Historyczny kompromis po palestyńsku


Oko za oko czy twarzą w twarz

Dawid Warszawski



Na naszych oczach dokonuje się przemiana palestyńskiej świadomości, podobna do tej, jaka nastąpiła kilkanaście lat wcześniej w świadomości Izraelczyków. I choć Palestyńczycy apelujący o zawarcie pokoju z Izraelem są ciągle w mniejszości, ważny jest każdy głos, który wyłamuje się z nienawistnego chóru.



Pierwsza intifada z końca lat 80. sprawiła, że Izraelczycy zrozumieli, iż mają przeciwko sobie nie ludność, nie tubylców, lecz świadomy swych politycznych celów naród palestyński. Naród (jeszcze w latach 70. Golda Meir negowała jego istnienie, twierdząc, że to jedynie mieszkający w Judei i Samarii Arabowie) gotów walczyć i ponosić ofiary. To zaś oznaczało, że z tym narodem, z jego polityczną reprezentacją trzeba będzie zawrzeć polityczny kompromis, bo alternatywą jest wojna bez końca. Dzięki temu (i dzięki katastrofalnej pomyłce Arafata, który podczas wojny w Zatoce poparł Husajna i odtąd musiał walczyć o polityczne przetrwanie) możliwe były porozumienia z Oslo z 1993 r. 
Entuzjazm, jaki po obu stronach wzbudziło to wydarzenie, rychło okazał się bezpodstawny: terror palestyński nie tylko nie ustał, lecz wręcz się wzmógł – to wtedy właśnie pojawiły się pierwsze zamachy samobójcze. Warto zresztą pamiętać, że palestyński terror nie jest, jak się często uważa, reakcją na izraelską okupację: poprzedza on i wojnę z 1967 r., po której Izrael zajął Zachodni Brzeg i Gazę, i wojnę o niepodległość z 1948 r., która dała początek izraelskiemu państwu. Terror jest odpowiedzią części Arabów na samo istnienie tego państwa, wręcz na samą obecność Żydów w Palestynie.
Trwanie terroru wyleczyło Izraelczyków z pokojowych złudzeń, Palestyńczyków rozczarowała natomiast kontynuacja izraelskiej kolonizacji. Wprawdzie porozumienia z Oslo nie nakazywały likwidacji istniejących osiedli żydowskich ani nie zakazywały zakładania nowych, ale Palestyńczycy byli przekonani, że niebawem powstanie niepodległa Palestyna, przynajmniej na terytoriach utraconych w 1967 r., a na pewno bez Żydów. Oni sami zaś, trzecie i czwarte pokolenie tych, którzy w 1948 r. porzucili swe domy lub zostali z nich wygnani, powrócą wreszcie na ojcowiznę, choćby było tam dziś terytorium Izraela. Gdy osadników nadal przybywało, a uchodźcy pozostawali w założonych przez arabskich sojuszników obozach, proces z Oslo jął tracić poparcie palestyńskiej większości, a zyskiwać zaczęli terroryści. Terroryści, których – jak wynika z ujawnionych przez Izrael dokumentów palestyńskich – władze Autonomii Palestyńskiej, oficjalnie głosząc poparcie dla Oslo, cały czas finansowały i wspierały.

Dwadzieścia tysięcy Szehade

Terroryzm wydawał się pomysłem sensownym, także dlatego, że – jak tłumaczono mi latem 2000 r. w Gazie – „Żydom zmiękła rura”. Wycofali się z Synaju, uciekli z Libanu, gotowi byli oddać Golan... „Na początek odbierzemy im więc Zachodni Brzeg z Jerozolimą Wschodnią oraz Gazę, a potem się zobaczy...”. Reszta: odrzucenie przez Arafata oferty premiera Izraela Ehuda Baraka z Camp David i decyzja o rozpętaniu drugiej intifady, była już tylko logiczną konsekwencją tych rozczarowań i oczekiwań. Dziś, po prawie dwóch latach, jasne jest, że była to decyzja katastrofalna. Druga intifada przyniosła Palestyńczykom śmierć i zniszczenie. Pokazała, że Żydom „rura wcale nie zmiękła”. Że w obronie tego, co i oni uważają za swoją ojcowiznę, są gotowi bić się krwawo, ginąć i zabijać. Jeśli więc Palestyńczycy nie pragną wojny bez końca, muszą zawrzeć z Izraelem pokojowy kompromis. Tak, jak kilkanaście lat wcześniej Izraelczycy, tak teraz Palestyńczycy zaczynają rozumieć, że mają przeciwko sobie nie okupantów, nie syjonistów, lecz świadomy swych celów, walczący o przeżycie naród (Jaser Arafat do dziś neguje jego istnienie, twierdząc, że Żydzi to jedynie grupa religijna).
Ta przemiana palestyńskiej świadomości dokonuje się na naszych oczach. Nie należy jednak wiązać z nią zbyt pochopnych nadziei: nowym językiem mówi mniejszość. Jak wynika z palestyńskich badań, intifadę i zamachy terrorystyczne popiera 80 proc. Palestyńczyków; przekonanie, że celem walki jest „wyzwolenie historycznej Palestyny”, a więc zniszczenie Izraela, podziela 51,5 proc. Nienawiść jest wszędzie: w podręcznikach szkolnych („Lepiej umrzeć, gdy prawa i ojczyznę mi skradziono / Przelew krwi jest dla mych uszu muzyką” czytamy w „Pieśni szahida (męczennika)”, w podręczniku arabskiego do klasy VII), w kazaniach („Wysadzimy ich w powietrze w Haderze, wysadzimy ich w powietrze w Tel Awiwie i w Netanii, i w ten sposób Bóg ustanowi nas władcami nad tą bandą włóczęgów. Błogosławiony, kto wychował synów na nauce dżihadu i męczeństwa, kto zachował kulę, by wpakować ją Żydowi w łeb” – oświadczył szejk Ibrahim Mahdi z meczetu Idżlin w Gazie, w kazaniu transmitowanym w sierpniu zeszłego roku przez państwową telewizję palestyńską). A każda akcja odwetowa armii izraelskiej po kolejnym palestyńskim zamachu nienawiść tę jedynie wzmacnia. „Gratuluję, pozbyliście się Szehady – powiedział amerykański oficer izraelskiemu koledze po ataku na przywódcę bojówek Hamasu w Gazie, w którym zginęło 14 innych osób, w tym dziewięcioro dzieci. – A jak poradzicie sobie z dwudziestoma tysiącami Szehade, których właśnie stworzyliście?”.
Właśnie dlatego tak ważny jest każdy palestyński głos, który wyłamuje się z nienawistnego chóru. Przykład dał profesor Sari Nusseibe, który już w marcu ub. roku oświadczył publicznie, że Palestyńczycy muszą wybierać między powstaniem niepodległej Palestyny na Zachodnim Brzegu i w Gazie a prawem do powrotu w granice Izraela z 1967 roku. Dla Nusseibego, który wielokrotnie krytykował nierealistyczną politykę palestyńską, a zarazem kategorycznie przeciwstawiał się działaniom Izraela na terytoriach okupowanych, oznaczało to radykalne zerwanie ze stanowiskiem Jasera Arafata w Camp David. Mimo to Nusseibe został wnet mianowany przedstawicielem szefa OWP we wschodniej Jerozolimie i nikt nawet nie okrzyknął go zdrajcą. To ważne, bo w prasie palestyńskiej do tej pory nie odbyła się debata nad tym, czy Arafat postąpił słusznie, odrzucając w Camp David ofertę Baraka. Uparte domaganie się palestyńskiego przywódcy „prawa powrotu” dla swoich rodaków (to tak jakby Niemcy domagały się powrotu wypędzonych jako warunku uznania granicy na Odrze i Nysie) było jedną z przyczyn fiaska negocjacji. Drugim powodem było to, że oferta zakładała aneksję około 4 proc. Zachodniego Brzegu (w tym zwartych osiedli żydowskich wokół Jerozolimy i dzielnicy żydowskiej w Jerozolimie z Zachodnią Ścianą), w zamian za terytorialną kompensatę wokół Gazy. Arafat nie chciał się zgodzić zwłaszcza na dalszą izraelską suwerenność nad Zachodnią Ścianą, najświętszym miejscem judaizmu, które w latach 1948-67 było pod kontrolą Jordanii; przewodniczący OWP gotów był przyznać Żydom jedynie prawo do odwiedzania tego miejsca. O tym, by pod izraelskim zwierzchnictwem pozostawało Wzgórze Świątynne, na którym wznosiła się biblijna Świątynia, a teraz stoją meczety Haram al-Szarif, Arafat nie chce nawet słyszeć. Po odrzuceniu izraelskiej oferty Palestyńczycy powitali swojego lidera jak triumfatora: oto ktoś, kto postawił się Żydom i światu. 

Apel o rozwagę

W trakcie drugiej intifady wrażliwy na nastroje palestyńskiej opinii przywódca OWP, choć oficjalnie potępiał zamachy, jednocześnie przesyłał listy kondolencyjne rodzinom sprawców. Otrzymała je na przykład rodzina terrorysty, który w czerwcu ub. roku zamordował 21 nastolatków w tel-awiwskiej dyskotece – „Sercami, które wierzą w wolę Boga i przeznaczenie, przyjęliśmy wieść o męczeństwie męczennika al-Hotariego, syna Palestyny, którego szlachetna dusza wzniosła się do nieba, by spocząć w Królestwie Boga, razem z Prorokami, cnotliwymi, i męczennikami. [Sprawca] bohaterskiej operacji męczeńskiej, który ciało swe uczynił bombą, [jest] wzorem męstwa i ofiary w imię Boga i ojczyzny”. Podpisano: Jaser Arafat.
Tymczasem w połowie czerwca tego roku Sari Nusseibe opublikował w prasie palestyńskiej (jako ogłoszenie płatne – żadna gazeta nie chciała bowiem opublikować tego tekstu) apel o powstrzymanie ataków terrorystycznych na cywili w Izraelu. W apelu, podpisanym przez 54 inne, bardziej lub mniej znane palestyńskie osobistości, czytamy: „Wzywamy strony stojące za operacjami wojskowymi wymierzonymi w cywilów w Izraelu, by ponownie rozważyły swą politykę i przestały nakłaniać naszych młodych ludzi, by przeprowadzali te operacje. Zamachy samobójcze pogłębiają nienawiść i poszerzają przepaść między narodem palestyńskim i izraelskim. Niszczą one także możliwość pokojowego współżycia między nimi w dwóch sąsiednich państwach. Widzimy, że te zamachy nie przyczyniają się do realizacji naszych narodowych aspiracji do wolności i niepodległości. Przeciwnie, umacniają one wrogów pokoju po stronie izraelskiej i dają agresywnemu rządowi Izraela pod wodzą Szarona wymówkę, by kontynuować brutalną wojnę przeciwko naszemu narodowi”.
Apel został powszechnie skrytykowany w palestyńskich mediach i organizacjach. Sygnatariuszom zarzucano zaprzedanie się Izraelowi, zdradę interesów narodowych. Nusseibe usiłował w licznych wystąpieniach usprawiedliwić swoje stanowisko: „Jakie by nie było okrucieństwo wroga, (...) Palestyńczycy nie powinni poświęcać swych wartości moralnych razem ze swoimi ciałami” (wywiad dla dziennika „al-Ittihad”). A podczas debaty w telewizji „al-Dżazira” Nusseibe mówił: „Nawet w przypadku męczeńskiego ataku [tj. zamachu samobójczego – przyp. DW] można dokonać rozróżnienia między męczeństwem w atakowaniu celu wojskowego i męczeństwem w atakowaniu celu cywilnego. (...) Odnosiliśmy się do takiego właśnie rodzaju męczeństwa, do operacji zbrojnych ze środkami wybuchowymi [przeciwko cywilom w Izraelu] (...) Chcę podkreślić, że nie potępialiśmy i nie odwoływaliśmy się do emocji. Zaapelowaliśmy, jak brat do brata, by kwestia ta została rozpatrzona”.
Także czołowa działaczka palestyńska, Hanan Aszraui, sygnatariuszka listu, zarzekała się na łamach „Jerusalem Times”: „To nie była kampania przeciwko operacjom męczeńskim ani przeciwko oporowi jako takiemu. To był jedynie szczery apel o demokratyczny dialog, by obiektywnie te operacje ocenić”. Nacisk na sygnatariuszy był jednak tak wielki, że gdy w kilka dni po pierwszej publikacji apel ukazał się ponownie w dzienniku „al-Kuds”, dopisano doń dodatkowy akapit, zawierający potępienie polityki izraelskiej, uznanie okupacji za przyczynę „oporu” i stwierdzenie, że „opór jest i prawem, i obowiązkiem”. Liczba sygnatariuszy wzrosła jednak do 315. 

Zasady Ziada Abu Ziada

Wśród nich znalazł się między innymi były minister Autonomii Palestyńskiej i bliski współpracownik Arafata Ziad Abu Ziad. Kiedyś miał on mniej problemów z popieraniem przemocy – pamiętam, jak na początku lat 90. entuzjastycznie tłumaczył mi zalety publicznego mordowania Palestyńczyków podejrzanych o współpracę z Izraelem. W tym samym jednak czasie wydawał po hebrajsku pismo „Geszer” („Most”), by przedstawić Izraelczykom palestyński punkt widzenia. Pismo sprzedawało się w liczbie około sześciuset egzemplarzy – po drugiej stronie „mostu” nie było zainteresowanych. Odkąd Ziad Abu Ziad został czołowym politykiem Autonomii, Izraelczycy przywiązują jednak dużo większą wagę do jego słów.
Były minister nie tylko podpisał apel Nusseibe. Kilka dni później ogłosił – zapewne nie przez siebie jedynie wymyślone – zasady końcowego porozumienia palestyńsko-izraelskiego. Jego preambuła głosi: „Trwający między Palestyńczykami a Izraelczykami konflikt tyczący się narodowych roszczeń do Palestyny/Ziemi Izraela spowodował po obu stronach liczne cierpienia, straty w ludziach i dobytku. Doświadczenie przeszłości i teraźniejszości uczy, że ten konflikt można rozstrzygnąć jedynie poprzez negocjacje, środkami pokojowymi, osiągając historyczny kompromis, który prowadziłby do pełnego pokoju i pojednania między oboma narodami, w oparciu o następujące zasady”.
Lista zasad Ziada Abu Ziada jest krótka: powstanie zdemilitaryzowanego państwa palestyńskiego na Zachodnim Brzegu i w Gazie z gwarancjami międzynarodowymi, w oparciu o granice z 1967 r. i z uzgodnionymi ich korektami; całkowita ewakuacja osiedli żydowskich z terenu Palestyny; Jerozolima jako miasto otwarte, w którym arabskie dzielnice przynależą do Palestyny, żydowskie do Izraela, a najświętsze miejsca: Wzgórze Świątynne/Haram al-Szarif i Zachodnia Ściana nie są własnością żadnej ze stron – te ograniczają się do administrowania obu miejsc; przyznanie uchodźcom prawa do powrotu wyłącznie w granice Palestyny, przy uznaniu przez Izrael moralnej odpowiedzialności za ich uchodźstwo i przy międzynarodowej kompensacji; podpisanie wspólnej deklaracji o zakończeniu konfliktu. W Camp David niemal identyczną propozycję zaproponował z poparciem Baraka prezydent Clinton, a Arafat wówczas ją odrzucił. Wprawdzie 20 czerwca tego roku, po kolejnej serii zamachów przywódca OWP oznajmił nieoczekiwanie, że teraz przyjmuje ofertę, ale jego zgoda nie interesuje już nikogo. Dużo ważniejsze jest to, co myślą ludzie tacy jak Ziad Abu Ziad. To prawda – po stronie izraelskiej na razie nikt nie chce ich słuchać i będzie tak dopóki nie skończy się terror. Później konieczne będą zapewne jakieś okresy przejściowe, nie ma jednak wątpliwości, że końcowe rozwiązanie oparte będzie na zasadach zbliżonych do tych, które sformułował Ziad.

„Zachęcam moich synów, by ginęli”

W tym zbiorze zasad kluczowe są dwie rzeczy: rezygnacja z palestyńskiego żądania „prawa do powrotu” w granice Izraela, co było nie do przyjęcia dla jakiegokolwiek izraelskiego rządu, i gotowość do kompromisu w sprawie miejsc świętych. Ale bodaj ważniejsze było przeświadczenie, wyrażone już w apelu Nusseibego, że oba narody mogą ze sobą współistnieć. Większość Palestyńczyków takiego współistnienia zdecydowanie nie pragnie lub przynajmniej nie wierzy, by było ono możliwe. Takie stanowisko wyraża „List 150”, opublikowany w odpowiedzi na apel Nusseibego. Oto, co w liście, podpisanym między innymi przez intelektualistów z terytoriów i diaspory, związanych głównie z Hamasem oraz Syrią, pisze się o sygnatariuszach apelu Nusseibe i szansach porozumienia z Izraelem: „Swoim »apelem« ta grupa w istocie oczyszcza Szarona, Peresa, Mofaza i resztę syjonistycznych morderców ze zbrodni, które codziennie popełniają przeciwko naszemu narodowi. Sygnatariusze płatnego »apelu« wyrzekają się oporu we wszelkiej postaci, nawet na Zachodnim Brzegu, Gazie i Jerozolimie Wschodniej. Dlatego nie uczestniczyli oni w jakiejkolwiek akcji bojowej przeciwko okupacji, nawet po napaści na palestyńskie miasta, wsie i obozy. Sygnatariusze, choć są w naszym narodzie izolowaną mniejszością, dążą jedynie do tego, by zasugerować, że są w naszych szeregach rozbieżności, a to po to, by przesłonić dalsze ustępstwa wobec USA i rządu Szarona przez tych, którzy są z nimi w zmowie. (...) Każdy naród, którego ziemia jest okupowana, nie ma innego wyboru jak tylko opór wszelkimi wyobrażalnymi środkami. Tak właśnie czyni nasz palestyński naród arabski od stu lat w obliczu kampanii osadniczo-najeźdźczej, która dąży do zawłaszczenia naszej ziemi i zniszczenia nas. To niewyobrażalne, żeby ci, których sprowadzono z końca świata, aby najechali naszą ziemię, mogli miłować pokój, a bez oporu nie zrozumieją języka prawdy i sprawiedliwości. A nasz naród odrzuca współistnienie z łupieżcami ziemi i zabójcami dzieci”.
Jest to deklaracja nieustającej wojny i z Izraelem, i z tymi, którzy tej wojny nie chcą. Sądząc po wybuchach radości w palestyńskich miastach po każdym zamachu w Izraelu i po tonie lokalnej prasy, postawa ta jest w społeczeństwie palestyńskim dość powszechna. Jak powiedziała 5 czerwca ukazującemu się w Londynie saudyjskiemu dziennikowi „Aszrak al-Awsat” Um Nidal, matka terrorysty-samobójcy: „Poświęciłam Mohameda, bo taki był mój obowiązek (...) Kiedy wyszedł z domu, modliłam się o niego i prosiłam Boga, by sprawił, by jego operacja się powiodła i by zginął jak męczennik. Po zakończeniu operacji radio podało wiadomość (...) Zaczęłam wykrzykiwać z radości, i oznajmiliśmy, że jesteśmy szczęśliwi (...) Po męczeńskiej akcji w mym sercu zapanował spokój w związku z Mohamedem. Zachęcam wszystkich moich synów, by zginęli męczeńsko, i dla siebie też tego pragnę”.

„Wybieramy przyszłość”

Na szczęście wizja palestyńskiego społeczeństwa, w którym matki pragną śmierci dla swych synów, byle pociągnęła ona za sobą także śmierć Żydów, jest koszmarem nie tylko dla Izraelczyków. Także wielu Palestyńczyków zdaje sobie sprawę, że zwycięstwo za taką cenę – nawet gdyby udało się je osiągnąć – byłoby klęską. Kultura śmierci Hamasu i Dżihadu jest przecież kulturą śmierci nie tylko izraelskiej, lecz i palestyńskiej. Zapewne dlatego Tanzim, bojówki związane bezpośrednio z al-Fatah Arafata, i odpowiedzialne za największą liczbę ofiar zamachów w ostatnim półroczu, podjęły próbę krytycznej refleksji nad terrorem. Uczyniły to zapewne także dlatego, że jeśli istotnie terror jest jedyną drogą do zwycięstwa, to nie ma na niej miejsca dla ich ruchu: Hamas i Dżihad nie tylko mają więcej doświadczenia w mordowaniu, lecz i całą opartą na nim ideologię. W tej konkurencji Tanzim, wyrosły ze świeckich i – mimo wszystko – pragmatycznych tradycji al-Fatah, musiałby odpaść w przedbiegach.
Tak zapewne zrodził się anonimowy dokument, który w ostatnich dniach lipca opublikowała prasa izraelska. Opracowało go kierownictwo Tanzimu, po konsultacji – acz bez akceptacji – z Hamasem i Dżihadem. Dokument miał się stać podstawą decyzji o powstrzymaniu się od dalszych ataków na cywili, planowano jego publikację w postaci apelu do społeczeństwa izraelskiego na łamach jednej z wielkich amerykańskich gazet. Czytamy w nim: 
„My, należący do przywódców najbardziej wpływowych ruchów politycznych wśród narodu palestyńskiego; my, należący do tych, którzy – podobnie jak wy – zostali osieroceni i owdowiali; my, którzy pragniemy wygody i bezpieczeństwa nie tylko państwa, lecz i domu – wybieramy przyszłość. W imię tej przyszłości i w imię wszystkich, którzy stracili życie, deklarujemy: uczynimy wszystko, co w naszej mocy, by zakończyć ataki na izraelskich cywili, na niewinnych mężczyzn, kobiety, dzieci. Uczynimy to nie dążąc ani do jakichś uprzednich korzyści, ani ich nie żądając. Zamachy ostatnich miesięcy przekształciły wasze społeczeństwo. Przeraziły i rozwścieczyły wasz naród, pogrążyły wasz kraj w rozpaczy. Podzielamy te uczucia. [Zamachy] wywołały ponowny namysł nad tym, kim jesteśmy jako naród. Oznaczały zmianę naszego spojrzenia – nie na was, lecz na nas. (...) Być może minie pokolenie, nim nauczymy nasze dzieci nowej drogi, ulżymy ich goryczy, złagodzimy ich nienawiść, nauczymy ich, że istnieje nadzieja na przyszłość. Ale musimy zacząć. To dla nich, dla ich przyszłości podjęliśmy tę historyczną decyzję. Jesteśmy przeciwko godzeniu w niewinnych. Są tacy, w obu naszych społeczeństwach, którzy powiedzą, że ta deklaracja to jedynie taktyczny manewr polityczny, że mamy nadzieję osiągnąć polityczne korzyści, by uzyskać polityczne wpływy. I mają oni rację. Mamy nadzieję, że na tę historyczną deklarację, którą czynimy, odpowiecie tym samym, i uznacie prawdziwość stwierdzenia, że »pokoju nie da się zbudować na podwalinie przemocy wobec niewinnych«. Po prostu – żadnego pokoju z okupacją. (...) Wy, naród Izraela, winniście jasno zrozumieć, co proponujemy. Nie możemy powstrzymać przemocy dziś, natychmiast. Są w naszym społeczeństwie tacy, którzy będą usiłowali podważyć i powstrzymać nasze wysiłki. Niektórym, niestety, może się powieść. Ale teraz ciężar opinii publicznej będzie po naszej stronie. A także w waszym społeczeństwie i nawet w kierownictwie waszego rządu są tacy, którzy mogą usiłować nas sprowokować. Będą próbowali zlekceważyć tę decyzję. Czynili tak przedtem. Ci ludzie są naszymi wrogami, muszą się stać i waszymi wrogami. Są wrogami pokoju. W przypadku prowokacji uczynimy wszystko, by zachować powściągliwość (...) Wasza okupacja jest bezprawna i będziemy jej stawiać opór – wasi żołnierze to okupanci i tak będą traktowani. To nie kapitulacja, nie odwrót. W każdej chwili, każdego dnia będziemy kontynuować walkę o nasze prawa i państwo. Jesteśmy pewni, że odniesiemy zwycięstwo. Ale nie uczynimy tego godząc w niewinnych”.
Zdumiewający tekst. Należy przyjąć, że jest autentyczny, w każdym razie wątpliwości nie miał publikujący go dziennik „Haarec”. Nie sprawia wrażenia wynegocjowanego oświadczenia politycznego, to raczej krzyk serca pojedynczego człowieka, przerażonego drogą, którą kroczy – nie do końca przecież z własnego wyboru. „Gdybym się urodził w obozie uchodźców, też pewnie zostałbym terrorystą” – miał powiedzieć Barak, gdy był jeszcze izraelskim szefem sztabu. W tekście Tanzimu odnajdujemy zrozumienie dla przeciwnika i świadomość konsekwencji trwania konfliktu w stopniu znacznie większym, niż to się dziś na ogół spotyka po obu stronach barykady. Zasady Ziada Abu Ziada to racjonalny i chłodny dokument polityczny. Nusseibe podkreśla, że w swym apelu nie odwoływał się do emocji. Tu przeciwnie – mamy do czynienia z emocją w stanie czystym. Z krystalizacją rozpaczy.
Autorzy (autor?) apelu nie obiecują cudów. Nie twierdzą, że uda im się powstrzymać cały terror przeciw cywilom, zwłaszcza, że wiedzą, iż grozi im wrogość własnej strony i prowokacja drugiej. Nie obiecują, że nie będą zabijać żołnierzy, bo uznają to za słuszne. Ale mówią, że chcą położyć kres terrorowi, który niszczy ich samych i wierzą, że opinia publiczna stanie po ich stronie, a nie po stronie Um Nidal. Może najbardziej przełomowym elementem jest apel do Izraelczyków, by uznali za swoich wrogów także i tych swoich rodaków, którzy mogą dążyć do sprowokowania Tanzimu do nowych aktów terroru. Taki apel byłby wprawdzie bardziej wiarygodny, gdyby towarzyszyło mu lustrzane uznanie za wrogów Tanzimu palestyńskich zwolenników terroru, jednak to oczekiwanie, podobnie jak oczekiwanie potępienia terroru dlatego, że jest po prostu niemoralny, byłoby zapewne na wyrost. Tym niemniej list Tanzimu, o ile autentyczny, jest przełomem w palestyńskiej debacie o terrorze.
Szkoda tylko, że do jego amerykańskiej publikacji tak naprawdę nie doszło. Gdy trwały ostatnie negocjacje na temat jego treści i skutków, izraelska bomba zabiła w Gazie czołowego terrorystę Salaha Szehadę. Nigdy nie wstrzymany cykl przemocy jął się kręcić jeszcze szybciej. W tydzień po Szehadzie w zamachu Hamasu zginęli studenci jerozolimskiego Uniwersytetu Hebrajskiego. Dzień wcześniej Tanzim przeprowadził zamach na uliczny stragan w Jerozolimie (na szczęście bez ofiar śmiertelnych) zadając tym samym kłam obietnicom zawartym w przytoczonym tekście.
Ale te tragiczne wydarzenia nie przerwą przecież debaty o terrorze. Palestyńczycy i Izraelczycy stoją nad przepaścią. Tylko wspólnie mogą od niej odejść lub wspólnie się w niej pogrążyć. Palestyńska debata pokazuje, że nie wszystkich pociąga wizja ostatecznej katastrofy.

Autor jest publicystą „Gazety Wyborczej”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl