Po kanonizacji Juana Diego


Co się wydarzyło na wzgórzu Tepeyac?

Ks. Adam Boniecki



Osobliwością „wydarzenia z Guadalupe” jest to, że wszystko się rozgrywa na granicy dwóch odległych, wręcz wrogich sobie światów: hiszpańskiej konkwisty i podbitych Indian. 



Dyskusja wokół postaci św. Juana Diego, której echo znalazło się także w „Tygodniku Powszechnym” (Marcin Żurek „Potrójny święty”, nr 31/2002) nie została wprost podjęta ani przez Kongregację ds. Kanonizacyjnych, ani przez watykańskie media. Nie ma takiego zwyczaju. Jednak półoficjalny organ Stolicy Apostolskiej „L’Osservatore Romano” poświęcił wyjątkowo dużo miejsca zarówno osobie nowego świętego, jak i „wydarzeniu Guadalupe”. Trzy obszerne artykuły („OR” z 2 i 3 sierpnia), których autorem jest o. Fidel González Fernández z Kongregacji ds. Kanonizacyjnych, nie są polemiczne, zawierają wykład pozytywny. Pierwszy jest poświęcony aktualności orędzia w Guadalupe i postaci Juana Diego, drugi – osobowości nowego świętego, trzeci – samemu „wydarzeniu Guadalupe”.
Autor podejmuje m.in. wątek, który wzbudził sporo emocji, mianowicie sprawę pochodzenia wizerunku „Dziewicy z Guadalupe”, który według tradycji miał w cudowny sposób, jako potwierdzenie objawienia, znaleźć się na pelerynie (tilma) Diego. Ponieważ prawdziwość opowieści o cudownym pochodzeniu wizerunku ma się nijak do świętości Juana Diego (cuda dokonane za życia kandydata na ołtarze nie są rozpatrywane w procesie kanonizacyjnym), o. Fidel González Fernández podchodzi do sprawy z dystansem: „niezależnie od hipotezy nadprzyrodzonego pochodzenia, wizerunek jest ważnym dziełem malarskim (...). Stanowi syntezę różnych technik malarskich (indiańskich i europejskich), których się nie da pogodzić (...). W Meksyku (...) przez kilkaset lat malarstwa kolonialnego, nie znajdujemy innego przykładu tego rodzaju malarstwa”.

*

Ponieważ niektórzy krytycy zakwestionowali historyczność samego Juana Diego i objawień, o. Fernández prezentuje i ocenia źródła historyczne, które posłużyły za podstawę procesów kanonicznych, zmierzających do wyniesienia na ołtarze Juana Diego. Są to – jak powiada – ważne źródła historyczne, bardzo bliskie osobie i czasom Juana Diego Cuahtlatoatzin (imię przed przyjęciem chrztu). Wśród nich wyróżniają się „Informationes Iuridicas” z 1666 roku, „Nican Motecpana”, i „Kodeks Escalada”. 
Trudno tu przytaczać dokładny i obszerny opis niektórych dokumentów, jak „Kodeksu Escalada”, spisanego przez Indian, niewprawną ręką, w języku náhuatl, ozdobionego rysunkami, które pełnią również ważną rolę przekazu i których właściwe zrozumienie wymaga doskonałej znajomości języka. Warto jednak wspomnieć, że jeden z tych źródłowych tekstów, „Nican Mopohua” (są to pierwsze słowa dokumentu i znaczą: „Opowiadając fakt po fakcie”) spisany czternaście (lub nieco więcej) lat po wydarzeniach Guadalupe, ukazał się po polsku, pięknie wydany przez Verbinum (tłumaczenie Jadwiga Szpakowska, ilustracje Cláudio Pastro). 
Obok tych źródeł na wspomnienie zasługują tzw. „Informationes de 1666”. Jest to zbiór relacji osób pochodzących z rodzinnej miejscowości Juana Diego, Cuautitlan, osób dość wiekowych, które osobiście znały naocznych świadków wydarzeń, których z kolei wielu znało osobiście Juana Diego. Przekazali oni przekonanie o świętości Juana, którego nazywano „buen Indio” i „buen cristiano”. Zważywszy, że w owym czasie przyjęcie chrześcijaństwa oznaczało zerwanie z tradycja indiańską, połączenie tych dwóch określeń jest czymś zaskakującym. Aczkolwiek – co kilkakrotnie podkreśla autor „L’Osservatore Romano” – źródła te są dość skąpe, to jednak wzajemnie się dopełniają, jedne pozwalają zrozumieć inne, a co do ich wartości historycznej nie ma poważniejszych wątpliwości.

*

Osobliwością „wydarzenia z Guadalupe” jest to, że wszystko się rozgrywa na granicy dwóch odległych, wręcz wrogich sobie światów: hiszpańskiej konkwisty i podbitych Indian. I tu jeszcze jedna ważna refleksja watykańskiego badacza. Pisze on: 
„Utrzymywanie, że ta osoba (Juan Diego) mogła nie istnieć, jest ahistoryczne wobec liczby zgromadzonych dokumentów. Trudno także wyjaśnić to, o czym wspomina jeden z uczestników ówczesnych wydarzeń w Meksyku, brat Toribio Benavente Motolinia, że mimo nieprzezwyciężonych trudności, z jakimi borykało się w swych początkach chrześcijaństwo, »wydarzyło się w tych latach coś takiego (brat nie wyjaśnia tego bliżej), co otworzyło serca ludu na chrześcijaństwo do tego stopnia, że wszyscy Indios masowo przyjmowali chrzest«. A przecież zaledwie dwa lata przed 1531 rokiem byli oni gotowi raczej zabić własne dziecko niż się ochrzcić (...). Nastąpiło to, chociaż Hiszpanie nie zmienili swoich metod. Trudno, znając historię tamtych dramatycznych momentów, inaczej to wyjaśnić, aniżeli jakąś ingerencją »z zewnątrz«, która zmieniła postawę Indios”. Lektura wspomnianego wyżej zapisu „Nican Mopohua” pokazuje, zdaniem autora, jak miłość Boga zostaje pokazana Indianom w kategoriach ich własnej kultury.
Dzięki temu wzgórze Tepeyac, dawniej budzące lęk i naznaczone krwią składanych bogom ofiar z ludzi, staje się otwartym dla wszystkich matczynym domem. Cud z Guadalupe przyniósł pojednanie Indios i Hiszpanów. Matka Boska dokonała doskonałej inkulturacji Ewangelii. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 34 (2772), 25 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl