Plastyka


Wakacyjne reminiscencje

Barbara Majewska



Stanisław Skrowaczewski zamykał sezon koncertowy dyrygenckimi występami w Polsce. Sprowadziła go szybko do telewizji niezawodna para rozmówców „Na nowy wiek”, Katarzyna Janowska i Piotr Mucharski. Opowiedział w kilku zdaniach jak, od zawsze, działała na niego sztuka, muzyka, ale także malarstwo. Prostota i siła tego wyznania była tak dojmująca, że aż egzotyczna. Kto u nas tak mówi o działaniu sztuki, o możliwości takiego objęcia dziełem ciała i duszy, takiego poruszenia! Ale Skrowaczewski żyje z dala od rezonerów i kombinatorów, którzy wypychają artystów i zastępują myślenie o sztuce. Jest wolny.
Ta rozmowa na nowy wiek ośmieliła mnie do mówienia o czymś innym niż to, co wynika z obowiązującego kalendarza imprez sztuki współczesnej: Manifesta tym razem we Frankfurcie, „documenta” w Kassel, które przez cztery kolejne lata mają określać kierunek (sens?). Kurator tym razem z Nigerii, wystawa postkolonialna, co ma oznaczać epokę kolonizowania nas wszystkich przez Amerykę walczącą z terroryzmem, jeżeli dobrze zrozumiałam ideową preambułę. W Krakowie reklamuje się Nova art pod patronatem Bunkra Sztuki, w Warszawie w Centrum Sztuki Współczesnej wystawa „Rzeczywiście, młodzi są realistami”. Może niektórzy z producentów (tak nazywa się dziś czasem artystów) i sprawozdawców (których trudno nazwać krytykami) muszą trzymać się kuratorskich wytycznych. Ja wolę trzymać się aktualności sztuki.

Wróblewski: nieobojętność

Nigdy nie pokazywane rysunki, gwasze, akwarele Andrzeja Wróblewskiego, zmarłego 45 lat temu w wieku niespełna 30 lat, kończą właśnie wędrówkę od Warszawy poprzez Gorzów, Olsztyn, Elbląg i Poznań. Prace są własnością córki artysty Marty, organizatorem i kuratorem wystawy jest Joanna Stasiak, młoda malarka i kierowniczka wędrującej galerii „in spe”. Przedmioty, wnętrza, bliskie osoby, widoki, ulice miast, skalne spiętrzenia – wszystko, co było dla niego widoczne tam, gdzie bywał, w Krakowie i okolicach, Tatrach. Ta gorączka, żywość zapisów i obrazów, rytm życia, wyczuwalna obecność nie mają w sobie nic z „ekspresji osobowości” zamierzonej przez artystę i nic z „poszukiwania formy”, tych dwóch postaw dominujących w sztuce XX wieku. Wrażenie współczesności, aktualności, dzisiejszości ineditów Wróblewskiego świadczyć może o tym, że tego sztuce potrzeba dla dalszego rozwoju: nie dominacji artysty nad światem, lecz dominacji świata nad artystą, oczywiście utalentowanym, bez talentu się nie obejdzie... Łapczywość Wróblewskiego na świat, zdolność z nim kontaktu stanowi o sile jego kreacji. Bez względu na bolesność (zawartą w formie, nie w temacie) jest to sztuka wolna od wyobcowania, od alienacji. Ta nieobojętność decyduje o obecności, współczesności Wróblewskiego.

Woszczyński: luz i ład

Drugim wakacyjnym wspomnieniem objąć chcę obrazy Mariusza Woszczyńskiego (ur. w 1965 r., a więc dwanaście lat po śmierci Wróblewskiego), które od paru lat spotkać można tu i ówdzie, ostatnio w galerii na strychach warszawskiej ASP. Wystawa ta wywołała moje zdziwienie, a bez zdziwienia nie ma sztuki. Wiedzą o tym dobrze „skandaliści”, których mamy urodzaj. Często, nie umiejąc wywołać głębokiego zdziwienia, stosują szok, naciskają na pedał jednego pomysłu aż do znudzenia. Zdziwienie oczywiście nie pojawia się, bo trzeba je wypracować. Chyba że polega to na błysku świetnego pomysłu, jak u Althamera czy Bodzianowskiego, akcjonistów nowego typu, perypatetyków. 
Woszczyński, absolwent i pracownik warszawskiej ASP, spokojnie wykonuje swój zawód, uczy, wystawia, uczestniczy w odpłatnej wypożyczalni obrazów, stara się sprzedawać obrazy. Swoją sztukę „robi” jakby z tego, co ma pod ręką, byle jak. Bazgrze pędzlem, a nie rysuje, paćka, a nie kładzie farby. Raz mu spod spodu przegląda biały grunt, raz mniej lub wcale nie, a farba narasta reliefem często jaskrawego, „fowistycznego” koloru. 
Ten „luz” środków malarskich i rysowniczych wziął z okresu studiów (dyplom 1990), z aury czasu. Niczego tu nie wymyślał, niczego nie konstruował, coraz lepiej nad tym swoim bałaganem panuje i stwarza przestrzeń swego świata-obrazu: ludzie pod palmą, ulica i sylweta starego miasta, ktoś na rowerze, drzewa w parku, plaża. Im większy luz, tym większy ład, bo patrzy na świat z wielką zdolnością postrzegania, bo widzi, bo umie, zapewne w dużej mierze intuicyjnie, zorganizować to co widzi, w nową, wykreowaną przestrzeń, przestrzeń sztuki.

Surrealiści: forma i ideologia

Przed wakacjami zakończył się przemarsz surrealizmu przez obie Ameryki i Europę, który zaczął się ubiegłej jesieni. Londyn, Rio de Janeiro, Nowy Jork i wreszcie Centre Pompidou w Paryżu. Wystawa nazywała się „Rewolucja surrealistyczna”, jak pismo grupy wychodzące od 1924 roku. Była to jedna z tych wielkich wystaw, które mogą modyfikować spojrzenie na sztukę. Ale choć do kas ustawiały się nieraz długie kolejki, nie wydaje się, by temat surrealizmu wywołał szerszą debatę.
Kurator wystawy Werner Spies, specjalista od Maxa Ernsta, wybrał obiekty i obrazy z lat 1919-45. Dominacja malarstwa (świetny wybór Ernsta, Massona i Miró) w zestawieniu z tytułem wystawy wzburzyła niektórych komentatorów: rewolucja surrealistyczna miała być nie estetyczna, a polityczna, moralna i filozoficzna. Krytyk dziennika „Le Monde” stwierdzał jednak, modyfikując chyba i własne poglądy, że „surrealiści byli rewolucyjni poprzez formy, które stwarzali, a nie wbrew nim”. Philippe Dagen pisał: „jego [surrealizmu] oddziaływanie polegało na zdolności niektórych uczestników do wpisania idei w formy widzialne, w przedmioty znalezione, wyrażenia ich na papierze i na płótnie”. 
Organizatorzy stwierdzają, że całe nasze podejście do sztuki zostało w dużej mierze ukształtowane przez surrealizm. To, że „surrealizm zszedł pod strzechy”, że wideoklipy, reklama, instalacje i wszelkie zabawy multimedialne nie byłyby możliwe bez wpływu idei i obrazu surrealistycznego – nie podoba się nie tylko ostatnim uczestnikom i bliskim świadkom ruchu, jeszcze żyjącym towarzyszom André Bretona, który zmarł w 1966 roku. Jeden z nich, określając się jako członek grupy paryskiej ruchu surrealistycznego, do dziś jego zdaniem istniejącej, przypomniał surowo po zamknięciu wystawy, że surrealizm potraktowany tu został jak kierunek sztuki, podczas gdy ruch miał „przekształcić świat”, jak chciał Marks, i „zmienić życie”, jak wołał Rimbaud, że był ruchem politycznie zaangażowanym, a nie kierunkiem sztuki.

*

Przypomniał o tym także jeszcze przed otwarciem paryskiej wystawy Jean Clair, dyrektor Muzeum Picassa od 1989 roku, organizator wystaw i wielki rewident awangard, ostro przez wielu krytykowany jako wstecznik i prawicowiec. Clair niedługo po zamachu na World Trade Center wydobył publikacje surrealistów z lat 20., w tym atlas świata, z którego zniknęły Stany Zjednoczone, a Kanada sąsiaduje bezpośrednio z Meksykiem. Ameryka materialistyczna i jałowa ma zniknąć, a depozytariuszem ducha staje się dla surrealistów Wschód, w atlasie upostaciowany przez ogromny Afganistan.
Jean Clair cytuje Aragona z 1925 r.: „Zburzymy tę cywilizację, którą tak kochacie... Świecie zachodni, jesteś skazany na śmierć”. Wspomina także język przekleństw i nienawiści, w jaki obfitowały manifesty i pisma surrealistyczne. Stwierdza na koniec, że fascynacja surrealistów nie wygasła nigdy w kręgach paryskiej inteligencji, fascynacja wschodem, poprzez maoistów 1968 roku, zachwyt Michela Foucault wobec Chomeiniego i „rewolucji irańskiej” i „zakłopotanie” Jeana Baudrillarda wobec talibów. Zainteresowanych odsyłam do dziennika „Le Monde” z 21 listopada ubiegłego roku...
Świat się tak głęboko dziś zmienia, że pod stopami czujemy nieraz niepokojące ruchy. Ale nasze głowy grzęzną w stereotypach. Potrzebni są, także w sztuce, tacy rewidenci jak Jean Clair, natchnieni ze szczyptą szaleństwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl