„Znak” o Fryderyku Nietzschem


Żyć naprawdę!

Jarosław Makowski



Fryderyk Nietzsche uważany jest za skandalistę i gorszyciela. Być może właśnie te etykietki sprawiają, że niemiecki filozof wciąż nie przestaje intrygować. 



Że rozgrzewa współczesne umysły do czerwoności, świadczy o tym choćby fakt, że co roku ukazują się kolejne monografie na jego temat. I wciąż nie brakuje interpretatorów, którzy z pism Nietzschego wyciągają wnioski nawzajem się wykluczające. Wobec autora „Tako rzecze Zaratustra” niepodobna przejść obojętnie. Niejednokrotnie mamy do czynienia z osobistym wyborem: albo fascynacja i niemal bezkrytyczna akceptacja wszystkiego, co głosił, albo całkowite odrzucenie, gdyż nie warto tracić czasu na czytanie tekstów kogoś, kto kwalifikował się raczej do zakładu psychiatrycznego niż do kierowania uniwersytecką katedrą.

Dzieło otwarte

Istnieje też inny powód, dla którego Nietzsche wodzi interpretatorów za nos. Jak mało kto nadawał się do tak zróżnicowanych odczytań – przekonywał na łamach „TP” w setną rocznicę śmierci filozofa Michał P. Markowski. Nie stworzył zamkniętego, uporządkowanego systemu, który wystarczyłoby odczytać zgodnie z jego literą, gdyż w systemotwórstwie dopatrywał się oszustwa na żywej, namiętnej myśli, która nie powstrzyma się przed żadnym pytaniem, choćby było to pytanie zatrważające i niebezpieczne. Nie wahał się także zmieniać poglądów, gdy tylko dostrzegł, że dotychczasowe odpowiedzi utraciły moc. Na domiar złego pozostawił po sobie niezamknięty korpus tekstów, w którym dzieła drukowane stanowią wcale nienajobfitszą część, co prowadziło do tego, że bardzo często interpretatorzy wydłubywali (i wydłubują nadal) z pozostawionych w rękopisie fragmentów tylko to, co pasowało im do własnych konstrukcji, nie troszcząc się o to, że kilka stron dalej sam Nietzsche głosił pogląd całkiem przeciwny. Filozof jakby przeczuwał kłopoty ze zrozumieniem swego dorobku, notując w „Ecce homo”: ,,słuchajcie mnie! Bo jestem ten a ten. A przede wszystkim nie mylcie mnie z innymi!”.
Jak zatem czytać Nietzschego? Jak nie pomylić go z kimś, kim nie był? Czy ta trudna sztuka udała się autorom miesięcznika „Znak”, którzy w sierpniowym numerze pisma postanowili zmierzyć się z dorobkiem niemieckiego filozofa?
Debata rozpoczyna się od sporu między trzema filozofami: Krzysztofem Michalskim, Jackiem Filkiem i Karolem Tarnowskim. Między dyskutantami i autorami ankiety („Dlaczego lubię/nie lubię Nietzschego?” w której udział biorą m.in. Ewa Bieńkowska, o. Wacław Hryniewicz, ks. Tomasz Węcławski czy Charles Taylor) toczy się rzeczowy dialog; to dowód, że pisma Nietzschego wciąż stanowią źródło inspiracji dla żywego i twórczego myślenia.

Relatywista?

Pierwsze pytanie brzmi: dlaczego Nietzsche jest dziś tak popularny? Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że – jak powiada Krzysztof Michalski – diagnoza kultury postawiona przez filozofa odzwierciedla to, co stało się z zachodnią kulturą i tworzącym tę kulturę człowiekiem. Otóż przestał on wierzyć w wszechobejmujący ład, w ziemię jako ogród, gdzie ścieżki prowadzą do jasno ustalonych celów. Dlatego Nietzsche proponował, by spojrzeć rzeczywistości prosto w oczy, porzucić złudzenia i zdać sobie w końcu sprawę, że nie ma jednego świata – świata jako jedności. Przeciwnie: świat jest nieskończenie różnorodny i różnice nie dadzą się z niego wyeliminować. Dlaczego? Michalski wyjaśnia: ponieważ sens – jakikolwiek sens – nie jest przez nas całkowicie zastany, nie można go znaleźć tak, jak znajduje się muchę w rosole. Sens w świecie wprowadzają sami ludzie, a że ludzie są różni, tak więc i sensy w świecie są różne. A jeśli tak, to nie ma żadnej gwarancji, że konfrontacja z tymi, którzy myślą inaczej, którzy żyją inaczej, będzie konfrontacją pokojową. Bez obaw: niemiecki filozof nie nawołuje w ten sposób do wojny. Demaskuje jednak mit, wedle którego jest jeden rozum, pozwalający sprowadzić wszystko do wspólnego mianownika. Tymczasem takiego wspólnego mianownika nie ma.
Ale co wówczas począć z prawdą? Czy Nietzsche nie patronuje w ten sposób nielubianemu przez Kościół relatywizmowi? Rzeczywiście mamy tu kłopot, który podnosi Karol Tarnowski: „z tego, że istnieje wiele dróg do prawdy, nie wynika, że prawdy nie ma”. Obserwowana dziś nieufność wobec pojęcia prawdy może się przełożyć na rozmaite konstrukcje ideologiczne, zgłaszać pretensje do powszechnej obowiązywalności, a nawet do panowania w sensie politycznym. Europa aż nazbyt dobrze pamięta, czym to grozi; doświadczyła na swej skórze dwóch totalitaryzmów. A i Kościół nie oparł się tej pokusie, twierdzi Tarnowski, kiedy nakazywał uprawianie jedynie słusznej filozofii – tomizmu. Jednak z pojęcia prawdy, jako pewnego horyzontu, Tarnowski nie chce zrezygnować. A Nietzsche, jak twierdzi, w dużej mierze patronuje przekonaniu o konieczności takiej rezygnacji, czyli głosi relatywizm.
Michalski ripostuje, że Nietzsche zaprzecza relatywizmowi na każdej stronie swoich książek. Relatywizm to pogląd, że istnieje wiele różnych pojęć prawdy, spośród których żadna nie jest lepsza od innych. Niemiecki filozof uważał, że nie można żyć, nie biorąc czyjejś strony, nie angażując się za czymś lub przeciwko czemuś. „Życie jest stronnicze – mówi Michalski. – Sam fakt życia – a nie dopiero jego wtórna interpretacja. Inaczej mówiąc: że wybór jakieś strony zawsze stoi przed nami (a więc, że póki co nie jesteśmy po żadnej stronie), jest całkowitym złudzeniem. Jakiegoś wyboru zawsze już dokonaliśmy”.

Bój o człowieka

Stąd bierze się jedno z najważniejszych pytań Nietzschego, na które uwagę zwracają autorzy „Znaku”: co to znaczy żyć? Albo inaczej, mocniej: jak żyć naprawdę!? Odpowiedź wbrew pozorom nie jest łatwa, gdyż za tymi pytaniami kryje się bój o człowieka. Po pierwsze, niemiecki filozof podpowiada, że człowiek nie jest nigdy tym, czym właśnie jest, tylko zawsze jest czymś więcej. Że nigdzie nie jest całkowicie w domu, całkowicie u siebie. Człowiek jest napięciem – albo, jak chce Nietzsche – mostem, ale nikt z nas nie zna jego biegunów. Człowiek, jak w innym miejscu tłumaczył Michalski – jest rzeczywistością, która nie da się wyjaśnić przez pokazanie, skąd się bierze i dokąd dochodzi. Nie można opisać go tak, jak opisuje się brzeg rzeki czy krzesło w pokoju. I w tym kontekście należy umieścić kontrowersyjne wezwanie niemieckiego filozofa do „przezwyciężenia człowieka”, które dziś stało się modnym sloganem. Bynajmniej nie jest to apel, z którego należy wyczytać pogardę dla „prostego” czy „szarego” człowieka, ale wezwanie, by człowiek nie przegapił tego, o co tak naprawdę w życiu toczy się gra.
Bo to przecież w życiu, jakie przeżywam, decyduje się to, kim jestem/jesteśmy. Decyzja ta ciągle zapada na nowo, w każdej chwili, każdego dnia, podejmuję ją robiąc to, co robię – jako ksiądz, dziennikarz czy piekarz. Gra, którą jest życie, to gra o wszystko. Stąd życie nie może być sielanką, wolną od niebezpieczeństw. A dzieje się tak dlatego, że stawką, o którą toczy się w nim gra, nie jest stół, samochód ani nawet dom, ale nasze człowieczeństwo. I w tym sensie należy odczytywać niechęć Nietzschego do europejskiej filozofii, tej filozofii, która dawała człowiekowi pocieszenie, ustalając, jak się rzeczy mają, gwarantując ów „święty spokój”. Kultura, która stawia na obiektywny rozum, która szuka wspólnego mianownika, która usypia intelekt, nie pozwala nam we własnym życiu wykreować samych siebie, samych siebie stworzyć. Dlatego też – i to jedno z odkryć Nietzschego – uciekamy przed życiem, a tym samym przed odpowiedzialnością, jakie nakłada – czy tego chcemy, czy nie – fakt, że istniejemy.

„Wola odpowiedzialności”

Oczywiście w tym sensie Fryderyk Nietzsche jest burzycielem europejskich standardów myślenia, gdyż mówi, że filozofia żadnego pocieszenia nie daje, nie ma żadnych mocnych fundamentów, na których człowiek mógłby pewnie stać. Inaczej mówiąc: nie ma ucieczki od odpowiedzialności. A kultura, w jakiej człowiek żyje (stąd bezpardonowy na nią atak filozofa), jest zbiorem narzędzi ułatwiających taką ucieczkę. Być może więc inaczej należy także odczytywać niesławną „wolę mocy”. Jacek Filek proponuje, by pojmować ją jako „wolę odpowiedzialności” – za siebie i za drugiego. „U Nietzschego wyraźnie obecny jest taki »drugi«, który jest słaby, jak u Levinasa. Nietzsche jedynie ostrzega przed litością, która jest rodzajem pychy. (…) Jest on filozofem dawania, nie brania. Dawanie jednak nie ma wypływać z odruchu miłości-litości, tylko z pewnego bogactwa, z asymetrii relacji do drugiego – ja jestem w lepszej sytuacji, mam więcej. U Nietzschego widać radość dawania, która nie mam nic wspólnego z resentymentem” – przekonuje Filek.
To prawda, że Nietzsche – jak żartował kiedyś Krzysztof Michalski – nie może być uznany za katolika. Ale nie będzie bluźnierstwem twierdzić, że niemieckiemu myślicielowi (a przede wszystkim jego Zaratustrze) w wielu sprawach szło o to samo, o co zabiegał Jezus. Obu szło przede wszystkim o to, by człowiek miał odwagę żyć naprawdę, by nie odwracał się plecami od srogości świata, by nie uciekał od podejmowania trudnych wyborów, które w końcu decydują o naszym człowieczeństwie. „Śmierć Boga” jest konieczna tylekroć, ilekroć miast sławić Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, sławimy nasze o nim wyobrażenia. Niemiecki filozof może więc przydać się także chrześcijaństwu, choćby dlatego, że uczy czujności wobec wszelkich form bałwochwalstwa. Dlatego warto go czytać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl