Votum separatum

Nie żałuję

JÓZEFA HENNELOWA



Pierwszy raz zetknęłam się z tym zjawiskiem chyba jedenaście lat temu. Do biura poselskiego przyszła grupa ludzi, którzy przedstawili się jako Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Trzecią Rzeszę. A chodziło o starania w uzyskaniu odszkodowań – od państwa polskiego. Stowarzyszenie nie mogło uczestniczyć w opiekuńczych normach przygotowywanej właśnie ustawy o kombatantach i osobach represjonowanych – oczekiwało jednak bardzo intensywnie, że i ono objęte będzie jakimś „wyrównaniem krzywd”. 
Później się to zmieniło, bo powstała Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie i jakby przejęła owe oczekiwania. Przeżyłam jednak mały wstrząs, stykając się po raz pierwszy z nazwą, którą przybrała jakaś grupa ludzi z kolei we Wrocławiu: miało to bowiem być Stowarzyszenie Wierzycieli Rzeczypospolitej... Dotąd myślałam, że to Polska jest wierzycielem swoich obywateli, że pieśń „byle cię można wspomóc, byle wspierać...” jest jakimś credo nienaruszalnym po wieki. Więc nie mogłam po prostu brać poważnie tej nazwy.
Okazało się jednak po latach, że jest ona żywa i ma się dobrze. Nie wiem, czy w sensie organizacyjnym jest to ciąg dalszy czy coś nowego, ale to akurat mało ważne. Od niedawna czytamy o procesach sądowych, które mają znaczenie precedensu: dawni właściciele nieruchomości kresowych zaczynają występować o odszkodowania – od państwa polskiego. Podstawa: tużpowojenne umowy PKWN z trzema republikami radzieckimi. Globalne sumy odszkodowań (pewnie z odsetkami...) oblicza się w miliardy. I też jest mowa o wierzycielach. A słychać także groźbę, że jak nie, to przecież jest trybunał w Strasburgu...
Wyznaję, że czytając te wszystkie komunikaty doznaję jednego uczucia: braku żalu, że ojciec mój opuszczając Wilno w tzw. pociągu repatriacyjnym nie zostawiał za sobą żadnego majątku. Tylko ściany, które miło było wspominać, pokoje niewłasne, meble polubione przez dziesiątki lat, ale mało ważne, i tę drugą połowę książek, której nie udało się już załadować do wagonu obok maszyny do szycia, potem nas wszystkich jeszcze przez lata utrzymującej w Krakowie. Nie mam nawet pokusy myśleć, że miałabym być jakimkolwiek wierzycielem kraju i państwa. Już do końca będę myślała po staremu, jakie to szczęście, że dane mi było choć odrobinę przysłużyć się sprawom, nazywanym publicznymi – wtedy, w czasie wojny, i potem. Nie muszę też mówić sobie: oprzytomnij, posłuchaj, jak brzmi owo żądanie: płać, adresowane tak blisko, a tak wysoko.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl