O „Mikrokosmosach” Claudio Magrisa


Daleko od Ziemi Obiecanej

Juliusz Kurkiewicz



Pisarstwo Magrisa jest jak „włócznia, która rani i uzdrawia”. Uderza w źródło naszych lęków i leczy od złudzeń.



„Mikrokosmosy” to tytuł drugiego po „Dunaju” zbioru esejów Claudio Magrisa, przetłumaczonego na polski. Tytuł ten odnosi się do Prowincji szczególnie ważnych dla autora, bo tworzących kosmos, w którym urodził się i dorastał, kosmos obejmujący pograniczne regiony Włoch.
Mikrokosmosem jest przede wszystkim Friuli, a jego najważniejszym miastem Triest, rodzinne miasto Magrisa, powracające w trzech esejach, które otwierają i zamykają zbiór. Na obszarze Friuli znajdują się takie podalpejskie miejscowości jak Malnisio, Valcellina czy Grizzo, a na południu, na wybrzeżu adriatyckim, laguna Grado. Na lewo od Friuli, za Wenecją i Lombardią, Piemont, na prawo, niżej, obszary należące dziś do Słowenii (masyw Snežnika) i Chorwacji (wyspy Cherso i Lussino, czyli Apsyrtydy, nazwane tak od imienia brata Medei, zamordowanego tutaj przez siostrę-czarodziejkę). Wreszcie tereny pograniczne miedzy Włochami, Austrią i Szwajcarią – Tyrol Południowy, dla Włochów Górna Adyga. 
Ale „Mikrokosmosy” to nie tylko wyrafinowany przewodnik, wprowadzający bardziej dociekliwego turystę w skomplikowane bogactwo tych obszarów – etniczne, historyczne, kulturalne. W równej mierze „Mikrokosmosy” są autobiografią i romansem, którego heroina, Marisa, co i raz powraca na karty tej książki, i której książka jest dedykowana. Tę samą metodę zacierania gatunkowych granic Magris zastosował już w „Dunaju” i nie jest ona dla czytelnika zaskoczeniem. Jeśli już jednak porównywać te dwie książki, warto zauważyć, że każda z nich ma swój gatunek idealny, do którego zrealizowania pretenduje, co, z różnych powodów, okazuje się niemożliwe. W „Dunaju” był to epos, domagający się opisania Całości z odpowiedniego dystansu, w „Mikrokosmosach” – opowiadanie, zmierzające do opisania niewielkiego wycinka Całości w ogromnym przybliżeniu. Tam dolina Dunaju była makrokosmosem, zbyt wielkim i bogatym, by go opisać, tutaj przedmiot opisu stanowią mikrokosmosy, wyizolowane punkty powierzchni, i jednego życia by nie starczyło, by opisać je wszystkie, skoro jest ich nieskończenie wiele. 
W ostateczności obie te perspektywy ulegają jednak zrównaniu – zgodnie z późnośredniowieczną i renesansową humanistyką między mikrokosmosem i makrokosmosem zachodzą ścisłe odpowiedniości. Jeśli, jak chcieli filozofowie i magowie, paradygmatem mikrokosmosu jest człowiek, zrozumiałe staje się umieszczenie przez Magrisa na początku jego książki słów Borgesa: „Człowiek postanawia odmalować świat. Przez lata będzie zaludniał przestrzeń obrazami prowincji, królestw, gór, zatok, okrętów, wysp, ryb, pokoi, instrumentów, koni i ludzi. Na chwilę przed śmiercią odkryje, że ów cierpliwy labirynt linii jest podobizną jego własnej twarzy”.

*

Książka Magrisa przypomina autobiografię w o wiele większym stopniu niż „Dunaj”, a twarz narratora-bohatera jest o wiele mniej pogodna niż wydaje się to na pierwszy rzut oka. Owszem, Magrisowi nieobce są ciepła ironia, łagodna melancholia, a zwłaszcza poszukiwanie anegdoty zaprzeczającej ponurym historycznym stereotypom. To kwestia raczej pisarskiego temperamentu (powinienem był może napisać: triesteńskiego temperamentu), niż tego, co Magris rzeczywiście ma nam do powiedzenia. Bo odczytane literalnie „Mikrokosmosy” opowiadają przede wszystkim o świecie historycznym wypełnionym niezrozumieniem i nienawiścią, o świecie przyrody, który budzi w nas trwogę swoją obojętnością, o niewytłumaczalności zła. 
Bohaterowie Magrisa odkrywają nagle, że podszewkę „prawdziwego” życia stanowi pustka. Jednym z takich bohaterów jest ciotka Esperia, która zaręczyła się z pewnym oficerem i przez trzydzieści lat czekała, bezskutecznie, na małżeństwo. Spokoju zaznała dopiero po śmierci nieskorego do żeniaczki narzeczonego, gdy dla wszystkich stała się pielęgnującą pamięć po nim wdową. Ale gdy, już jako kobieta ponad osiemdziesięcioletnia, trafiła do domu starców, próbowała popełnić samobójstwo, po czym nigdy już nie wspominała o owym oficerze. „Prawdopodobnie uświadomiła sobie nagle pustkę swojego życia, pomyłkę, którą żyła, i postanowiła zakończyć grę. (...) Kiedy już raz spojrzała w pustkę, Esperia nie chciała, nie mogła dłużej żyć”.
W innym miejscu Magris opowiada o łowczej pasji jednego z ostatnich książąt Schönburg-Waldenburgów w Snežniku, który całe życie uważał zabijanie zwierząt za pasję blisko spokrewnioną z miłością. Pewnego razu jego łowczy ujrzał go nad zabitym jeleniem: „stary książę klęczał, trzymał jelenia za rogi i płakał”. Magris pisze: „w owej chwili musiał dostrzec daremność tego, co robił – i daremność wszystkiego – jak gdyby strzelając i zagłębiając się w gęstwinę wszedł w rzeczywistość tylnymi drzwiami i ujrzał jej szablonowe kulisy”. 
Ulubionym pisarzem Magrisa, spośród tych, którzy zostali upamiętnieni popiersiami w triesteńskim Ogrodzie Miejskim, jest Italo Svevo. Posąg, co bardzo wymowne, ma utrąconą głowę: „jego dzieło i jego życie (...) zawieszone jest w pustce, naznaczone zawrotną świadomością braku, maskowaną tajemniczym uśmiechem, dominują w nich komiczne i tragiczne niedoskonałości życia codziennego, poczucie nicości życia, daremności inteligencji”.
Zasłoną, która oddziela nas od prawdziwej rzeczywistości, jest kultura – w tej diagnozie Magris jest bliski Nietzschemu. Dzisiejsze metropolie są przyszłymi nekropoliami, pomniki upamiętniające triesteńskich pisarzy przypominają nagrobne posągi, tętniące kiedyś życiem wyspy na Adriatyku dziś liczą po kilkunastu mieszkańców, a i ci pewnie wkrótce poumierają. Dla człowieka nie ma jednak ucieczki w świat przyrody, rządzony prawami czysto deterministycznymi. Odrzucić kulturę to wydać świat na pastwę nihilizmu. Dlatego ułuda może zostać uświadomiona, ale nigdy nie może zostać przezwyciężona, chyba że zgodzimy się w naszym ludzkim świecie na panowanie ślepej konieczności. Ten moment rozdarcia jest, być może, najistotniejszym doświadczeniem, jakie opisuje Magris – stoimy na progu prawdziwego życia, którego nie możemy przekroczyć, bo po drugiej stronie czeka nas tylko śmierć: „wyjść z kojącego zaduchu kawiarń i bibliotek – pełnych dymu, stęchlizny, plotek, otulających jak gruba kołdra – zapuścić się w zieleń, do której nie nawykły płuca, okazuje się zabójcze”. „Kto znalazł się raz wśród zieleni, umiera, jak Dafne uciekająca przed Apollinem, kto zdąży się cofnąć, barykaduje się za murem pogardzanej niegdyś szarości”.
W najwybitniejszym z esejów zamieszczonych w „Mikrokosmosach”, w „Ogrodzie miejskim” właśnie, Magris znajduje wspaniałą metaforę dla tego stanu rozdarcia, metaforę zawierającą również pytanie o miejsce zła w świecie: oto przez park idzie dziewczynka, ze słoikiem, w którym niesie wygraną na loterii rybkę. Rybka jest chora, ale ktoś powiedział, że trzeba ją uwolnić, wrzucić do stawu, może wyzdrowieje. „Dziecko przechyla słoik, rybka wpada do jeziorka, idzie na dno, gdzie widać kępy traw i okrągłe kamyki niczym kawałki mozaiki. Rybka śmiga, wije się, skaleczony, krwawiący palec, pożegnanie jest jak nóż, zadaje ból, kroi świat na dwie części jak jabłko i świat już nigdy nie będzie cały. Dziecko jest tutaj, po tej stronie mostka, a świat po drugiej stronie, tam, gdzie zniknęła rybka”. Również w pobliskim kościele na mozaice można zobaczyć rybę, która ma ponoć coś wspólnego z Jezusem. Ale rybka ze słoika jest już stracona.
Ogród Miejski jest przede wszystkim miejscem wtajemniczenia w zło, przemijanie, prawa biologiczne, ale, jak i cała przyroda, jest też archetypicznym rajskim ogrodem. Przed bohaterami „Mikrokosmosów“ stoi, być może, szansa, na odzyskanie utraconej jedności i szczęścia, jak przed bohaterem gnostyckiego „Hymnu o perle”: „Kto przegląda się w owym lustrze morza, widzi królewskiego syna i nie potrafiłby powiedzieć, czy wcześniej o tym nie wiedział, a może zapomniał”. Tymczasem jednak wszyscy żyjemy na wygnaniu, z dala od Ziemi Obiecanej. 

*

W „Mikrokosmosach” powracają znane z „Dunaju” motywy i pytania: motyw granicy (między parafiami, regionami, między narodami i państwami, namacalnej granicy geograficznej i granicy wyobrażonej), podróży, pytanie o naturę tożsamości, a także kluczowe przeciwstawienie dwu możliwych postaw wobec życia, retoryki i perswazji. 
Dla Magrisa granice są „koniecznością i przekleństwem”, pozwalają budować tożsamość jednostek i społeczności, chronią przed wyobcowaniem, nadają sens egzystencji. Bywają jednak źródłem regresywnej przemocy: jej przejawem jest wygnanie Niemców z Tyrolu Południowego na mocy układu między Hitlerem a Mussolinim; obóz dla Żydów i Słowian utworzony na wyspie Arbe (Rab) przez Włochów pod nadzorem Niemców; powojenne przesiedlenia Włochów z terenów przyłączonych do Jugosławii; łagry tworzone w Jugosławii po zerwaniu Tity ze Stalinem (trafiają do nich również ortodoksyjni włoscy komuniści, którzy zdecydowali się po wojnie opuścić ojczyznę i wziąć udział w budowaniu nowego świata); wreszcie bratobójcza wojna jugosłowiańska. 
Zresztą pamięć Magrisa sięga znacznie dalej, nie sądzi on wcale, by śmiercionośna moc granic była ewenementem dwudziestowiecznym: „Granice żądają często daniny z krwi, sieją śmierć”. Czy poza zaklęty krąg nienawiści i przemocy mogą wyjść tylko ci, którzy za dystans wobec toczących się obok nich konfliktów zapłacą rezygnacją z własnej tożsamości, poczuciem nieprzynależności? „Być może, jedynym sposobem na to, aby zneutralizować śmiercionośną moc granic, jest opowiadać się zawsze po drugiej stronie”, sugeruje Magris. Samo pytanie w świetle tego, co przydarzyło się w dwudziestym wieku milionom ludzi (mam na myśli zarówno śmierć w obozie koncentracyjnym, jak i owo poczucie wyobcowania kulminujące w lapidarnym „ja nie wiem już, skąd jestem”) nabiera dramatycznej ostrości.

*

Pisarstwo Magrisa jest rozpięte na sieci sprzeczności, nie przypadkiem autor „Mikrokosmosów” powołuje się w pewnym momencie na Simone Weil. Również przeciwstawiana retoryce perswazja, czyli zdolność utożsamiania się ze zmienną i groźną rzeczywistością, nie wyprowadza poza sprzeczność, raczej pozwala nam z nią żyć. Mit, zgodnie z którym Dunaj, rzeka płynąca przez Europę Środkową naznaczoną dramatycznymi konfliktami, wpada do Adriatyku, „morza wszelkiej perswazji”, pozostaje jedynie mitem, marzeniem o ugaszeniu ognia nienawiści w błękitnych wodach laguny.
Magris jest gwałtownie antyromantyczny, niezdolność do akceptacji życia nazywa grzechem pierworodnym. Szkołą takiej akceptacji staje się dla niego triesteńska kawiarnia San Marco, fizyczna przestrzeń, ale przede wszystkim jeszcze jedna wspaniała metafora tego pisarstwa: kawiarnia, która wciąż na nowo się zapełnia, mimo śmierci kolejnych bywalców, akademia platońska, która nie tworzy episteme, ale uczy „towarzyskości i braku złudzeń”, miejsce, w którym głosy sprzed kilkudziesięciu lat (bo kawiarnia została ponoć otworzona w 1914 roku, w pewnym sensie w momencie powstania nowoczesnej świadomości) rozbrzmiewają na równi z głosami chwili obecnej. Kawiarnia to przede wszystkim miejsce spotkań konfraterni pisarzy, zarówno amatorów, jak i tych, którym udało się zdobyć choćby lokalną sławę. Wszystkich ich łączy wiedza, że „nie zamieszkuje się żadnej Ziemi Obiecanej i że nigdy się tam nie dotrze, a jedynie można ku niej wędrować przez pustynię”. 
Świat, w którym żyjemy, bywa przerażający, nieraz nie możemy się z nim uporać. Magris na serio bierze ten świat, wraz z jego okrucieństwem, złem i cierpieniem, a w konsekwencji, co znamienne, uchyla się od jakiejkolwiek formy fenomenalizmu. „Dobrze jest powtarzać sobie, że rzeczywistość istnieje obiektywnie w tym stuleciu pirandellowskich rozterek”. 
Budda nauczał, że świat jest jak morze, a rzeczy widzialne są jedynie falami, pojawiającymi się i niknącymi. Chciał, by ludzie pamiętali o tym, i w ten sposób nabrali dystansu do życia i jego potworów. Droga, którą proponuje Magris, jest odwrotna, on chce, byśmy pamiętali, że fale morza są prawdziwe, niszczycielskie. W świetle takiego morza zobaczymy na przykład Apolla obdzierającego ze skóry Marsjasza. Jednak to „epickie morze” uczy również wolności, uwalnia od wygórowanych ambicji, pozwala innym sposobem uzyskać dystans, o którym mówił Budda, bo dzięki jego falom poznajemy własną kruchość i znikomość.

*

Co może wskazać nam kierunek ku Ziemi Obiecanej? Być może piękno, ale w końcu nie wiadomo już, czy jest ono „łaską wyszarpniętą wszelkiemu prawu”, czy „harmonią z prawem”. Tak czy inaczej raźniej jest nam iść wtedy, gdy podróżujemy w towarzystwie innych, równie zmęczonych i wątpiących.
W „Sklepieniu”, wizyjnym opowiadaniu zamykającym tom tych esejów, bohater znalazł się w tłumie, w triesteńskim kościele Sacro Cuore. „W tym tłoku czuł, że popychają go ze wszystkich stron, niemal dusił się, ale jednocześnie miał wrażenie, ze inni go podtrzymują”.


Claudio Magris, „Mikrokosmosy”, przekład Joanna Ugniewska i Anna Osmólska-Mętrak, Warszawa 2002, Czytelnik.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl