Bariery, granice, kresy

Barbara Skarga



Drugi człowiek to nie zawsze jest ten, za którego jest się odpowiedzialnym i którego apelu należy wysłuchać. Wobec innego, który chce mnie zabić, pragnę wznieść mur nie do przebicia. Wiem jednak, że mury nie wytrzymują, że kruszy je czas, że więc nie rozwiązują one sytuacji i że jesteśmy na tej ziemi – czy tego chcemy, czy nie – skazani na porozumienie. 

Banalnym jest stwierdzenie, że wszelka ludzka działalność jest ograniczona. Już starożytni mówili, że człowiek powinien znać swoje granice. Ich przekroczenie nieraz bywało poczytywane nie tylko za błąd, ale także za czyn niegodny. „Niech się myśl twoja pychą nie unosi, z twych sił przewagi... Kto miarę zachowa, tego bóg kocha, gniewem złych ściga” – pisał Sofokles w swej tragedii „Ajaks”. Tak już jednak jest, że człowiek, istota paradoksalna, sam nieraz określa granice, a określając – nieustannie je przekracza, te zaś, które nie powstały z jego woli, także chętnie by pokonał, choć sam wypracował kunsztowne teorie dowodzące bezsensu i niemożliwości wprowadzenia w czyn takiego zamiaru. 
Dwie sprawy natychmiast łączą się tu z sobą: możliwość transgresji i jej aspekt moralny, często też prawny. Wszakże w języku francuskim mówi się o transgresji jako pogwałceniu np. przykazań boskich, lub naturalnego prawa. Rodzi się więc natychmiast problem, czy usiłowanie wyjścia poza granice nie jest z samej swej istoty związane z przemocą, gwałtem i uzurpacją czegoś, co do człowieka nie należy. Problem nie łatwy do rozwiązania, gdyż granice są rozmaite, w różnych miejscach życia ludzkiego inaczej rozmieszczone. Samo zresztą słowo „granica”, ma najrozmaitsze znaczenia.

Bariery i granice

Napotykamy więc wpierw bariery. Bariera, jak ten szlaban na drodze, który nakazuje się zatrzymać, wskazuje na niemożność kontynuacji drogi, jest nie tylko przeszkodą, ale także ostrzeżeniem. Przekroczenie bariery związane jest z ryzykiem, a niekiedy z przekroczeniem prawa. Bariera zabrania, wymaga poddania się, mówi, że dalej nie wolno, a jednak próbujemy ją przesunąć, jeżeli zakreśla zbyt ubogą przestrzeń, lub wręcz przeskoczyć, gdy nie możemy jej znieść.
Istnieją różne bariery, choćby językowe, niezmiernie oporne, niemal nie dające się pokonać. Ekonomiści szukają możliwości zniesienia barier rozwoju gospodarczego, politycy – barier stawianych przez opozycję itd. Bariera zwykle jest względnie stabilna i niezależna od nas. Ma też swoją miarę, bywa mniejsza lub większa, napotykamy na nią i odsunięcie jej, lub zniesienie wymaga odpowiedniego do jej wielkości wysiłku. Czasem jest to łatwe, niekiedy wymaga żmudnych pertraktacji z tymi, którzy jej sensowności bronią. Właśnie jednak dlatego, że daje się przestawić, podnieść, a nawet znieść, i że zawsze możemy określić stosunkowo dokładnie jej miejsce, nie interesuje nas ona tutaj. Nie o niej chcę mówić. 
Przejdźmy zatem do granicy. Jest rzeczą oczywistą, że pojęcia bariery i granicy łączą się, bywają używane zamiennie. Nie są to pojęcia jednoznaczne. Bariera jednak wskazuje na to, co zamknięte, często zresztą w sposób sztuczny. Granica odsyła natychmiast do tego, co jest poza nią i co zazwyczaj się różni, jest inne, często obce. Granica więc pojawia się, by zaznaczyć, podkreślić różnicę i to zróżnicowanie zachować i utrwalić. To coś może być zresztą nie tylko inne, obce, lecz także groźne, granica więc zabezpiecza, granica broni i jest broniona. 
„Oto front bitwy, front walki, atakowany z mocą i odwagą” – powiadają Francuzi. W tym słowie zachowało się nie tylko ostrzeżenie, lecz także wezwanie, by niebezpieczeństwu sprostać, by to, co może przyjść z zewnątrz, pokonać, lub samemu granicę przekroczyć i podbić z całą bezczelnością to, co poza nią. Granica nęci, chcemy wiedzieć, co kryje. Od wieków więc człowiek próbował ją forsować, przesuwać, by iść dalej, by móc poznać i zawładnąć tym, co różne, jak gdyby nie mógł się utrzymać w tym samym, w tym dobrze już oswojonym, własnym świecie. Ten jednak inny świat może stawiać opór, budzący natychmiast pragnienie ekspansji, zawłaszczenia, eksploracji. Cała historia Europy dostarcza nam przykładów owych zdobywczych wypraw nie tylko poza granice rzek, gór, oceanów, lecz także ludów i państw. 
Zarysowałam znaczenia tych pojęć, ale jest oczywiste, że w życiu używamy ich zamiennie, nie dbając o precyzję semnatyczną. Nieraz po prostu nimi żonglujemy, zwłaszcza gdy chcemy położyć na coś nacisk. I tak, dowodzimy, że w jakiejś kwestii mamy do czynienia ze sztucznymi barierami, które odsunąć należy, choć inni gotowi są utrzymywać istnienia granic nieprzekraczalnych. Bywa też odwrotnie. Zresztą znaczenia te zachodzą na siebie, krzyżują się w zależności od dziedziny ich używania. Gdy zaś odsuwa się jedne, rodzą się inne, nowe, czasem niespodziewane. Pojawiają się zaś wszędzie, gdyż bez barier i granic nie mogłoby się rozwijać życie społeczne.
Nie tylko państwa, ale każda gmina ma swoje granice, które wyznaczają zasięg jej administracyjnych i gospodarczych działań, każdy urzędnik ma ściśle określone granice swoich kompetencji, takież mają politycy, społeczni działacze i całe państwo wobec obywatela. Uczelnie wyższe ustalają limity przyjęć na studia i w tym celu organizują egzaminy, które stanowią barierę nie do przekroczenia dla mniej zdolnych kandydatów. Stawiamy bariery celne i inne chroniąc gospodarkę i usuwamy te, które wydają się ją hamować. Na każdym kroku musimy się liczyć z takimi lub innymi ograniczeniami, przyjmowanymi jako rzecz naturalną, choć niekiedy niektóre z nich budzą w nas opór. I każde budzi cały zespół problemów nader trudnych i społecznie ważnych. Jeżeli jednak o nich wspomniałam, to tylko z tego względu, by sobie uprzytomnić, jak szeroki zakres spraw z tymi, tak potocznymi pojęciami, się wiąże. Interesuje mnie bowiem właściwie tylko jedno z nich.

Kres

Najważniejsze dla filozofa jest jednak pojęcie kresu, ograniczenia, które niekiedy bywa ostateczne. Z nim wiążą się przede wszystkim problemy ontologiczne i etyczne. Nie będę się na tych pierwszych zatrzymywać, sygnalizując tylko, że dotyczą one np. naszych ograniczeń przez przestrzeń i czas, przez nasze ciało, przez miejsce naszego bycia itp. Skoro jednak mówimy przede wszystkim o ograniczeniach w kontakcie z tym, co inne, nie można nie wspomnieć o granicach poznania, jakie tu zachodzą i niekiedy mogą odegrać szczególną rolę. Same te granice są dla nas problemem i przedmiotem nieskończonych debat. Nie chcę się w nie wdawać.
Nie ulega tylko wątpliwości, że z tymi różnie wytyczanymi granicami (przede wszystkim w oparciu o zmysłowość, jak gdyby ona była dla naszej wiedzy prawodawcza) myśl ludzka bynajmniej się nie liczy. Myśl stale przekracza wszelkie granice. Z samej swej istoty sięga ku nieskończoności, nie umie poprzestać na tej obecności otaczającej człowieka, na tym ludzkim „tu i teraz”. Zapewne w tym wolnym ruchu zaczyna biec niekiedy ową drogą mniemania, przed którą ostrzegał Parmenides. Lecz przecież tylko śmiałość, choćby ryzykowna, daje moc odsłaniania. Gdy myśl ją traci, grozi jej ugrzęźnięcie w stereotypach, w tym, co znane, oswojone, potwierdzone. Gdyby się w takich granicach zamknęła, przestała by być twórcza. Rozum nie kapitalizuje, rozum nie jest tradycją, a nasza wiedza spuścizną intelektualną, którą się pomnaża przez dobrze zweryfikowane twierdzenia i teorie. By myśleć, pisał Gaston Bachelard, trzeba się oduczyć tylu rzeczy, trzeba powiedzieć „nie” ustalonym rzekomo prawdom.
Stwierdza się, że granice myślenia wyznacza to, co dane. Lecz co to znaczy „dane”? Dane przez kogo lub przez co? Dane wszak zakłada darczyńcę, dane więc są przez zmysły, intuicję, uczuciową wrażliwość, instynkt, ale także przekaz, komunikację z innymi, i za każdym razem charakter tych danych jest inny, mogą to być doświadczenia zmysłowe, a więc wrażenia, lecz także tradycje, zespół nabytej wiedzy, sam język ze zmagazynowaną w nim kulturą itd. Ilu byśmy nie wymienili darczyńców, kryje się za nimi jedno, nasze ludzkie bycie, to ono ofiarowuje nam ten dar i nie mamy sposobu zakreślenia jego granic, chociaż usilnie się o to staramy. W każdym miejscu granice są coraz to inaczej wyznaczane. I wszędzie rodzą pragnienie pójścia dalej, jakbyśmy mówiąc o ich ostateczności, o niemożliwości ich transgresji, sami we własne słowa nie wierzyli. Toteż nie rezygnujemy z zadawania pytań ani z przekraczania granic, pragnąc chociaż dotknąć tajemnicy. Jak to mówił Leszek Kołakowski: „nie możemy zgłębić tajemnicy i obrócić jej w wiedzę, lecz ważne jest wiedzieć, że mamy z nią do czynienia. »Myślenie«, które zawsze myśli »więcej« i »dalej«, tak właśnie, jak nakazywał Kant w »Krytyce władzy sądzenia«, jest w istocie metafizyczne, zgodnie ze starym określeniem metafizyki jako sięganiem poza fizykę”.

Inny

Taką tajemnicą jest też dla nas inny. Inny nie daje się poznać. Nie możemy dotrzeć do jądra jego „sobości”. Jest on dla nas, jak radykalnie stwierdzał Emanuel Levinas absolutnie transcendentny. Bez względu na to, jak tego innego filozofia określa, zdajemy sobie sprawę, że stoimy tu przed przeszkodą nie do pokonania. Co więcej, żywimy przekonanie (przynajmniej w kręgu naszej kultury europejskiej jest ono obecne), że próby wdzierania się w głąb tej innej sobości, są gwałtem mu zadawanym i niczym nie usprawiedliwionym. To tylko on w swej woli, w swym pragnieniu może coś nam z siebie odsłonić. 
Odrębność i zamknięcie musimy uszanować. To inny wyznacza granice. Dzieje się jednak inaczej. Dziś wnika się w prywatność bez żenady, wystawia na publiczny targ, depcąc niejednokrotnie uczucia innego, jego intymne przeżycia. Wszystko staje się na sprzedaż, także ten inny. Gdy tymczasem racje moralne przestrzegają, i uczą nas, że przekraczanie granic intymności, wdzieranie się we wnętrze innego, w coś, czego nie chce nam użyczyć, wymaga nader poważnych społecznych racji. Zresztą, jeżeli nawet uda się nam uzyskać jego wyznanie, będzie ono dotyczyło jedynie jakiegoś przeżycia, czynu, pragnienia, ale nie tego, co w nim najistotniejsze, o ile w ogóle to coś istnieje, gdyż – jak mówił Martin Heidegger – my sami, w sobie, jesteśmy najtrudniejszymi do uchwycenia. 
Poznanie uprzedmiatawia. Gdy patrzę na innego, gdy chcę go poznać, staje się on dla mnie przedmiotem, jak inne otaczające mnie rzeczy. Gdy jednak zacznie mówić, sytuacja się zmienia. Mowa to pierwszy krok ku zniesieniu dzielącej nas bariery. Tylko mówiąc do mnie ten inny jakoś mi siebie daje. Gdy mowa zmienia się w rozmowę, zawiązuje się pierwszy kontakt ponad barierami.
Wątpliwe jest zatem, czy w kontaktach międzyludzkich w ogóle chodzi o poznanie. Relacje w spotkaniu są zazwyczaj innej natury, nie koniecznie etycznej, jak chce Levinas, lecz na pewno takiej, w którą zostały zaangażowane więzi nie tylko intelektualne. Jeżeli innego spotykamy, jeżeli nie chcemy przejść obok niego mimo, jeżeli na kontakcie jakoś nam zależy, szukamy przede wszystkim zrozumienia. Chcemy rozumieć słowa skierowane do nas, ich znaczenie, co zapowiadają, czego zatem po innym możemy się spodziewać. Chcemy rozumieć, dlaczego inny tak, a nie inaczej postępuje, chcemy wymienić z nim nasze opinie, jednym słowem w tym spotkaniu istotna jest sensowna komunikacja, która odkrywa zarówno wzajemną wrogość, jak i obojętność, a niekiedy możliwość nie tylko rozumienia, lecz porozumienia. 
W tych pierwszych dwóch wypadkach bariery pozostają i nie rodzi się chęć ich zniesienia, raczej – utrzymania. Społeczności dwóch sąsiadujących gmin nie chcą mieć z sobą kontaktów, nie uczestniczą we wzajemnych świętach, nie udzielają wzajemnej pomocy. Przełamanie takich barier, zwłaszcza gdy wchodzą tu w grę interesy ekonomiczne lub religijne, jest nadzwyczaj trudne. Cóż dopiero można powiedzieć o barierach dzielących narody. Ich zbliżenie wymaga zazwyczaj obustronnych i długich wysiłków, ale wiemy, że te wysiłki mogą przynieść konkretne owoce, że nawet dawne wrogości udaje się pokonać.

Tożsamość

Niestety, inny to nie abstrakcja. Inny ma swą twarz i bywają to twarze rozmaite. Inny to ktoś spotkany na ulicy, ale też ktoś z innego miasta, kraju, innych nawyków, tradycji, narodowości, obywatelstwa, religii. Filozofowie polityki zastanawiają się nad tym, czym jest naród, jakie są kryteria narodowości, co różni jeden naród od drugiego. Wiemy, iż żadne z tych kryteriów nie jest decydujące, by jakąś jednostkę do danego narodu zaliczyć. Są całe społeczności, które znalazły się na pograniczu i nie czują pełnej przynależności ani z tymi na wschodzie, ani z tymi na zachodzie, południu lub północy, ale są w nieustannej z nimi łączności. Są pomiędzy, ich tożsamość jest więc wątpliwa, chwiejna, raz silniej się skłania w jedną, raz w drugą stronę. 
Nie będę wnikać w kwestię, nawiasem mówiąc dziś niezmiernie modną, czym właściwie jest tożsamość, jak się kształtuje, od jakich zależy czynników. Zazwyczaj wymienia się tu jednym tchem terytorium, język, tradycje, pamięć historyczną rozumianą bardzo szeroko; obejmującą nie tylko wydarzenia, lecz symbole, legendy, obiekty takie, jak cmentarze i świątynie, obyczaje itp. Nie ulega chyba wątpliwości, że to głównie pamięć i związane z nią wartości budują świadomość tożsamości pewnych grup ludzkich i poczucie odrębności wobec innych. Do tych czynników, dość oczywistych, dodałabym jeszcze dwa i to nieodzowne. Po pierwsze szeroką społeczną akceptację tej własnej odrębności. I po drugie, uznanie tej odrębności przez innych. Gdyby bowiem tego uznania nie było, poczucie tożsamości mogłoby zostać poważnie zachwiane. Jest zaś oczywiste, że bez poczucia tożsamości żadna zbiorowość przetrwać nie może. 
Tożsamość jest więc wartością. W tej chwili jednak powinny nas interesować bardziej jej patologie, bo one wskazują na przekroczenie granic i to takich, które, jak się wydaje, powinny zostawać nienaruszone. Otóż z poczuciem tożsamości zbiorowej, jaką jest tożsamość narodowa lub państwowa, jest związane silnie poczucie własnej godności. Naród świadomy siebie uznaje siebie i siebie ceni. Ceni swą przeszłość, jej wielkość, swoje państwo własną wolą zorganizowane, swe narodowe nawyki, a nawet swe narodowe słabości. To poczucie godności może się jednak łatwo przekształcić w megalomanię, w zarozumiałość, w przekonanie, że to nasza kultura, nasze obyczaje, nasze wartości są najważniejsze i najwspanialsze, gdy się je porównuje z innymi narodami. O ileż wyżej stoimy my, pijący wino, niż ci, co żłopią wódkę lub whisky. Akceptacja siebie zaczyna się łączyć z pogardą dla innych obyczajów, tradycji, zamykając naród w jego egoistycznym, a z czasem coraz bardziej jałowym trwaniu. Tak bowiem już jest, że wszelki rozwój, wszelkie konstruktywne budowanie przyszłości domaga się otwarcia na nowe idee, nowe wydarzenia i kontakty, na nieustanny dialog z innymi narodami.

Ksenofobia

Ważnym czynnikiem wzmacniającym tożsamość jest więc uznanie przez innych. Uznania tego jednak nie należy się spodziewać, jeżeli nie jest ono wzajemne, jeżeli nie zachodzi nieustanna wymiana w każdej społecznej przestrzeni. Narodowi zajętemu jedynie kultywowaniem swych pamiątek, tego, co uznał za wartości swojskie, narodowi, nieustannie usiłującemu kroić teraźniejszość na wzór swej wyidealizowanej przeszłości, narodowi, który się boi każdego powiewu płynącego z zewnątrz, grozi martwota i całkowite wyobcowanie z rodziny narodów. Tradycja jako bezwzględna zasada życia jest polipem toczącym ludzkie mózgi.
Megalomania narodowa prowadzi do następnej patologii, jeszcze groźniejszej: do ksenofobii i wąskiego nacjonalizmu. Inny staje się obcy, wrogi. Zamiast być źródłem tego, co nowe, co może być lepsze, mądrzejsze, co może warto by przyswoić, a na pewno warto uszanować, inne zaczyna być traktowane jako to, co grozi, co może być niebezpieczne. 
Zamknięcie w sobie łatwo idzie w parze z nienawiścią do tych, co mówią innym językiem, inaczej myślą, inne mają tradycje i obyczaje. I ta ksenofobia może zataczać coraz szersze kręgi, wykluczając poza ich obszar coraz to nowe grupy ludzi. Może więc wyrzucić do wrogiej sobie sfery nie tylko inne rasy, inne narody, ale nawet tych, co należą do własnego narodu, ale inaczej myślą, nie według tych reguł, jakie dana grupa uznała za jedynie prawdziwe dla całości. Zaczyna się dzielić nawet własny naród na tych „właściwych” jego przedstawicieli i niewłaściwych, jakby ci ostatni nie mieli tych samych praw w domaganiu się miejsca we wspólnej pracy. Zwykle ofiarą tego straszliwego ksenofobicznego ograniczania padają grupy o odmiennym niż większość etnicznym pochodzeniu – choć należą do całości narodu. Jak to się w Polsce utarło mówić: masoni i cykliści. 
Jeżeli w tym procesie potęgowania się nacjonalizmu zaczyna odgrywać rolę religia, jesteśmy w tej manii zacieśniania własnych granic bycia blisko przekroczenia granic etycznych i to wszelkiej miary. Tak bowiem jest, że zawężając takie lub inne granice, jednocześnie znosimy inne, które dla życia społecznego mogą mieć o wiele wyższą wartość. Takie dialektyczne sprzężenia spotykamy na każdym kroku.
Nacjonalizm przesycony fundamentalizmem religijnym to symptom daleko posuniętej choroby. Może się ona zacząć niemal niedostrzegalnie, ale jej rozwój bywa rujnujący. Toteż trudno przejść obojętnie obok tych odradzających się ruchów nazistowskich, powracających fal antysemityzmu, lub coraz silniej zaznaczającej się nieufności do każdego Araba. Niegdyś do tradycji mojego kraju, w którym dziś ta ksenofobia nieraz się pojawia, należała tolerancja religijna, o której jeszcze świadczą wiejskie cmentarzyki, gdzie obok krzyży katolickich piętrzą się krzyże prawosławne i unickie, a także nagrobki ozdobione sierpem księżyca lub gwiazdą Dawida. Taki jest też cmentarz pod Monte Cassino – ostatni cmentarz Rzeczypospolitej Polskiej wielu narodów i wielu wiar.
Jeżeli tożsamość narodowa szuka wzmocnienia w jakimś wyznaniu, to jest to znak patologicznego wynaturzenia, które co gorsza, obdziera to wyznanie z jego wielkości i świętości. Wyznania chrześcijańskie bowiem głoszą miłość bliźniego jako swą najwyższą, zasadę, a Koran głosi pokój. 

Porozumienie

Mówię o konieczności komunikacji z innymi, lecz nie mogę negować faktu, że ci inni nader się między sobą różnią. Dlatego bariery, jakie nas dzielą, bywają nieporównywalne. Niektóre łatwo się przekracza, inne są niemożliwe do zniesienia. Nie mogę zrozumieć chłopa, który się znęca nad swym psem, jakby nie był on żywym stworzeniem, nie mogę zrozumieć Czeczena idącego na rynek do sąsiedniej wsi, w wysokiej karakułowej czapce, machającego z fantazją swą góralską laską, za którym wlecze się jego żona z wielkim workiem na plecach, z dzieckiem w płachcie na piersi i pakami ciężkimi w rękach. Nie mogę zrozumieć gestapowca naigrywającego się z Żyda. 
Są to przykłady niewspółmierne, ale dają wyobrażenie, jak trudna jest inność, jak wiele kształtów przybiera i że bywa taka, z którą nie chcemy mieć nic do czynienia, żadnego kontaktu, ten kontakt wydaje nam się czymś nie do zniesienia. To bowiem, co najsilniej dzieli, to zespół wartości tradycyjnych, kulturowych, także moralnych. Dla Europejczyka, ktoś nie szanujący innego człowieka jest kimś, kto się sprzeniewierza podstawowym zasadom bycia, a wiec niewartym nawiązania kontaktu, chyba że w celach pedagogicznych. Tego innego gotowi jesteśmy pouczać. Lecz w zapędzie pouczania nie tylko tych innych blisko nas, i nie tylko tych, którzy jakoś zbłądzili, lecz ludzi innych zgoła kultur, Europejczyk zapuszczał się nieraz zbyt daleko.
Kto jednak potrafi tu nakreślić nieprzekraczalne granice? Kto potrafi rozsądzić, kiedy ekspansja kulturowa ma sens i przynosi piękne owoce, a kiedy niszczy oryginalność tej inności, zaczyna upodabniać, wręcz narzucać własne myślenie i własny kodeks wartości? Stary to problem i niezmiernie dziś aktualny. Łatwość, z jaką rozmaite wzorce bycia rozprzestrzeniają się i przenikają głęboko w mentalność społeczeństw, wzorce, niekiedy nie wysokiej, lecz niskiej kultury, nie powinna być lekceważona. Zdajemy sobie dziś coraz lepiej sprawę z negatywów jak i pozytywów rodzącej się globalnej wioski i budzących się przeciwko niej sprzeciwów. 
Tak już jest, niestety: inny to nie zawsze jest ten, za którego jest się odpowiedzialnym i którego apelu należy słuchać. Wobec tego innego, który chce mnie zabić, pragnę wznieść mur nie do przebicia. Wiem jednak, że mury nie wytrzymują, że czas je kruszy, że więc nie rozwiązują one sytuacji i że jesteśmy na tej ziemi, czy chcemy tego, czy nie, skazani na porozumienie. 

Wartości

Mam przekonanie, że pytanie o granice dotyczące wartości nie jest obojętne ani dla samego człowieka, ani dla kształtu tworzonej przez niego kultury, że tu właśnie pojawia się granica, którą warto uznać za ostateczną. 
Żyjemy w czasach, kiedy samo słowo wartość traci swój sens i gotowi jesteśmy wyrzucić je na śmietnik, a wraz z nim i inne słowa, takie jak prawda, ład, tożsamość. Twierdzimy, że są to słowa anachroniczne, metafizyczne, fałszywe. W pasji negacji zwątpiliśmy w samego człowieka, w jego samodzielne istnienie. A jednocześnie domagamy się dla tego człowieka wolności bez granic. Lecz czyż nie jest tak, że głosząc beztrosko kres człowieka, odrzucając humanizm jako ideologię przestarzałą, a więc także wszystkie wartości, jakie się z nim tradycyjnie wiążą, wznosimy się ponad miarę, o której mówili starożytni mędrcy? Czy nie ogarnia nas lęk widząc, że ta nasza współczesność żąda wyzwolenia od wszelkich norm i ograniczeń, wzniesienia się poza dobro i zło, w pełnym uznaniu dla nihilistycznej w Nietzscheańskim duchu krytyki prawdy?
Jeżeli na drodze owego absolutnego wyzwolenia, które niszczy wszystko, co by ośmieliło się stanąć na jego drodze, dla którego nawet negatywność, jak się wyraził Jean Baudrillard, nie jest już możliwa, skoro nie istnieje nic pozytywnego, znosi się wszelkie granice, to można się znaleźć bądź w świecie uznającym jedynie skuteczność działania, zapominając o tym, że za skutecznością czai się zawsze gwałt, bądź tam, gdzie panuje pełny chaos intelektualny i moralny. Cóż, można wielbić ten chaos, można pogrążać się w nim z całą pasją obnażania i wyzwalania naszych naturalnych, spontanicznych pragnień, często niskich lub wręcz wulgarnych, broniąc ich przed sztuczną naleciałością norm kulturowych, owych, jak to się mówi, irracjonalnych tabu. Lecz niszcząc radośnie każdą pozytywność, druzgocąc estetyczne i moralne normy, możemy się znaleźć w pustce. Przyroda pustki nie znosi. Może zatem pewnego dnia wypełnić ją w nieoczekiwany sposób, którego byśmy zapewne nie pragnęli. Z bezładu najczęściej korzystają siła i przemoc.


Tekst został wygłoszony w Paryżu na Uniwersytecie Marne la Valee podczas konferencji „Marchés, confins, lisieres”.



Prof. Barbara Skarga, ur. 1919. Studiowała filozofię na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Aresztowana przez Sowietów, skazana na 10 lat łagru i zsyłkę. Lata uwięzienia opisała w wydanej pod pseudonimem Wiktoria Kraśniewska książce „Po wyzwoleniu (1944-1956)” (Paryż 1985). Od roku 1962 pracuje w Zakładzie Historii Nowożytnej IFiS PAN. Opublikowała m.in. „Przeszłość i interpretacje” (1987), „Granice historyczności” (1989), „Tożsamość i różnica. Eseje metafizyczne” (1997), „O filozofię bać się nie musimy” (1999). Odznaczona w 1995 roku Orderem Orła Białego. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl