Polska: problemy nie tylko kobiet


Rodzina na wolnym rynku

Anna Mateja



Czy problemy opisane w książce Sylvii Ann Hewlett staną się u nas aktualne dopiero za kilka lat, gdy więcej kobiet w Polsce obejmie samodzielne stanowiska, będzie dobrze zarabiało i zarazem borykało się z brakiem czasu na założenie rodziny? Chyba nie. 



Niektóre przynajmniej zjawiska, np. odkładanie w czasie rodzicielstwa, zgodnie z zasadą: najpierw stabilizacja zawodowa, później rodzinna, nie są wcale sporadyczne. W naszych warunkach dotyczą przede wszystkim młodych ludzi (nie tylko kobiet), którzy samodzielne życie, a czasami i studia, rozpoczęli już w czasach transformacji systemowej. 
Gdy w 1999 r. zanotowano w Polsce po raz pierwszy zerowy przyrost naturalny, większość specjalistów od polityki społecznej przejęła się przede wszystkim tym, że młode pokolenie będzie mniej liczne. Pytano, kto wypracuje dochód pozwalający utrzymać starzejące się społeczeństwo (według prognoz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową za pół wieku będzie nas 3 miliony mniej, a już w 2020 r. wśród osób nieprodukcyjnych większość stanowiły będą nie dzieci czy młodzież, ale osoby starsze). 
Snu z powiek specjalistom nie spędzała natomiast jakość młodego pokolenia: nie zastanawiano się, w jakich warunkach jest wychowywane, do jakich szkół chodzi, jakie ma szanse zdobycia wykształcenia i samodzielności zawodowej. Jakby tajemnicą było, że tylko osoby wykształcone i pracujące (na wolnym rynku pracy te cechy zazwyczaj idą w parze) będą zainteresowane wypracowywaniem dochodu narodowego. Co z tego, że ludzie najubożsi mają troje i więcej dzieci, skoro państwo i społeczeństwo niewiele robią, aby tkwiący w nich potencjał wykorzystać? Reforma edukacji, przynajmniej na razie, nie zwiększyła ich szans na zdobycie wykształcenia, a bezrobocie dotyka w przeważającej mierze właśnie ich rodziców. Tak się składa, przynajmniej w gospodarce wolnorynkowej, że w swoje dzieci inwestują przede wszystkim rodzice z klasy średniej i wyższej. Własne doświadczenie utwierdza ich w przekonaniu, że to najbardziej opłacalna inwestycja, a zamożność ułatwia jej realizację.
Wprowadzenie gospodarki rynkowej nauczyło nas, czym jest bezrobocie, nieregulowany czas pracy i wymagający niemal całodobowej dyspozycyjności szefowie, którzy nie zamierzają brać pod uwagę „dobra rodziny”. Zmiany te nie zachwiały przekonaniem, że dobrze jest mieć rodzinę, a karierę zawodową łączyć mimo wszystko z posiadaniem dzieci, ale młodzi, wykształceni i dobrze zarabiający ludzie decydują się na to coraz później. I nie chodzi wcale tylko o pomyślny rozwój kariery zawodowej. 
Nawet bowiem jeśli kobieta uważa, że udana kariera zawodowa wymaga dopełnienia w stworzeniu stałego związku i urodzeniu dzieci, trudno jej to zrealizować, skoro zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin (któregokolwiek z rodziców, nie tylko matki) nadal pozostaje dla pracodawcy problemem. Często zresztą szef nie życzy sobie rodzicielstwa w trakcie zatrudnienia, czemu daje wyraz już przy rozmowie kwalifikacyjnej (warto przypomnieć, że bezrobocie wśród kobiet zawsze jest kilka procent wyższe niż wśród mężczyzn). Jak w tej sytuacji myśleć o urlopie wychowawczym i wierzyć, że na opuszczone czasowo stanowisko nie zostanie przyjęty ktoś inny? 
Wychowywanie potomstwa nie gwarantuje również pomocy ze strony państwa. Jeśli już nie w postaci szczodrych zasiłków, to chociaż opieki w przedszkolach czy świetlicach spełniających wymagania rodziców. Wsparcie dla rodzin, w rozumieniu urzędników państwowych, ma być kolejną formą zwalczania ubóstwa, a nie zachętą do posiadania dziecka (jak jest chociażby we Francji, gdzie państwo udziela poważnego wsparcia finansowego wszystkim rodzinom). Zamożni rodzice korzystają często z pomocy dziadków lub niań. I to nie przez kilka godzin dziennie, ale kilkanaście. I nie pięć razy w tygodniu, ale bywa, że i w weekendy, bo zdarzają się wyjazdy służbowe czy spotkania integracyjne z załogą firmy po godzinach pracy. W konsekwencji rodzice przestają być dla dziecka osobami najbliższymi, brakuje warunków dla powstania mocnych, intymnych więzi. 
Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że jesteśmy niebogatym krajem na dorobku, a nasz rynek pracy staje się, jak to ujmują specjaliści od polityki społecznej, rynkiem rotacyjnym. Żądanie od pracownika wyższych kwalifikacji albo gruntownej ich zmiany, nawet czasowe bezrobocie, nie będą w przyszłości czymś rzadkim. Rodzina czuje się bezpieczna tylko wówczas, gdy oboje rodzice mają stałą pracę. Ale czy na takim rynku można o kimś powiedzieć, że ma stałą pracę i dochody? Problemy rodzin klasy średniej czy wyższej, które mogłyby być partnerem dla państwa w wychowywaniu młodego pokolenia, a nie klientem jego pomocy społecznej, nie stały się jeszcze u nas przedmiotem dyskursu publicznego. Może warto pomyśleć o nadrobieniu tej zaległości? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl