Czy dojdzie do ataku na Irak?


Usunąć zagrożenie

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu 



Zdaniem Białego Domu Saddam Husajn przygotowuje się do biologicznego i chemicznego ataku na Stany Zjednoczone. Dlatego Waszyngton jest zdecydowany uderzyć pierwszy i osłabiając iracką armię przez naloty lotnicze oraz akcje na lądzie doprowadzić do obalenia dyktatora. Atak na Irak wydaje się nieunikniony, nawet jeśli Amerykanie będą pozbawieni wsparcia Europy.



Mimo iż w Waszyngtonie nadal wielu wątpi w to, że niebawem wybuchnie wojna przeciwko Saddamowi Husajnowi, iracki dyktator najwidoczniej obawia się o życie. Po tym jak setki razy zarzekał się, że nigdy więcej nie wpuści już do Iraku „zagranicznych szpiegów” – to jego określenie na inspektorów ONZ – nagle zaprosił do Bagdadu na rozmowy Hansa Blixa, szwedzkiego dyplomatę, szefa komisji ONZ ds. rozbrojenia Iraku. Później Sadoun Hammadi, raczej symboliczny przewodniczący całkowicie marionetkowego parlamentu, zaprosił do Iraku wszystkich członków amerykańskiego Kongresu „na okres do trzech tygodni”, by osobiście poszukali zakazanych instalacji do produkcji broni biologicznej, chemicznej i atomowej.

Kim jest Husajn?

Pierwsze z tych posunięć było bardzo przejrzyste: jakiekolwiek „techniczne” rozmowy z Hansem Blixem o szczegółach inspekcji mogą być jedynie grą na zwłokę, bo ONZ deklarowała, że zgodzi się tylko na całkowicie wolne od ograniczeń inspekcje. Z poprzednich operacji tego typu Irakijczycy zrobili pośmiewisko: odmówili wpuszczenia inspektorów do „prezydenckiej rezydencji” Saddama Husajna, co zmieniono później na „rezydencje” w liczbie mnogiej, a tych okazało się być ponad 80, wliczając w to bardzo rozległe bazy wojskowe. Niekiedy Irakijczycy po prostu kazali inspektorom czekać przed bramą podejrzanych budynków, a sami wywozili poszukiwane materiały tylnym wyjściem. To spowodowało, że praktycznie nie było już nic do negocjowania: Irak chciał się spierać o ograniczenia dla inspektorów ONZ, na co Blix nie mógł się zgodzić – następnym razem dostępna musi być nawet sypialnia Saddama.
W prowadzonych ostatnio rozmowach ONZ w zamian za pomyślne zakończenie inspekcji oferowała zniesienie wszystkich sankcji nałożonych na Bagdad – prawdziwe dobrodziejstwo dla Husajna i jego reżimu, właściwie odzyskanie pełnej suwerenności. A jednak Irak odmówił, dostarczając tym samym najlepszego dowodu, że cokolwiek Husajn ukrywa – biologicznego, chemicznego czy nuklearnego – jest to dla niego ogromnie ważne.
Przeprowadzenie w Iraku kontroli jest bardzo trudne, dlatego zaproszenie kongresmanów zakrawa na żart. Kraj ma sporą powierzchnię, a dużą część dochodów ze sprzedaży ropy od lat przeznacza na budowę licznych baz wojskowych i centrów opracowujących nowe rodzaje broni, z których każdy składa się z tuzinów budynków. Kiedy cztery lata temu inspektorzy rozbrojeniowi ONZ przeszukiwali Irak – korzystając z pomocy najlepszego, amerykańskiego wywiadu – przeoczyli niezwykle istotne i sporych rozmiarów instalacje służące do produkcji broni atomowej. Dopiero informacje uzyskane od irackiego uchodźcy-inżyniera pozwoliły precyzyjnie określić ich położenie. Wiadomość była szokująca, bo oznaczała, że Irak nauczył się radzić sobie z aparaturą umieszczoną na satelitach przy pomocy specjalnych technik kamuflażu. Członkowie Kongresu nie odkryliby niczego w ciągu trzech lat, a co dopiero trzech tygodni.
Pod płaszczykiem negocjacji, propozycji i targów kryje się jednak poważniejszy problem: chodzi nie o ambitne projekty Saddama Husajna, możliwe do wykrycia przez niczym nie ograniczoną inspekcję, na którą zresztą dyktator na razie się nie zgadza [choć, jak doniosły media, 11 sierpnia w rozmowie z brytyjskim posłem Partii Pracy Georgem Gallowayem miał zadeklarować gotowość wpuszczenia inspektorów ONZ bez żadnych ograniczeń – przyp. red.], ale o broń chemiczną i biologiczną, którą Saddam może zdobyć zaraz potem, w ciągu kilku tygodni. Nie trzeba wielkich nakładów, by wyhodować bakterie wąglika, które można pobrać z każdego krowiego pastwiska, albo spreparować neurotoksyczne środki, które są pochodnymi zwykłych pestycydów.
Innymi słowy, problem nie w tym, co posiada Irak, ale kim jest Husajn – jedyny na świecie żyjący przywódca, który chciał w przeszłości użyć broni masowego rażenia i ma najsilniejszą z możliwych motywację do użycia jej ponownie. Tym, co czyni Saddama wyjątkowym, jest absolutny priorytet, jaki przydaje odwetowi, nawet temu bardzo kosztownemu dla niego samego. Kiedy jego dwaj zięciowie, którzy zbiegli wcześniej do Jordanii, powrócili do Iraku po tym jak dyktator osobiście i solennie obiecał im, że nie zostaną ukarani, Saddam odniósł wielkie polityczne zwycięstwo. Wkrótce jednak zniszczył swoją wiarygodność zarządzając uśmiercenie zięciów. Podobnie postąpił, kiedy po raz pierwszy doszedł do władzy: bezzwłocznie rozkazał swoim agentom, by wymordowali jego rywali i oponentów. Na liście proskrypcyjnej Saddama znalazły się osoby, które od dawna nie zajmowały się już polityką lub w ogóle nigdy czynnie nie brały w niej udziału, ale które wiele lat wcześniej jakoś go obraziły – często w sposób tak błahy, że zapomniały już o incydencie, który Saddama ciągle przepełniał morderczą furią.

Z Rosją i Chinami

George W. Bush stwierdził, że Saddam jest w trakcie przygotowań do biologicznego i chemicznego ataku na Stany Zjednoczone. Dlatego prezydent jest zdecydowany uderzyć pierwszy i usunąć zagrożenie. Podczas gdy wiecznie trajkoczące grupki wciąż zadają mało istotne pytania o przyszłość Iraku po zwycięskiej dla USA wojnie (problemem Busha jest bezpieczeństwo Ameryki, nie Iraku), kiedy tradycyjnie myślący oficerowie opowiadają bajki, że Saddama nie można pokonać przy pomocy lotnictwa, jednostek specjalnych i niezorganizowanych irackich uchodźców, ale jedynie przy użyciu armii liczącej 265 731 żołnierzy, których rozmieszczenie potrwałoby wiele miesięcy – prawdziwe przygotowania są już bardzo zaawansowane. Naprawiono lotniska w Kurdystanie, powiększono ich liczbę w Kuwejcie i Omanie; w Katarze powstało główne centrum dowodzenia; amerykańska dyplomacja ciężko pracuje przekonując Kurdów, Turcję, a nawet Iran, że lepiej rozprawić się z Saddamem teraz niż wtedy, gdy będzie miał dwie lub trzy bomby atomowe dzięki wzbogaconemu uranowi dostarczonemu dawno temu przez Francję; wreszcie rywalizujący ze sobą przywódcy irackiej opozycji na uchodźstwie uznali w końcu, że współpraca bardziej się opłaca niż konflikt.
Jednak administracja Busha nie jest jeszcze gotowa do wojny. Ciągle wiele zostało do zrobienia w sferze dyplomacji. Bush, zaprzeczając mitowi „unilateralnego” prezydenta, który jest zbyt wielkim arogantem i ignorantem równocześnie, by zrozumieć, że Stany Zjednoczone rzadko korzystają z działania w pojedynkę, jest osobiście bardzo zaangażowany w ten proces i, trzeba przyznać, może się tu pochwalić dużymi sukcesami. To on przekonał prezydenta Putina, by Rosja i jej dyplomacja trzymały się z dala od miejsca walki, zachowując oczywiście prawo wyrażenia swojej dezaprobaty. Putin poprosił jedynie Busha, żeby nie rozpoczynał wojny do czasu, gdy (jeśli w ogóle) Irak odmówi wpuszczenia inspektorów ONZ. Kiedy to stało się faktem, otworzyła się dla Ameryki droga do uzyskania od Rosji czegoś więcej niż tylko cichego przyzwolenia skrytego pod oficjalnym protestem. Chodzi o cichą współpracę w ramach wywiadu i namierzania potencjalnych celów – iracka armia ciągle używa niemal wyłącznie radzieckiej broni – oraz, być może, o ostrożne poparcie werbalne.
Chiny, wcale się do tego zresztą nie kwapiąc, także zostały przez Busha przekonane do zajęcia przyzwalającego stanowiska. Waszyngton nie będzie się natomiast starał o zmniejszenie sprzeciwu Jacquesa Chiraca i Francji [do której dołączyły ostatnio Niemcy, po deklaracji kanclerza Schroedera o nieprzystąpieniu do potencjalnego ataku na Irak – przyp. red.]. Dzięki stanowisku Rosji i Chin można po prostu zignorować francuskie gderanie. Poza tym lawirowanie francuskiej dyplomacji, by zachować resztki pozorów strategicznego znaczenia w trakcie ostatnich trzech wojen – w Zatoce (1991), Kosowie (1999) i Afganistanie (2001) – za każdym razem kończyło się przybyciem francuskich oddziałów na miejsce, a ich dowódcy byli o wiele bardziej skłonni do posłusznego wypełniania amerykańskich rozkazów niż Brytyjczycy.
Także zastraszonym przywódcom Arabii Saudyjskiej, którzy głośno sprzeciwiają się akcji przeciwko Irakowi, dano czas do zastanowienia nad konsekwencjami ogłoszenia światu, że tak naprawdę wcale nie są sojusznikiem Ameryki. Sytuacja jest jednak jasna: jeśli podczas wojny saudyjskie instalacje wojskowe byłyby naprawdę potrzebne, zostaną one po prostu użyte – za oficjalnym bądź nieoficjalnym przyzwoleniem lub bez niego. Poza tym amerykańska dyplomacja zapewniła sobie w walce z Irakiem współpracę z każdym liczącym się państwem arabskim: od Egiptu i tranzytu przez Kanał Sueski po wszystkie państwa Zatoki Perskiej z przydatnymi lotniskami i portami.

Zamiast zamachu stanu

Oprócz zabiegów dyplomatycznych, trzeba zakończyć również przygotowania materialne – przede wszystkim konieczna jest odbudowa amerykańskiego arsenału precyzyjnych bomb lotniczych i pocisków. Wojna w Zatoce zapoczątkowała użycie ich na szerszą skalę, ale ciągle stanowiły one 10 proc. zrzuconego na Irak tonażu. Tym razem proporcja ma wynieść 90 proc., wliczając w to klasyczne już bomby naprowadzane laserowo oraz odpalane z okrętów pociski manewrujące, a także ostatnią zdobycz armii – głowice rakietowe emitujące pojedynczą salwę mikrofal („high-power microwave missile), które mają przepalić detonatory celów bez uszkodzenia obudowy i uwolnienia zawartości broni biologicznej lub chemicznej.
Ponieważ tak wiele można osiągnąć dzięki precyzyjnym uderzeniom, niektórzy z krytyków Waszyngtonu twierdzą, że Irak można rozbroić z daleka, stosując jedynie pociski dalekiego zasięgu i naloty lotnicze, bez potrzeby wojny lądowej. Od czasu zakończenia wojny w Zatoce na Irak wielokrotnie zrzucano bomby – głównie były to małe naloty, z użyciem pojedynczych samolotów, które często niszczyły pociski przeciwlotnicze lub inną broń. To prawda, że długotrwała ofensywa zakrojona na o wiele większą skalę pomogłaby skrócić listę celów – baz i instalacji wojskowych odkrywanych na zdjęciach satelitarnych, osłabiłaby Saddama Husjana i zredukowała groźbę kolejnej inwazji na Kuwejt lub kolejnego wystrzelenia pocisków w kierunku Izraela i Arabii Saudyjskiej. Ale teraz nie zagraża nam żadne z tych niebezpieczeństw. Tym, co sprawia, że reżim Husajna jest niebezpieczny, jest sam dyktator – i po zakończeniu długotrwałej kampanii lotniczej ciągle będzie on miał albo stare, albo wytworzone na nowo bakterie wąglika i środki paraliżujące układ nerwowy.
Jeszcze inni, zgadzając się z taką oceną, gwałtownie protestują przeciwko projektowi ataku na cały kraj tylko po to, by dostać jednego człowieka. „Co z zamachem stanu?” – pytają. W końcu wszyscy wiemy, że większość oficerów regularnej armii Iraku – w przeciwieństwie do przybocznej, rozpieszczonej Gwardii Republikańskiej – nienawidzi Saddama. Jego niekończące się wojny tylko ich wykrwawiły i zubożyły ich rodziny. Więc dlaczego słynna CIA nie zorganizuje zamachu? Cóż, próbowała i ciągle próbuje, ale nikt w Waszyngtonie nie oczekuje od niej sukcesu – cały reżim Saddama jest „antyzamachową” maszyną, z armią obawiającą się Gwardii Republikańskiej, z Gwardią całkowicie spenetrowaną przez tajnych agentów i z tajnymi agentami podlegającymi ścisłej obserwacji przez synów i dalszych krewnych Saddama.
Bardziej kapryśni krytycy utrzymują z kolei, że CIA nie powinna zajmować się organizowaniem zamachu stanu, ale po prostu sama wysłać zespół profesjonalnych zabójców, by ci wykonali brudną robotę. W rzeczywistości dzisiejsza CIA próbuje odbudować mocno nadwątlone możliwości operacyjne – tak by móc wysłać agentów, którzy potrafią przynajmniej prowadzić podstawową inwigilację i konwersować w obcych językach bez ośmieszania się. W Afganistanie CIA umieściła stosunkowo efektywnie działający oddział, ale to wszystko, na co ją teraz stać: Agencja nie ma odpowiednio wykwalifikowanych i zaangażowanych oficerów, którzy na terenie Iraku mogliby zorganizować zamach – nawet jeśli łatwo można dojechać taksówką do Bagdadu z Kurdystanu bez pokazywania dokumentów – i jeszcze mniej swoich agentów 007, których mogłaby posłać przeciwko Saddamowi. Ciągle cytowana teza, wedle której Stany Zjednoczone są przeciwne likwidowaniu zagranicznych polityków, jest oderwaną od tematu wymówką – po prostu nie mają takiej możliwości.
Zresztą dowiodła tego rzeczywistość: tak jak cała Serbia musiała cierpieć, by zmusić Miloševicia do poddania się w Kosowie, tak teraz trzeba uderzyć na wszystkie irackie oddziały, by nakłonić ich dowódców do powstania przeciwko Saddamowi i jego klice. Aby to osiągnąć, naloty muszą być poparte przez działania na lądzie – by wywabić irackie jednostki z ich baz i zmusić je do ruszenia w samochodowych kolumnach, które będą łatwym celem dla nalotów. Wystarczy udział nawet skromnej liczby oddziałów amerykańskich i lokalnych sojuszników, ale samo zrzucanie bomb nie da rezultatów – zniszczenie irackich sił lądowych, okopanych, zakamuflowanych, umocnionych i rozproszonych trwałoby wieczność. Nikt z dobrze poinformowanych ekspertów nie spodziewa się łatwej wojny, ale jeśli nie zdarzy się żaden nieoczekiwany wypadek za granicą lub wewnątrz kraju i jeśli w Ameryce odbędą się listopadowe wybory do Kongresu, Saddam zostanie zaatakowany przed końcem tego roku.

9 sierpnia 2002 

przełożył Mateusz Flak 


Autor jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie; stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl