Wiersze Renaty Jabłońskiej


Łódź – Tel Awiw

Jerzy Jarzębski



Z Renatą Jabłońską chodziliśmy rok z okładem temu po centrum Tel Awiwu. Intifada już się rozpoczęła, ale spacer po mieście odbywał się jeszcze spokojnie, bez oglądania się na ludzkie zbiegowiska zagrożone dziś w każdej chwili niespodzianą eksplozją. 



Tel Awiw jest dziwnym miastem: od pobliskiej Jaffy wylewa się jeszcze stłoczona masa arabskich domów, ale w centrum łatwo rozpoznać prześwitujące spod nowszych gmachów zarysy idealnego miasta-ogrodu, które przyjezdni Żydzi zaczęli budować w latach międzywojennych: nieduże domy w stylu Bauhausu, nieznacznie tylko zmodyfikowanym pod dyktando gorącego klimatu, rzeźba obszernych balkonów, pastelowe, często mocno zniszczone elewacje, gwiaździste place i szpalery drzew. 
Na ten Tel Awiw idealny, miasto-marzenie ze snów o własnej ojczyźnie, nakłada się dziś nowa agresywna zabudowa handlowych centrów i wieżowców wyższych niż warszawskie, sieć autostrad rozbiegających się w kierunku miast-satelitów, czyniących z aglomeracji dwumilionową już metropolię, centrum handlu szlachetnymi kamieniami, ośrodek rozwoju najnowszych technologii. Wzdłuż morza z kolei ciągnie się „Riviera”: szereg wielopiętrowych hoteli o oryginalnej architekturze, deptak i piaszczysta plaża, która tylko na południe, w kierunku Jaffy, przemienia się w kamienisty brzeg atakowany przez fale.
Renata Jabłońska przez ten dziwny, niespójny wewnętrznie Tel Awiw prowadziła mnie krętą drogą, szlakiem niejako osobistym, pokazując to świeżo odnowiony dom z lat trzydziestych, to gmach miejskiego teatru, to znów kamienicę, w której mieszkał Leo Lipski. Ale najwięcej oglądaliśmy drzew: raz starych, dziwacznie pokręconych, może pamiętających jeszcze czasy, kiedy wokół rozpościerała się sucha, pustynna równina, innym razem znów foremnych, z pięknie utrzymaną koroną zielonych gałęzi. W większości jednak egzotyczne drzewa i krzewy nosiły nazwy nic mi nie mówiące. Bardziej swojskie były dzikie koty, które moja rozmówczyni podkarmiała. Uderzał mnie wtedy jej intymny związek z naturą, tak jakby chciała wejść z nią w jakąś bardzo osobistą komitywę.

*

Renata Jabłońska przyjechała do Tel Awiwu z Łodzi – miasta podobnie dziś niespójnego w centrum, gdzie małe stare domki i wąskie uliczki przeplatają się z przebitymi przez gęstwę przedwojennej zabudowy szerokimi arteriami i zwalistymi blokami wzniesionymi ku chwale nowego gospodarczego porządku. Wyjechała z rodzinnego miasta dawno, niedługo po wojnie, ale w to nowe wrosła jedynie na poły. Pisze wiersze i opowiadania, w których daje wyraz swej samotności, czasem fascynacji dziwnością i obcością nowej – przyrodniczej i ludzkiej – scenerii, w której się znalazła. Ale w Łodzi też już nie jest „swoja”: zapadły jej w pamięć sceny z dostatniego dzieciństwa zmieszane z doznaniem skruszenia ścian świata, jakie dokonało się w czasie wojny – i ten świat już nigdy do końca nie podniósł się z katastrofy. 
Ukazał się właśnie szczupły tomik wierszy Renaty Jabłońskiej pod dobrze wybranym tytułem „Chamsin”. Niełatwo się do świata tej poezji przedostać: autorka tak długo już żyje bez stałego kontaktu z naturalnym żywiołem polszczyzny, że wiersze jej naznacza swoista nieśmiałość. Trzyma się raczej utartego idiomu językowego, nie wypuszczając się w obszary ryzykownych eksperymentów ze słowem. To samo cechuje jej emocyjność: jest ona raczej wsobna, kontemplacyjna, przemawia niekiedy tylko aluzjami do ukrytych głębiej uczuć. 
A przecież do wnętrza tego emocjonalnego uniwersum warto zapukać, warto podjąć trud odkrycia podszewki tej poetyckiej tkaniny. To, co w niej naprawdę interesujące, ukrywa się pod formułowanymi otwartym tekstem deklaracjami. Mówiąc najprościej, jest to zasadniczy kłopot z tożsamością, zmuszający autorkę do nieustannego dialogu z otaczającą rzeczywistością, przetrząsania pamięci, pytania zmysłów o to, czy jej fizyczna istota przynależy już do nowego świata, czy wciąż jeszcze zanurzona jest w krajobrazie z dzieciństwa i młodości, w odmiennym rodzaju porozumienia z otaczającą ciało naturą. Przyroda izraelska nie jest idylliczna, atakuje palącym słońcem, owiewa wichrem i tumanami piachu, jest bliska ciału, czasem dolegliwa, nigdy neutralna. Tytułowy chamsin wieje nieustannie przez strofy tych wierszy, niszcząc poczucie zakorzenienia i budząc zarazem demony przeszłości, które objawiają się w postaci czysto somatycznej – jak w wierszu „Osad”, wartym przytoczenia w całości:

pustynny suchy wiatr
nanosi fale pyłu i piasku
w przytłumionym burymi
tumanami powietrzu
ciemnieje całe miasto

słońce kapituluje
nie namawia promieni
do prób przebicia mroku

szarzeją liście drzew
kurz osiada na zewnątrz
i wewnątrz domów

osad smutku zgnębienia
przytłacza serce
pod obrzękłymi powiekami
kłujące obrazy klęsk

noc duszna jak w schronie
zasypanym gruzem
z którego wydostaję się
pełznąc powoli przez sen

rankiem wilgotny powiew
niepewne siebie słońce
i gołębie na poręczy balkonu
ogłaszają że życie trwa

Ten „schron zasypany gruzem” już z innej, nie izraelskiej, lecz łódzkiej, wojennej zapewne bajki, a z pozoru banalne słońce „niepewne siebie” odbija raczej egzystencjalną niepewność poetki niż przytłumiony blask słonecznych promieni. Nie inaczej z deklaracją, iż „życie trwa”, która ma swoją stronę, by tak rzec, zewnętrzną, mniej oryginalną, ale też obok wewnętrzną, osobistą, gdzie wciąż powracają pytania o sens.
Znając kilka tomików poetyckich Renaty Jabłońskiej, a także jej opowiadania, potrafię łatwiej wyłuskać z tych wierszy ich motyw obsesyjny, którym jest zdziwienie, że życie jakoś toczy się dalej, że ludzie spotykają się ze sobą, pokonują samotność, tworzą mniej lub bardziej trwałe stadła i umieją znaleźć w nich radość. Jest to więc literatura pisana z pozycji nieuleczalnego wyobcowania, choć jednocześnie bliska ludziom i zatroskana ich sprawami. Naprawdę jednak jest tam tak, jak w wierszu „Niebo”:

gdy niebo jest nieskazitelnie niebieskie
bez jednego choćby strzępu chmur
los wykrzywia twarz
w grymasie bezlitosnego chichotu

pustka nieba odpowiada 
ślepocie losu
przypadkowości zdarzeń
(...)

Jest więc w tej poezji jakaś bolesna nieuzgadnialność wnętrza i zewnętrza, doznań i wspomnień, chaosu zdarzeń i potrzeby sensu czy poczucia przynależności, które jest tu wciąż rozdwojone, niejasne, obciążone strachem, cierpieniem, łzami. Przestrzeń bliskiego Tel Awiwu daje się oswoić albo przez odwołanie do zmysłowej pamięci, jak w wierszu „Zapach”, w którym kwiaty na egzotycznym drzewie izdarechet wydzielają woń czeremchy, albo przez kłujące, dolegliwe wspomnienia śmierci rodziców, z którymi poetka przywędrowała tu kiedyś z półmitycznej Łodzi i którzy zabrali do grobu tajemnicę tamtej dawnej wspólnoty, pozwalającej autorce wierszy żyć momentami w Polsce bez poczucia obcości (choć obcość skłonni jej byli w młodości zarzucać polscy współziomkowie).

*

Zastanawiam się, kto jest właściwym adresatem tej skromnej, ale naładowanej tak autentycznymi emocjami poezji. Izraelscy Żydzi, którzy dawno już wybrali twórczość w języku hebrajskim, pozbywszy się obciążeń kulturowych przywiezionych z diaspory? Polskojęzyczni Żydzi z Tel Avivu – tak już nieliczni i wykruszający się z każdym rokiem? Polacy z Polski – zajęci sobą i cieszący się z ciągłego rozwoju i przemian rodzimego poetyckiego języka? Ta poezja – tak jak jej autorka – zdaje się nigdzie nie pasować, wpada w jakąś szczelinę między odrębnymi światami literackiej komunikacji. A przecież należy się jej od nas troskliwa uwaga i zainteresowanie, jest bowiem jednym ze świadectw polskiego (tak: polskiego!) losu. Trzeba przykładać do niej inne kryteria niż do poezji powstającej tu i teraz, bo ona przychodzi ze swoistego bezczasu lub raczej: skrzyżowania czasów i skrzyżowania przestrzeni, wątła, niebaczna, rozdwojona w sobie, wielce jednak – także dla nas – rzeczywista.

Renata Jabłońska, „Chamsin”, Olsztyn 2002. Biblioteka Olsztyńskiego Oddziału SPP, Seria 2, Tom 1.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl