Komentarze

 


Wojciech Pięciak Trzecie zniszczenie Drezna 

Krzysztof Burnetko Ulgi dla molochów

Krzysztof Kozłowski Gra w etykiety 


Jarosław Makowski USA: terror i prawa człowieka


 

 




  
Trzecie zniszczenie Drezna

Kiedy kilka lat temu odwiedziłem Glashütte, urocze miasteczko wciśnięte w górski wąwóz w Rudawach, na południe od Drezna, miałem wrażenie, że znalazłem się w biotopie: mieszkańcy w skali mikro budowali swą jedność Niemiec. Niespektakularnie, bez takiej erupcji energii, jaka cechowała początki polskiej gospodarczej „drogi na Zachód”, miasteczko budziło się jednak z NRD-owskiego letargu: odnowiono infrastrukturę, powstawały biznesy mniejsze (zakładane przez b. NRD-owców: piekarnia, rzeźnik) i większe, tworzone przez ludzi z b. Niemiec Zachodnich, którzy jak miejscowy przedsiębiorca budowlany wracali „do korzeni” (jego rodzina uciekła kiedyś z NRD) lub się wżenili, jak twórca pierwszego w regionie biura ekologicznego planowania przestrzennego. Po paru latach zabiegów udało się też odtworzyć miejscową fabrykę markowych zegarków, na miejscu upadłego komunistycznego zakładu, i Glashütte stawało się znów, jak w XIX i XX w., ośrodkiem zegarmistrzostwa w tej części kraju. I choć wszystko szło powoli, ludzie nie głosowali tu na postkomunistów: decydowała chyba ich świadomość, mocniejsza i związana z tradycją. Dziś to Glashütte już nie istnieje: kiedy po niedawnych deszczach pękła tama zbiornika retencyjnego, masa wody runęła wąwozem, wypłukując wszystko, co udało się odbudować w ciągu minionych 12 lat. Biotop zniknął, czas się cofnął. 
Jednak to nie Glashütte jest symbolem katastrofy, która rozgrywa się we wschodnich Niemczech. Symbolem staje się Drezno. Niszczone było już kilkakrotnie: najpierw w lutym 1945 alianckie bombowce w dwa dni zamieniły perłę niemieckiego baroku w kupę gruzów; dziś historycy (także nie-niemieccy) sądzą, że dla przebiegu wojny nalot był zbędny. Potem NRD-owscy komuniści postanowili nie odbudowywać historycznych „reliktów kapitalizmu”, ale powstawić „nową socjalistyczną aglomerację” – i powojenna odbudowa dokończyła zniszczenia z 1945 r. Dopiero po 1990 r. zaczęto odtwarzać, co jeszcze odtworzyć można z historycznej substacji dawnej Elbflorenz (Florencji nad Łabą). Obecne spustoszenie Drezna nie ma oczywiście takiego wymiaru jak poprzednie: zabytki się osuszy, sieci telekomunikacyjne odbuduje. Ale w Saksonii i Saksonii-Anhalcie, które – podobnie jak inne regiony b. NRD – nazywa się w Niemczech Zachodnich nie „landami nowymi”, ale „landami specjalnej troski” (ekonomicznej), powódź niweczy nie tylko efekt odbudowy z pierwszej pozjednoczeniowej dekady (straty sięgają 15 milionów euro). Niszcząc tysiące ludzkich egzystencji, takich jak w Glashütte – których nie jest w stanie zrekompensować żadne ubezpieczenie – powódź odbiera nadzieję i wiarę w przyszłość i w siebie. A tego w b. NRD zawsze brakowało bodaj najbardziej. 


Wojciech Pięciak








Ulgi dla molochów

Ustawa nazywać się ma „o pomocy publicznej dla przedsiębiorstw o szczególnym znaczeniu dla rynku pracy”: wedle ogłoszonego właśnie przez rząd projektu, 399 firm zatrudniających ponad tysiąc pracowników może liczyć na anulowanie swych długów wobec państwa, muszą jedynie porozumieć się z wierzycielami co do restrukturyzacji zadłużenia. Ci zaś będą mogli stracone pieniądze potraktować jako koszty uzyskania przychodu, czyli zapłacą mniejsze podatki.
Przerabialiśmy to już nieraz. Ekonomiści, publicyści i co liberalniej nastawieni politycy dowodzili – i do dziś powtarzają – że taki zabieg jest: 
– niesprawiedliwy: firmy, które mimo kłopotów sumiennie regulowały należności, wychodzą na frajerów; ci zaś, którzy byli nieudolni bądź nieuczciwi, zostali nagrodzeni. Z programu skorzystają w większości przedsiębiorstwa wciąż należące do państwa bądź spółki z przeważającym jego udziałem, a za umorzone molochom długi zapłacą wszyscy podatnicy, także ci najbiedniejsi;
– demoralizujący: zachęca do podobnego złodziejstwa (bo tym jest przecież niespłacanie długów) także w przyszłości;
– nieskuteczny: skoro zadłużone firmy przez lata nie mogły stworzyć programu naprawczego, to nikła jest szansa, że wymyślą go teraz. Sztuczne utrzymanie przy życiu molochów może i jest sposobem na podtrzymanie w nich zatrudnienia, często zresztą nadmiernego, tyle że administracyjne podniesienie poziomu ich konkurencyjności spowoduje trudności (a więc i zwolnienia) w mniejszych firmach, walczących na rynku. Praktyka zaś dowodzi, że najszybciej i najwięcej miejsc pracy dają średnie i małe firmy, nie giganty.
– korupcjogenny: programy naprawcze zatwierdzać będą urzędnicy, co niesie pokusę, aby przekonać ich przy użyciu albo koneksji politycznych, albo łapówki.
Mistrzami świata w bezkarnym zadłużaniu się i wykorzystywaniu słabości (bądź wyborczych kalkulacji) kolejnych rządów były dotąd spółki węglowe. Teraz z powrotu takich pseudorecept cieszy się również PKP. Te same Polskie Koleje Państwowe, które niedawno szantażowały amerykańskiego inwestora, chcącego zapłacić PKP duże pieniądze za należące do niej zapuszczone nieużytki w centrum Krakowa, aby zbudować tam tzw. „Nowe Miasto”, nowoczesne centrum hotelowo-rozrywkowo-komunikacyjne. Czy można się jednak dziwić, że choć PKP podpisało już umowę z firmą Tishman, to nie chciało jej sfinalizować w nadziei na wyszarpanie od Amerykanów większej „kasy”? Przecież wcześniej koleje nie dotrzymywały umów z krajowymi wierzycielami – a teraz państwo praktykę tę uprawomocniło.
 

 
Krzysztof Burnetko









Gra w etykiety

Ksiądz Prymas Józef Glemp w rozmowie z redaktorem Bogdanem Rymanowskim na antenie TVN 24 użył słów nie tylko lekceważących, ale także podważających katolickość publicystyki Haliny Bortnowskiej, a po części i Jarosława Gowina. Ludzie w moim wieku (a Ksiądz Prymas jest moim rówieśnikiem), choć trochę interesujący się tym, co mieli do powiedzenia świeccy katolicy czasów PRL, dobrze pamiętają, że jednym z filarów miesięcznika „Znak” była właśnie Halina Bortnowska, niezastąpiona zarówno w debatach intelektualnych, jak i w niesieniu konkretnej pomocy ludziom z Nowej Huty, tak bardzo zresztą ceniona przez wielu współtwórców „Solidarności”. A z kolei Jarosław Gowin, od lat naczelny redaktor miesięcznika „Znak”, jest człowiekiem, z którym należy się czasem spierać, ale nikt lepiej i wrażliwiej od niego nie przedstawił sytuacji Kościoła w Polsce czasów transformacji ustrojowej. Pochopne etykiety przyklejane publicystom przypominają nierzadkie skądinąd dociekania, czy ten albo ów ksiądz (spotkało to m.in. księdza Józefa Tischnera), a nawet hierarcha, jest „tak naprawdę” duchownym katolickim... 


Krzysztof Kozłowski







USA: terror i prawa człowieka

11 września sprawił, że problem terroryzmu wciąż spędza Amerykanom sen z powiek. Senatorowie i kongresmani raz po raz wzywają na dywanik kierownictwo FBI i prokuratora generalnego, Johna Ashcrofta, by pokazał wymierne efekty swych działań, udowodnił, że miliony dolarów z podatków przeznaczane na służby specjalne nie są rzucane w błoto. Kłopot jednak w tym, że administracja Busha na tym polu nie może poszczycić się żadnymi konkretnymi sukcesami. 
Amerykańskie władze coraz częściej działają więc na oślep. Świadczy o tym ogłoszony przez Human Rights Watch raport o uchybieniach wymiaru sprawiedliwości w USA. Czytamy w nim, że głównymi ofiarami walki z terroryzmem są podstawowe prawa człowieka. Władze amerykańskie kierując się przypadkowymi przesłankami – „podejrzanym” wyglądem czy krajem pochodzenia, zatrzymały w trakcie antyterrorystycznej obławy 1,2 tys. osób, z których 725 trafiło na dłużej do więzienia. Okazało się jednak, że działania te – jak podkreśla HRW – nie przyniosły żadnych korzyści. Nikomu nie udowodniono niczego ponad nielegalne przedłużenie pobytu w USA. To jednak nie powód, by łamać prawa: więzić, przesłuchiwać i odmawiać kontaktu z adwokatem. A trzeba pamiętać, że amerykańskie ustawodawstwo gwarantuje podejrzanemu prawo do postawienia go przed sądem w ciągu 48 godzin od zatrzymania, dostęp do adwokata i podanie przyczyn zatrzymania.
Niedobrze się więc dzieje, kiedy wobec braku realnych sukcesów w walce z terrorem, Waszyngton przymyka oko na łamanie przez służby specjalne podstawowych praw człowieka. Nie dzieje się dobrze również wówczas, kiedy Ameryka – ostoja demokracji i wolności, staje się coraz częściej przedmiotem międzynarodowej ironii. Bo jeśli w tym kierunku potoczą się dalsze losy walki z terroryzmem, to garstka szaleńców z Al-Kaidy może osiągnąć cel, którego tak naprawdę osiągnąć nie zamierzała: doprowadzi Stany Zjednoczone do działań, w efekcie których trzeba będzie zapomnieć o Ameryce jako kraju praworządnym.
 


Jarosław Makowski







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl