera zawodowa.

*

Książka nie przyniosła autorce sympatii wśród ultrafeministek. Zarzucano jej szerzenie paniki i odciąganie uwagi kobiet od spraw zawodowych. Nie spodobało się też zrozumienie Hewlett dla wypowiedzi jednej z kobiet, która stwierdziła, że „postaranie się” o dziecko oraz samotne jego wychowywanie jest zbyt trudne i nie fair. Jedna z recenzentek wytknęła Hewlett antyfeministyczny ton książki stwierdzając, że autorka zdaje się „o wiele więcej żądać od kobiet niż od mężczyzn, korporacji czy rządu”. Takie oparte na realizmie podejście sprawia, że książka prorodzinnej feministki bliższa jest doświadczeniu niż ideologicznie motywowany dydaktyzm bojowego, acz rozmijającego się z życiem ultrafeminizmu.

SYLVIA ANN HEWLETT „CREATING A LIFE. PROFESSIONAL WOMEN AND THE QUEST FOR CHILDREN” TALK MIRAMAX BOOKS, NEW YORK 2002, s. 334.

Autorka jest eseistką i tłumaczką. Ostatnio wydała w Polsce książkę „Amerykańska wojna kultur” (Biblioteka Więzi, 1999).


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl