Dawno temu w PRL-u


Obywatelka Piszczyk

Joanna Olech



Przemiany ustrojowe przyjęła z nadzieją i ulgą. Nie straciła na nich, przeciwnie – zyskała. Nie widzi innej drogi dla Polski, jak przez Brukselę i wolny rynek. Zarazem nie oślepła na mankamenty transformacji. Widzi i rozumie, ale siedzi w domu i nie puszcza pary z gęby – paraliżuje ją poczucie winy. Obywatelka Piszczyk – kobieta bez właściwości, bidula bez poglądów. 



Świecka, proeuropejska, bez nałogów, w gospodarce liberalna jak Korwin-Mikke, w polityce społecznej w pół drogi między Matką Teresą a Kingą Dunin, wegetariańska, połowicznie antyglobalistyczna (nie jada hamburgerów, ale ceni sobie czyste toalety w MacDonaldzie), antyterrorystyczna, feminizujaca i prorodzinna... Intelektualnie impotentna. W głowie kasza, w sercu zamęt. 

Świat oswojony

Jasne, że narzekała na PRL... Narzekanie było towarzyskim obowiązkiem i miało swój wymiar heroiczny. Narzekało się na absurdy i uciążliwości systemu, kpiło z komunistycznej celebry – był to obyczaj (w sferze prywatnej) powszechny i nawet pierwsi sekretarze zapewne folgowali mu po fajrancie. Zakneblowana prasa, ocenzurowane media sprawiały, że tylko sfera prywatna była własna, oswojona i prawdziwa. 
Nie najlepiej to świadczy o inteligencji panny Piszczyk, ale do roku 1980 myślała, że wszyscy Polacy są podobni do niej, mają podobne gusta, potrzeby i ambicje. Jej własny wizerunek pasował do wszechobecnego, lansowanego w sferze publicznej wizerunku młodej Polki – uczącej się, aspirującej i, co tu dużo mówić, zajętej bardziej sobą niż naprawianiem świata. Na dodatek uczelnia, na której studiowała, była jak błazeńsko udekorowana szalupa na morzu politycznych awantur. Spożycie wina „Gellala” było tu większe niż gdzie indziej, władza traktowała pannę Piszczyk i jej podobnych jak niepoważnych głuptasów, a im to pasowało. Spory światopoglądowe miały smak i temperaturę wystygłego grysiku i łatwo topniały w kordialnych alkoholowych uściskach. 

Bardzo bierny opór

Tuż przed rokiem 80. i wkrótce po nim zaczęły się wyjazdy na zachód. Patrzyli po sobie – ci, którzy zostali – i zadawali pytanie: „A ty, czy chciałbyś wyemigrować?”. Standardowa odpowiedź brzmiała: „Nic mnie tu nie trzyma, tylko tych parę miejsc, rodzina, przyjaciele”... I to była prawda – apolityczni bonwiwanci, których jedyna polityczna aktywność sprowadzała się do przypinania w stanie wojennym opornika (bardzo gustowny brelok), pojmowali patriotyzm jako przynależność do kilkuosobowego kręgu spajanego wspólnym gustem i językiem – przyjacielskim dialektem. Wychowani na tych samych dobranockach, książkach i lodach bambino, źle się czuli wśród ludzi wychowanych na innych lodach, innych książkach i dobranockach. Nie byli na tyle przywiązani do swoich poglądów, żeby o nie kruszyć kopie – to, co ich łączyło ponad podziałami, to cannabisowe złudne braterstwo i flirty. Nikt nie kontestował, ale i nikt nie donosił – kultywowali bardzo, bardzo bierny opór. 
Być może jedno uderzenie pałą zrobiłoby z panny Piszczyk opozycjonistkę, sęk w tym, że nigdy jej nie było tam, gdzie pałowali. Nie lubi myśleć o sobie jako o koniunkturalistce, wybiera eufemizmy – po prostu długo nie chciała dorosnąć do polityki i kierował nią szczeniacki egoizm. Komunistyczna opresja nie dotknęła jej nigdy wprost, personalnie, po części zapewne dlatego, że była córką Ważnej Osoby. To, co dziś postrzega jako beneficja dla nielicznych, wówczas wydawało jej się oczywistym przejawem troski Państwa o swoich obywateli. No cóż, nie była zbyt przenikliwa... 

Zakładniczka demokracji

Wydarzenia ostatniego dwudziestolecia zmusiły ją do politycznej refleksji, a zarazem upewniły, że nie cierpi polityki w skali makro, wierzy jedynie w małe akty dobrej woli i obywatelskie odruchy, które oby składały się na pomyślność kraju. Segreguje odpady, działa w komitecie rodzicielskim, wspomaga sieroty i powodzian, nie daje łapówek, głosuje, brzydzi się przemocą, wychowuje dzieci najlepiej, jak umie, na więcej nie liczcie. 
Czy wstydzi się, że nie siedziała w pierdlu z Kuroniem i Michnikiem? Tak, bo ma poczucie, że oni wykonali za nią jej część społecznych powinności. Jest to jednak lichy wstyd, bo nie idzie za nim żadna ekspiacja, zadośćuczynienie. Nadal stroni od polityki i pielęgnuje swój personalizm. Ten wstyd czyni z niej jednak zakładniczkę demokracji. Ma poczucie, że nie uczestnicząc w antykomunistycznej opozycji odebrała sobie prawo do krytykowania nowej rzeczywistości. Nie wypada wybrzydzać na to, co się dostało od Kuronia i Michnika za friko. To jest psychiczny knebel i nie ona jedna co dzień go sobie nakłada. Knebel uwiera, poczucie winy frustruje – na dłuższą metę to się musi źle skończyć. 
Co jej dokucza? Odebrane prawo do narzekania – do tego chwalebnego, bezkarnego, towarzyskiego narzekania na państwo, usługi, smak majonezu, jakość dróg i pieczywa. Ledwo coś margnie o zapaści kultury, a już bije się sama po łapach za niesubordynację. Narzekanie na nowy ustrój, na który nie zasłużyła, wydaje jej się niegodne i małostkowe – stawia ją, we własnych oczach, obok Lepperów i Rydzyków. Druga dolegliwość to odebrane prawo do idealizowania durnej młodości, smaku gruźliczanki z saturatora i programu Teleecho (no bo przecież nie plenów KC!). Ledwo się rozczuli na wspomnienie pralki Frani czy pierwszych dzwonów z bistoru, a już czuje na sobie ciężkie spojrzenie profesora Marcina Kuli. 
Często myśli o sobie, że ta inteligencka bezjajeczność to choroba i tęskni za jakimś porządkiem, instytucją, wiarą, która odpowie hurtem na wszystkie pytania. Ale ledwo ją jakaś instytucja przygarnie – już zerka w kierunku drzwi. 

Dyktatura smaku

W PRL-u źródłem dobrego samopoczucia Piszczyków było środowisko i udział w kulturze. Instytucje kultury wydawały się dane na zawsze, a wraz z nimi prestiż całej inteligenckiej warstwy. Wystany w wielogodzinnej kolejce bilet na Konfrontacje czy Jazz Jamboree był słodką gratyfikacją za całą siermięgę kultury masowej. Panna Piszczyk czuła się lepsza, świat ducha wydawał się urządzony przez inteligentów dla inteligentów, ponad głowami panów Babiucha i Szydlaka. 
Kto wie, czy to nie pycha najtrwalej cementuje koterie i towarzyskie kręgi, buduje poczucie wspólnoty nie tyle wokół politycznych poglądów, co wokół intelektualnych i estetycznych upodobań. Babiuchy miały władzę nad materią, Piszczyki nad gustem. W szalupie błaznów ideowa żarliwość nie uchodziła. Wedle ówczesnych estetycznych standardów wszelkie zaangażowanie było w złym guście. Poglądy tolerowano, o ile ubrane były w nonszalancki kostium, głoszone z rezerwą. Jeśli ktoś się nie podobał, nie wypadało go zmieniać, raczej zignorować lub wyjść. Zwłaszcza w wychodzeniu obywatelka Piszczyk osiągnęła biegłość. 
Latem 80 roku modę na dystans zastąpiła moda na entuzjazm. Nastąpił gorszący wysyp poglądów, czy raczej jednego poglądu w dziesiątkach wariantów. Przyjaciele biesiadni panny Piszczyk runęli jak jeden mąż na kolana i w miejsce przechodzonego hippizmu zaczęli demonstrować przywiązanie do patriotycznych imponderabiliów. Ta przemiana wydała jej się niewiarygodna i jawnie koniunkturalna, toteż nie przyłączyła się do korowodu i pozostała przy swoim ulubionym stanie politycznej ambiwalencji. Ostatnia szansa na choćby namiastkę kombatanckiej karty została zaprzepaszczona. Dylemat – czy lepiej być wiecznym outsiderem, czy w porę przylepić się do dna okrętu – pozostał nierozstrzygnięty.
Jeżeli istnieje między jej ówczesnym i obecnym życiem jakiś wspólny mianownik, to jest nim proste pragnienie, aby zachować się przyzwoicie, nie krzywdzić, nie kłamać, nie wyrządzać szkód. Tyle że ta „przyzwoitość” okazała się dziwnie pojemna – tchórzowska, małostkowa, trywialna. Ot, szereg zaniechań... Historia, przez lata obojętna, wzięła Piszczyków pod lupę i wystawiła rachunek za tę podejrzanego autoramentu przyzwoitość. Odtąd żyją z piętnem winy, utwierdzeni w swoim outsiderstwie, nie dowierzający sobie, niezdolni do politycznych uniesień, hibernowani w sceptycyzmie. To czyni z nich grupę zupełnie nieprzydatną ze społecznego punktu widzenia. 
Ci, którzy w ślad za koniunkturą zatoczyli pętlę – od politycznego niebytu... na prawicę... ku lewicy – są, paradoksalnie, grupą dynamiczną, celem umizgów polityków, siłą, która rozstrzyga o układzie sił na politycznej szachownicy. Bezwstyd i brak kompleksów stanowi kwalifikację do udziału w życiu społecznym. Kombatantów odesłano do gablotki w Izbie Pamięci, pięknoduchy odmawiają sobie prawa do uczestnictwa, pozostają cynicy i dotknięci amnezją krzykacze. 

Wróble zamiast papug

Peerel, z definicji raj proletariuszy, z dwudziestoletniego dystansu jawi się jej jako kraina inteligentów, aczkolwiek rządzona przez groteskowych figurantów z oślej ławki. Tymczasem niezasłużona i nieoczekiwana wolność starła w pył wszelkie formy dyktatury – w tym dyktaturę dobrego smaku i tyranię kultury. Pięknoduchy rozpierzchły się w pogoni za mamoną, niedobitki zostały przegnane z inteligenckich rezerwatów na dzikie pola biznesu i reklamy. Po okresie heroicznym Wielka Transformacja pozbawiła obarczonych wstydem piszczykopodobnych ich zabawek – odebrano im inteligenckie radio, telewizję, po trosze nawet Gazetę... Badania opinii publicznej obnażyły straszną prawdę – pawie i papugi są w mniejszości, teraz rządzą wróble. Ten i ów przezorny ptak sam wyskubuje sobie kolorowe piórka (zanim zrobią to za niego szarzy bracia) i, wbrew papuziej metryce, wrzeszczy: Jestem wróblem! Jestem wróblem!
Wolne media uświadomiły obywatelce Piszczyk, że świat nie jest swojski i homogeniczny. Kiedy zabrakło propagandy sukcesu – brała w siebie jak gąbka krzywdy, cierpienia, katastrofy ułomnej ludzkości. Od tego współodczuwania dostała migreny, egzemy, neurozy, opryszczki... na koniec powiedziała „basta” i obraziła się na propagandę schyłku. Jej przestrzeń prywatna skurczyła się do rozmiarów kanapy, na której mieści się zaledwie rodzina. Panna Piszczyk z obawy przed historyczną pomyłką nie potępia, nie feruje wyroków, stara się zrozumieć i kata, i ofiarę... i psa, i kota, i mysz... Od dzielenia włosa na czworo marszczy jej się kora mózgowa. Politycznie poprawna do obrzydliwości. Ze starego hippisowskiego nawyku podlewa kwiatki zgody i pojednania, ale jak widzi chama i demagoga, to pryska jej buddyjski spokój. 
Ni to, ni sio... dusza do wzięcia, inteligencka sierotka bez duchowego ojca ni matki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl