Wielka woda na Starym Mieście

Václav Burian z Pragi i Ołomuńca



Od pięciu lat deszcz nie jest w Czechach tylko utrudnieniem wakacji; wzbudza lęk. Prognozę pogody śledzą także ci, których dawniej niewiele ona obchodziła.



W piątek po południu, kiedy kończyłem to sprawozdanie, poszedłem do ołomunieckiego Caritasu po ostatnie wiadomości. Przed pięciu laty właśnie tutaj znajdował się jeden z głównych ośrodków pomocy dla ludzi dotkniętych powodzią na Morawach i w czeskiej części Śląska. Nie wątpiłem, że tym razem morawski Caritas pomaga zachodnim regionom. I tak rzeczywiście jest, choć dowiedziałem się niewiele: dyrektor wyjechał gdzieś pod Pragę, wolontariusze rozbiegli się, by kwestować na powodzian. 
Zostawiam jakieś pieniądze na miejscu, bo nie chce mi się wypisywać skomplikowanych przekazów pocztowych. Wpisując się na listę widzę, że rzadko kto daje mniej niż tysiąc koron (ponad sto złotych). Właśnie wracają z miasta dwie dziewczynki z zapieczętowanymi słoikami pełnymi banknotów. – Za taką chwilę aż tyleście pozbierały?! – sekretarka dyrektora jest szczerze zdziwiona. – Mogło być lepiej, ale zaczęło strasznie lać – odpowiadają. 
Ulewa, na szczęście, chwilowa. Od pięciu lat deszcz nie jest w Czechach tylko utrudnieniem wakacji; wzbudza lęk. Prognozę pogody śledzą także ci, których dawniej niewiele ona obchodziła.

Tym razem w Czechach

Zróbmy krótką, ale konieczną dygresję. Dla Czechów Czechy to tylko zachodnia część kraju, rozległa kotlina wokół Pragi, ograniczona na północy pasmem Sudetów, na południu Szumawą i Lasem Czeskim, a na wschodzie Wyżyną Czesko-Morawską. Nazwę „Czesko” wprowadzono dopiero po podziale Czechosłowacji. Pamiętajmy zresztą, że słowo „Czechosłowacja” też powstało dopiero po pierwszej wojnie światowej i odzyskaniu niepodległości. Wielki pisarz Karel Čapek proponował żartobliwie (choć nie do końca), by nowy twór państwowy nazwać „Wielkimi Morawami”, a więc sięgnąć po nazwę pierwszego w historii państwa, które łączyło Czechów i Słowaków... 
Takie oto problemy terminologiczne sprawia Czechom historia. I nie jest niczym dziwnym tytuł w gazecie: „W Czechach powtarza się morawska tragedia sprzed pięciu lat”. Jeżeli w naszym reportażu będzie mowa o Czechach, to właśnie w owym „czeskim” sensie.

Różnice na lepsze...

Podczas obecnej powodzi ofiar jest jak na razie mniej niż przed pięciu laty: zginęło ponad dziesięciu ludzi, są wśród nich ci, którzy odmówili ewakuacji, a także dwóch ratowników zmarłych na serce. Inaczej też zachowują się rzeki; Morawa i Beczwa pięć lat temu były podstępniejsze. 
Pięć lat temu nikt sobie po prostu nie potrafił wyobrazić takiego kataklizmu. Powódź na Morawach była to prawdopodobnie, jak mówią hydrolodzy i meteorolodzy, „woda tysiącletnia”, a więc o rozmiarach nie notowanych w żadnych źródłach pisanych. A w Czechach? Na początku spodziewano się wody zaledwie „dwudziestoletniej”, pod koniec tygodnia prasa pisała już o „dwuchsetletniej”! 
Jednak powódź ogromnych rozmiarów przestaje być dla Czechów czymś niewyobrażalnym, samorządy i instytucje państwowe są lepiej przygotowane, co stwierdzają nawet z zasady krytyczni dziennikarze. Nowy rząd na czele z nowym socjaldemokratycznym premierem Vladimírem Špidlą, który – miejmy nadzieję – nie pragnie zostać ani prorokiem nowego ładu, ani ojcem Wielkiej Reformy, ani popularnym autorem obraźliwych bonmotów, tylko zwykłym solidnie pracującym wysokim urzędnikiem, chce zapewne skorzystać z szansy politycznej, jaką powódź daje.

...i na gorsze

Pięć lat temu powódź dotknęła przemysłowy Zlín, znany i w Polsce jako miejsce międzywojennego sukcesu Tomáša Bati, sławnego producenta butów. Zalała też i zniszczyła rozległe obszary Ołomuńca, ale nawet nie liznęła tamtejszej starówki, drugiej co do wielkości w Republice Czeskiej po starówce praskiej. 
Tym razem z zabytkami jest bardzo źle. Południe Czech, cały pas wzdłuż południowej granicy, jest bowiem niezwykle bogaty w zamki, twierdze, parki i stare miasta. To zresztą region przez Polaków dotąd prawie nie odkryty, mimo zachęt np. Marcina Króla. Zalany dziś Český Krumlov uważany jest przez wielu za najpiękniejsze w ogóle czeskie miasto – położone na dwóch brzegach zakoli Wełtawy, ze wspaniałymi kościołami, ale też niewielkimi domkami rybaków pod zamkiem na stromym wzgórzu. Tytułem do chwały Czeskich Budziejowic nie jest tylko Budweiser, posiadają one urocze centrum historyczne – dziś także zalane.

Z Pragi na północ

Zegar astronomiczny na praskim Rynku Starego Miasta zatrzymał się. „Znaczna część praskiego metra zniszczona” – głosił tytuł na pierwszej stronie najpoczytniejszego czeskiego dziennika „Mladá Fronta Dnes”. W ubiegły piątek jedna trzecia stacji metra znajdowała się pod wodą, wśród nich jedna z najważniejszych, przesiadkowych, na centralnym dworcu autobusowym Florenc. – Remont będzie kosztował może nawet dwa miliardy koron – powiedziała rzeczniczka praskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. Tramwaje nie jeżdżą na Małej Stranie, historycznej dzielnicy pod zamkiem królewskim na Hradczanach. 
Obok tej informacji krótki tekst prezydenta. To także niezwykle – od kilku lat czeskie gazety niechętnie udostępniają politykom tak zaszczytne miejsca na swoich łamach. Václav Havel, który przedwcześnie wrócił z urlopu w Portugalii, pisze: „Zawsze gdy ktoś za bardzo uwierzy w prawdziwość twarzy, jaką mu społeczeństwo i świat pokazują, zawsze gdy ktoś przejawia skłonność do tanich uogólnień, społeczeństwo pokazuje mu nagle twarz zupełnie inną. Przeżyłem to w swoim życiu już wielokrotnie i przeżywam to także teraz: w chwili, kiedy tak często słyszy się o narodzie egoistów, szwejków i cyników, dostrzegam niesamowity rozmach ludzkiej solidarności, wzajemnej wrażliwości, woli pomocy bliźnim i gotowości do wyrzeczeń”. 
Ludzie na północy mogli się do powodzi przygotować, ale znaczy to też, że przeżyli wiele dni bez żadnej nadziei, że powódź ich ominie. Fala nadchodziła powoli, ale nieubłaganie. W wiosce Zálezlice zburzyła trzydzieści domów; na szczęście wszyscy mieszkańcy przeżyli katastrofę. Zdarzają się nieprzyjemne niespodzianki: domy odziedziczone po rodzicach i dziadkach mają często świeży tynk, nowoczesne i kosztowne bramy, kolorowe ogródki, ale nikt z młodych już nie pamięta, że przodkowie zbudowali dom... z niewypalanej cegły. To materiał bardzo dobry, ekologiczny i tani, ale niestety – składa się tylko z gliny, której spoiwem jest słoma. Taki domek może stać przez pokolenia, ale wielkiej wody nie przetrzyma. 
Właśnie w tych okolicach powódź zalała cmentarz zwany Narodowym, upamiętniający czeskie ofiary ruchu oporu, oraz obóz-getto w Terezínie. Terezín, dziwaczne austriackie miasto-twierdza, służyło w okresie okupacji nazistom jako obóz pokazowy – przywożono tu przedstawicieli międzynarodowych organizacji humanitarnych, nakręcono nawet propagandowy film o „mieście, które Wódz darował żydom”, ale dla ofiar była to tylko przesiadka na drodze do obozów zagłady. To zabytek zupełnie inny niż Stare Miasto w Krumlovie – ale zabytek jedyny w swoim rodzaju.

*

Pierwszy praski bilans: z zabytkowych części miasta najbardziej ucierpiała wełtawska wyspa Kampa, a na niej świeżo odnowione Sovovy Mlýny – niegdyś młyn, dziś ważna galeria czeskiej sztuki, pokazująca kolekcję Medy Mládkovej, zbieraną na emigracji przez dziesięciolecia (same obrazy na szczęście ocalały). Most Karola prawdopodobnie nie został uszkodzony, ostatnie słowo należy jednak do specjalistów od statyki. Kilka domów runęło w robotniczej dzielnicy Karlín. Ile domów trzeba będzie później zburzyć, kiedy otwarte zostaną wszystkie stacje metra – tego jeszcze nie wiemy. 
Praska centrala Caritasu musiała się przeprowadzić, bo na Starym Mieście nie działały telefony ani e-maile i wyłączano prąd. Ale pracuje. Caritas na Morawach jest z nią w stałym kontakcie. – Od czasu powodzi sprzed pięciu lat zostało nam sporo urządzeń do osuszania domów – mówi mi rzeczniczka krajowego Caritasu Marta Fišerová. Kiedy się dowiaduje, że piszę reportaż dla polskiego pisma, podkreśla szybką pomoc polskiej siostrzanej organizacji. – Polski Caritas przysłał już w środę 50 tysięcy złotych. Zapewne, jak pięć lat temu, dotrze też sporo pieniędzy z Niemiec i Austrii, gdzie w parafiach i w organizacjach humanitarnych działa wielu ludzi z czeskimi korzeniami. 
Nawiasem mówiąc, bo to osobny temat: ówczesna ogromna pomoc dla zalanych Moraw jakoś nie została w czeskiej debacie publicznej włączona do ogólnego rachunku wzajemnych stosunków. A nie znam nikogo, kto by jej odmówił, nawet wśród najzagorzalszych narodowców.
Mój przyjaciel z dzieciństwa Vladimír Marek pięć lat temu, w czasie powodzi, był wyższym funkcjonariuszem Straży Miejskiej w Ołomuńcu. Ponad tydzień spędził wtedy poza domem i rodziną. Później odszedł ze Straży i pracuje dziś w zupełnie innym zawodzie. Teraz jednak nie wytrzymał: jest przecież solidnie przeszkolony, zgłosił się więc jako wolontariusz i ma nadzieję, że wkrótce wyjedzie na południe Czech. My, Morawianie, w spokojniejszych czasach mamy wobec prażan i w ogóle Czechów z dawnego królestwa sporo zastrzeżeń: są zbyt dumni i traktują nas jako dziki Wschód. Laďa Marek podziela te zastrzeżenia – ale teraz nie mógł wysiedzieć w domu...

VÁCLAV BURIAN (ur. 1959) – poeta, dziennikarz i tłumacz z polskiego (m. in. obu „Traktatów” Miłosza), wykłada obecnie na polonistyce w Ołomuńcu. Stale współpracuje z „TP”. 








Konta, na które przyjmowane są wpłaty dla powodzian w Czechach


Polska Akcja Humanitarna: 
BISE III o/Warszawa 
13701037-500555-27005-1100-PLN
z dopiskiem „powódź 2002”. 


Caritas Polska: 
PKO BP SA I O/Centrum w Warszawie, 
nr 90 10201013 122640130
z dopiskiem: Powódź w Czechach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl