Mieszaniny
Liebert
Jan Błoński
...Kto słyszał o „Skamandrze”, myślał
od razu o młodości, energii, radości życia. I tak w dużej mierze było: odzyskanie niepodległości zbiegło się z rewolucją obyczajową początku wieku. Stąd poczucie zdrowia, siły, nieograniczonych możliwości... Ale – jak to zwykle bywa – nie dla wszystkich. A już najmniej dla tych, u których zbiegnie się nieuleczalna choroba, nieszczęśliwa miłość i gorąca wiara, która kazała znosić te splątane udręki w pokorze...
A poezja? Czy ona także zawiodła Lieberta? I tak, i nie: bo ma on do dzisiaj gorących admiratorów, ale mówiąc o Skamandrytach (i pokrewnych), często się o nim zapomina... Czytelników zniechęca czasem pobożność, czasem zaś tradycyjna wersyfikacja i melodyczność wierszy... Ale mnie się zdaje, że właśnie ten melanż dowodzi oryginalności pod pozorami rutyny...
Liebert, którego zżarła gruźlica, pisał dużo – może nawet za dużo... doprowadził do największej zręczności muzyczne (i śpiewne) walory mowy wiązanej. Pod tym względem można go bez obawy porównać z Tuwimem. Gdybym mógł, przytoczyłbym chętnie jego najbardziej znany wiersz, „Jurgowską Karczmę”. Ale prawie tyle jest śpiewności w „Arce”, a straceńczego humoru – znacznie więcej:
Niewielka sobie arka, bez okien i wież,
Od deski do deski będzie z łokieć wszerz,
Nie taka znów wysoka – dno przy wieku tuż,
Ale za to będzie miała mą wysokość wzdłuż!
Z dębowego drzewa, bogobojna łódź
Wypłynie z pokoju, zacznie otchłań pruć...
Tuzin gwoździ, trochę kramu,
desek z dębu sześć –
I pomyśleć, że to czeka na oliwną wieść!...
Wieść o ukojeniu i miłosierdziu Bożym, którą przynosi oliwna gałązka rozgrzeszenia i pojednania.
|