Polityka dla głupców

Marcin Król



Teoria demokracji opiera się na idei stopniowego zwiększania się liczby oświeconych obywateli, którzy uczestniczą aktywnie w życiu publicznym. Praktyka natomiast pokazuje, że od około stu lat polityka demokratyczna w coraz większym stopniu polega na manipulacji i demagogii, czyli na wykorzystywaniu głupoty.



Nie chcę, by mnie posądzono o wywyższanie się, więc przypomnę znany pogląd Johna Stuarta Milla, jednego z ojców liberalizmu. Mill pisał, że lepiej być człowiekiem niezadowolonym z życia niż zadowoloną świnią, niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym idiotą, a jeżeli idiota lub świnia mają inne zdanie na ten temat, to dlatego, że nie umieją spojrzeć na siebie z zewnątrz. Można przypomnieć wiele podobnych (chociaż może nie aż tak ostro sformułowanych) cytatów z historii filozofii politycznej od Platona poczynając, który używał pojęcia idiota w jego oryginalnym sensie, określającym człowieka niezdolnego do uczestniczenia w politycznej wspólnocie.

Demokracja-manipulacja

Od pewnego czasu (i to wcale nie w rezultacie działania poprawności politycznej, lecz znacznie wcześniej niż o poprawności politycznej zaczęto mówić) nie odważamy się raczej powiadać o części społeczeństwa, że składa się z idiotów, a już na pewno nie odważylibyśmy się powiedzieć, że znaczna większość społeczeństwa to idioci. A przecież tak w gruncie rzeczy myślimy. A skoro tak myślimy – i zapewne skoro tak jest – to jak sobie w demokracji liberalnej poradzić z tym dramatycznym problemem?
Nadzieje liberałów, które liczą sobie już ponad sto pięćdziesiąt lat, polegały na wierze w ludzką naturę, w to, że człowiek z natury chce dążyć do tego, by siebie samego ulepszać i jeżeli tylko stworzy się mu odpowiednie warunki, to wszystko będzie dobrze. Ten optymizm czasów wiktoriańskich i bismarckowskich stosunkowo szybko jednak został rozwiany. Rozwój kapitalizmu, wcale nie równomierny i nie polegający na tworzeniu wielu względnie równych podmiotów gospodarczych (o czym marzyli dziewiętnastowieczni liberałowie), oraz I wojna światowa sprawiły, że do polityki na szeroką skalę (bo też i liczba ludzi uprawnionych do głosowania gwałtownie się zwiększyła) wkroczyła z impetem polityczna manipulacja i demagogia. Wkroczyła i pozostała do dzisiaj. Manipulacja zaś jest możliwa tylko wtedy, kiedy jest kim manipulować, czyli tylko wtedy, kiedy spora część społeczeństwa jej się poddaje. Manipulacji i demagogii poddają się jednak – no może nie zaraz idioci, ale ludzie mniej świadomi zawiłości spraw publicznych.
Rozmiary tej manipulacji, jeżeli porównać lata bezpośrednio poprzedzające wybuch I wojny światowej z obecnym okresem, nieprawdopodobnie wzrosły. Zadziałały tu dwa czynniki. Po pierwsze, polityka zapewne stała się jeszcze bardziej skomplikowana i trudniej ją w sposób prosty wyłożyć masom społecznym. Po drugie, imponująco polepszyły się narzędzia tej manipulacji, z których telewizja stała się oczywiście najlepszym i najważniejszym. Wielki Karl Popper – którego stulecie urodzin obchodzimy w tym roku – w wywiadzie opublikowanym przed kilkoma laty w „Odrze” aż pienił się, kiedy mówił o konsekwencjach telewizji dla polityki. Oburzony (słusznie) bezkarnością i brakiem wszelkiego nadzoru nad kompetencjami dziennikarzy telewizyjnych, postulował założenie korporacji zawodowej dziennikarzy telewizyjnych, podobnej do izb lekarskich czy adwokackich, które by miały uprawnienia (oczywiście nie karne) piętnowania kolegów szkodzących dobru pacjenta, czyli w tym przypadku mas telewidzów. Można sądzić, że prędzej czy później do tego dojdzie, chociaż obecnie telewizja cieszy się zdumiewającą wprost swobodą, jeżeli porównać to, co jest dopuszczalne w telewizji z tym, co jest dopuszczalne w – na przykład – dobrej gazecie codziennej.

Politycy mówią głupstwa, bo...

Skoro politycy za publiczność mają przede wszystkim głupców i dobrze o tym wiedzą, to natychmiast powstaje sprzężenie zwrotne, które polega na tym, że politycy dostosowują swoje wypowiedzi do zdolności percepcji odbiorców. Powoduje to dwojakie skutki. Po pierwsze, politycy po prostu mówią głupstwa i nie przejmują się tym, że mówią głupstwa, bo tak, ich zdaniem – a potwierdzają to fakty – należy się zwracać do publiczności, czyli do społeczeństwa. Wśród rozmaitych metod stosowanych w celu manipulacji opinią publiczną „głupców” poczesne miejsce zajmuje zwyczajne kłamstwo, najczęściej przybrane w szaty obietnicy nie do zrealizowania. Po drugie: politycy, którzy tak wiele czasu spędzają na mówieniu głupstw do głupców, stopniowo ulegają nawykowi i sami głupieją. Nie wszyscy jednak politycy potrafią mówić głupstwa, zwłaszcza, jeżeli są ludźmi inteligentnymi i mądrymi, co się przecież zdarza. Tyle że prowadzi to do swoistego doboru polityków: kto nie umie z uśmiechem na twarzy mówić bez żenady głupstw do głupców, ten odpada. Dlatego też, kiedy (coraz częściej) mamy pretensje do polityków, że nie prezentują takiej jakości, jakiej byśmy oczekiwali, pamiętajmy, iż są oni uwikłani w tę trudną sytuację, a także że jest to dzisiaj zawód, do którego wykonywania zdolne są tylko specyficzne miernoty. Zawód dla wybranych w rezultacie raczej negatywnej selekcji.
Trzeba wreszcie zwrócić uwagę na szczególny charakter słowa wypowiadanego z politycznej katedry. Bez względu na to, jakim zaufaniem darzymy przywódców politycznych i jak ich oceniamy, prezydent jest prezydentem, premier – premierem itd. Ich słowa mają zatem dla nas specjalne znaczenie, a już na pewno mają je dla „głupców”. Wbrew, czy też obok, wielu wyrafinowanym interpretacjom takich zjawisk, jak popularność Hitlera w najbardziej wykształconym europejskim społeczeństwie, warto zdać sobie sprawę, że była to również reakcja typowa dla głupców i że wykształcenie w żadnym stopniu nie zapobiega głupocie politycznej. Podobnie istnieje wiele socjologicznych i politycznych wyjaśnień powodzenia przywódców populistycznych, jak Peron czy Nasser, czy takich jak – w mniejszym stopniu i z gorszymi skutkami – Andrzej Lepper. Wszelako żeby polityk populistyczny mógł mieć powodzenie, ktoś (i to spora liczba ludzi) musi zgadzać się z jego łatwo i prosto przedstawianymi poglądami: że możliwa jest droga na skróty, że wszelkie zło pochodzi stąd, iż wszyscy kradną, czy, by oddalić się od Polski, że wystarczy zabrać bogatym, a biedni przestaną być biednymi.

Postęp czyli regres

Mówi się często o warunkach, jakie powinna spełniać dobrze funkcjonująca demokracja oraz o zagrożeniach, przed jakimi stoi. Ostatnio mówi się o tym jeszcze częściej. Wszyscy teoretycy demokracji powtarzają niemal chórem, że jednym z takich warunków jest istnienie „oświeconych obywateli”, czyli nie-głupców, a co najmniej przewaga takich oświeconych obywateli nad głupcami. Jednak od połowy XIX w. olbrzymia większość filozofów politycznych wiedziała, że jest to ideał czy też warunek nie do zrealizowania. Określano tę sytuację rozmaicie: „bunt mas”, „rewolucja nihilizmu”, „folwark zwierzęcy” czy później: „społeczeństwo masowe”, „ucieczka od wolności”, „samotny tłum” bądź „społeczeństwo konsumpcyjne”. Zawsze jednak chodziło mniej więcej o to samo: o fakt, że z różnych powodów – którymi tu nie będę się zajmował – większość społeczeństwa to „głupcy”, głupcy z natury, z wyboru czy też w rezultacie ogłupiania, ale jednak nie „oświeceni obywatele”. 
Przy okazji warto zwrócić uwagę na fenomen zainteresowania nie tyle zachodniej prasy, ile zachodniej myśli politycznej i socjologii „Solidarnością” – tą z lat 1980-81. Już przedtem Hannah Arendt dostrzegła podstawy dla nadziei w rewolucji węgierskiej 1956 r., kiedy to powstały rady robotnicze i lokalne. W Polsce zjawisko to przybrało nieporównywalną skalę. Dlaczego zachodni socjolodzy i filozofowie polityczni byli nim tak zafascynowani? Bo nagle okazało się, że olbrzymia większość społeczeństwa to nie głupcy, lecz ludzie, którzy chcą i potrafią myśleć wspólnie o swoim dobru. Platoński idiota zniknął z dnia na dzień. Czy jest to dowód na cokolwiek? Na pewno nie na tezę specjalistów od demokracji, że niezbędni są oświeceni obywatele, bo tego o milionach Polaków, którzy przeszli przez wyżymaczkę realnego socjalizmu, akurat powiedzieć nie mogliśmy. Być może jest to dowód na pogląd, który przytoczę w zakończeniu. 
Spróbujmy teraz spojrzeć na problem z większego dystansu. Otóż co najmniej od Oświecenia (a w istocie już w średniowieczu) życie publiczne, i to zarówno polityka, jak gospodarka, oparte były na przeświadczeniu (znakomicie pisał o tym Robert Nisbet), że mamy do czynienia z nieustającym postępem. W bardziej radykalnych wersjach był to postęp jednostek – wszystkich członków społeczeństwa, który składał się na postęp całego społeczeństwa. W mniej radykalnych miał to być postęp elit, które stopniowo podciągały do swego poziomu (wielką rolę miał tu odgrywać dobry przykład, ale czasem i zdrowy snobizm) niższe sfery. Bez idei postępu nie potrafimy zrozumieć obowiązujących w naszej kulturze reguł i norm stosowanych w edukacji, w gospodarce, w kształtowaniu charakterów, czyli w pedagogice, w trosce o zdrowie bądź w kulturze. Trudno było uniknąć tego, by idea postępu nie objęła także polityki, zwłaszcza demokratycznej. Co miał i ma oznaczać postęp w polityce w demokracjach liberalnych? Stosunkowo łatwo to powiedzieć. Coraz większa liczba ludzi dysponuje pełnią praw (politycznych, gospodarczych, społecznych i praw człowieka), jest coraz mniej wszelkiego rodzaju nierówności, coraz więcej wolności, zaś coraz bardziej oświeceni obywatele w coraz większym stopniu mają chęć i możliwość decydowania o sprawach publicznych. Naprawdę jednak postęp nastąpił tylko w zakresie praw. Natomiast w zakresie tego, co określamy partycypacją i reprezentacją, go nie ma. Wynika to z faktu, że polityka stała się terenem dogodnym dla manipulacji i demagogii, a fenomen, że „głupców” jest coraz więcej, trudno uznać za postęp.
Mamy zatem do czynienia z paradoksem o poważnych konsekwencjach. Z jednej strony demokracja liberalna nie może funkcjonować prawidłowo bez (obecnej choćby w zapleczu) idei umiarkowanego postępu. Z drugiej zaś obserwacja sceny publicznej prowadzi do wniosku, że takiego postępu nie ma, a nawet że – być może – mamy do czynienia z regresem. Dotyczy to naturalnie tylko sfery publicznej i polityki, nie zaś cywilizacji, techniki czy społeczeństwa informacyjnego. Często padamy ofiarą złudzenia, że niezwykłe postępy w tym zakresie w jakimś stopniu pomogą czy zrekompensują postęp w sferze polityki. Wiemy jednak coraz lepiej, że tak nie jest. Przeciwnie: internet, na przykład, sprzyja szerzeniu się anonimowej głupoty (choćby w tzw. czatach), nie zaś rozwojowi oświeconego obywatela. Doszło zatem do radykalnego cięcia między teorią demokracji liberalnej i jej praktyką. Powtórzmy: teoria opiera się na idei stopniowego zwiększania się liczby oświeconych obywateli, którzy uczestniczą aktywnie w życiu publicznym, natomiast praktyka pokazuje, że od około stu lat polityka demokratyczna w coraz większym stopniu polega na manipulacji i demagogii, czyli na wykorzystywaniu głupoty.

Światełko w tunelu polityki

Teraz kilka słów o wyjątkach, które dowodzą, że tendencja, jaką obserwujemy w XX i XXI w., nie jest ani konieczna, ani nieuchronna, ani nawet nie wynika z logiki społeczeństwa masowego. Politycy zawsze odwoływali się nie tylko do rozumu, ale także do emocji. Jednak wielcy politycy nie czynili tego przy pomocy demagogii, lecz raczej próbowali skłonić społeczeństwa do przyjęcia określonej wizji świata. W tym też rozumieniu nie byli do końca politykami liberalnymi, gdyż ich propozycje miały charakter edukacyjny, ale były w pewnej mierze narzucane, chociaż bez użycia siły, a tylko mocą perswazji. Takimi politykami – z reguły pada-
ją te dwa przykłady – byli de Gaulle i Adenauer. Przecież to de Gaulle sprawił, że Francuzi wyszli z wojny w poczuciu zwycięstwa, a Francja uratowała się od wielkiej moralnej katastrofy. Adenauer zaś pomógł Niemcom odtworzyć czy stworzyć wizję demokratycznego społeczeństwa z konstytucyjnym patriotyzmem i też uchronił ich od dziesięcioleci poniżenia i samooskarżeń. Politycy ci działali w ramach systemu demokratycznego, lecz nie traktowali swoich wyborców i narodów jako głupców, lecz jak ludzi, którym trzeba pomóc. Dowiedli tym wielkiej odwagi. Dowiedli także, że doceniają roztropność obywateli i nie igrają z ich ewentualną głupotą.
Współcześnie znam tylko dwa przykłady mądrych polityków. Pierwszy to Tadeusz Mazowiecki i jego próba odcięcia przeszłości grubą linią. Chodziło przecież o jasne postawienie sprawy naszego stosunku do ludzi realnego socjalizmu. Istniały tylko dwa korzystne dla społeczeństwa rozwiązania: próbować żyć z nimi normalnie – co proponował Mazowiecki – albo całkowicie ich wyeliminować z życia publicznego – co, jak się wydaje, było niewykonywalne z różnych powodów. Mazowiecki zwracał się do roztropnego społeczeństwa, które przecież w okresie „Solidarności” nie okazywało nienawiści do wrogów. Intencje Mazowieckiego zostały jednak natychmiast przeinaczone przez polityków stosujących demagogię i traktujących wyborców jak „głupców”, a sam Mazowiecki nie miał na tyle charyzmy, by moralnie i emocjonalnie narzucić swój projekt.
Drugi przypadek mądrego (niemal zbyt mądrego polityka, tak że aż żal, iż zajmuje się polityką) to Joschka Fischer. Ten błyskotliwie inteligentny i mądry człowiek o zdumiewającej, jak na polityka, historii osobistej, mimo i wbrew swojej mądrości zdołał uzyskać olbrzymie polityczne poparcie i niezwykłą popularność w Niemczech. Joschka Fischer czasem mówi banały, bo żaden polityk tego nie uniknie, ale nigdy nie stosuje demagogii i zawsze mówi wprost, o ile tylko jest to możliwe (czasem zbyt wprost). 
Okazuje się zatem, że nawet w dzisiejszych czasach, przy takiej dominacji „głupców” i na scenie politycznej i wśród publiczności, możliwe jest uniknięcie sprzężenia zwrotnego między polityczną manipulacją i demagogią a społeczeństwem „głupców”. A z tego wynika, że ta dewastująca demokrację tendencja nie jest nieunikniona. A także, że ludzie, ich większość, wcale nie są takimi głupcami, jakby tego chciała większość polityków, a także niemało myślicieli politycznych. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl