Prowincja i realny socjalizm

Marcin Król



Znam dość dobrze miasteczko Parczew, które posłuży mi za punkt odniesienia. Otóż w ramach – jak to zalecał John Stuart Mill – dokonywania eksperymentów życiowych pojechaliśmy na Słowację i zamówiliśmy hotel w miejscowości Stara Tura, pięknie położonej między Małymi a Białymi Karpatami. I znaleźliśmy się w Parczewie. 
Hotel ktoś kupił i zaczął inwestować, ale do łazienek już nie doszedł. W miasteczku są dwie restauracje. Jedna – hotelowa, w której socjalistyczny kelner około sześćdziesiątki podaje z najwyższą niechęcią paskudne jedzenie, trzeba na nie czekać ponad godzinę, a na sali nie ma nikogo prócz nas, oraz druga – nowa, w której dwóch młodych chłopców obsługuje ze trzydzieści stolików – wszystkie zajęte – w piorunującym tempie. Stara Tura nie jest ani ładna, ani brzydka, ale ma znakomite zalety turystyczne, czego nikt nie jest skłonny wykorzystywać. W sąsiedniej Myjawie, jeszcze ładniej położonej, hotel w ogóle nie nadaje się do życia, poza lekko odnowionym apartamentem, zapewne dla jakiegoś prezesa. Rozmowy z liczną obsługą hotelu i paniami w bardzo marnie zaopatrzonych sklepach nieuchronnie kończyły się wspomnieniem Mecziara i nadzieją, że wróci. Właściwie była to również nadzieja na powrót socjalizmu, tyle żeby więcej było w sklepach.
Ale przecież to nie jest typowa słowacka prowincja. Kto był w Lewoczy, Preszowie, Koszycach lub Bańskiej Szczawnicy – ten wie, że może być zupełnie inaczej. Podobnie jest w Polsce: w Lesznie czy w Gorlicach. Prawdopodobnie dużo zależy od turystów, ale nie wszystko. Znacznie więcej zależy od lokalnej inicjatywy, która po prostu istnieje tylko tam, gdzie znajdzie się albo rzutki człowiek czy grupa ludzi, albo interesy niejasne lub wprost mafijne. 
Słowacka prowincja, czeska także, są tak podobne do polskiej, gdyż w bardzo wielu miejscach pozostały nieoczekiwanie silne resztki socjalizmu. Nie chodzi tylko o straszne bloki i bardzo brzydkie miejskie budowle z lat siedemdziesiątych, ale także o ludzkie zachowania. Socjologowie dziwią się, że w Polsce tak wielu ludzi coraz lepiej wspomina czasy realnego socjalizmu, a przecież część z nich nawet nie pamięta, jak to naprawdę było. Jednak wystarczy pojechać na tę prowincję, która nie dokonała skoku cywilizacyjnego, bo nie miał kto skoczyć, by zrozumieć, że ludzie obiektywnie żyją tam gorzej niż dawniej, a w ich subiektywnym mniemaniu – co przecież najważniejsze – jeszcze gorzej.
Parczew i Stara Tura zostały zostawione własnemu losowi. Do Parczewa przez pewien czas przyjeżdżali handlowcy z drugiej stronu Bugu, ale nie mają już czym handlować i jedyne praktycznie źródło dochodów zniknęło. Tym światem nikt, ale to dosłownie nikt się nie interesuje. Tuż obok, o kilkadziesiąt kilometrów, jest inny świat, do którego przyjeżdżają ludzie, a do Myjawy nikt nie przyjedzie, bo ani zjeść, ani przespać się nie ma gdzie. Nie ma co się dziwić, że ludzie z Parczewa i ze Starej Tury popierają Leppera lub Mecziara. Kogo mają popierać: dynamicznych liberałów gospodarczych, partie inteligenckie czy może rzekomych socjalistów? Przecież o tym świecie żaden poważny polityk w ogóle nie myśli, żaden biznesmen nawet machlojek robić tam nie chce, żaden człowiek też stamtąd nie wyjedzie. 
Prowincja jako relikt realnego socjalizmu, niektóra prowincja, część prowincji, ale część za duża, żeby zrobić z niej skansen. I co dalej w Parczewie i Starej Turze? Nie umiem sobie wyobrazić, jakby to miało się zmienić, skoro przez dwanaście lat niemal nic się nie zmieniło. Nikt im nie umiał, nie pomyślał, nie chciał pomóc. A Mecziar i Lepper? Też nie pomogą, ale nas zniszczą. 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl