Die Kultur

Marcin Król


W sobotę o dziesiątej rano kawa na barokowym rynku małego miasteczka. Po drugiej stronie już widzimy grupę młodzieży, ze dwadzieścia osób, z dętymi instrumentami. Po chwili zaczynają grać różne marsze i inne utwory. Pytam sąsiadów, co to za święto. Żadne – odpowiadają – „die Kultur”. Zapewne młodzież z lokalnej szkoły muzycznej.
O czwartej kawa na barokowym rynku, tyle że w kawiarni po drugiej stronie z widokiem na (chyba) neogotycki kosciół. Ustawia się młodzież, teraz to już cała symfoniczna orkiestra, dyrygent w wieku artystów, czyli lekko po dwudziestce. Co to za okazja? Żadna – „die Kultur”. Nikt nic im nie płaci, pieniędzy nie zbierają, przyszli i grają, perkusista dobiega w ostatniej chwili, bo jadł lody, ale jako Austriak nie rzucił resztek na ziemię, tylko musiał znaleźć kosz na śmieci. Czytam grubą broszurę na temat tego, co się dzieje w sierpniu w poszczególnych miasteczkach regionu zwanego Wald-viertel. Co najmniej cztery razy będzie w różnych zamkach lub zamkowych ruinach „Don Giovanni”. Naturalnie nie śpiewa ani Pavarotti (on już w ogóle ledwie śpiewa), ani Jose Cura, tylko lokalni artyści. Ale ludzie walą tłumnie.
Następnego dnia jedziemy do Krems, znanego z urody, gdzie nieoczekiwanie w lokalnym muzeum znajdujemy sporą wystawę Paula Klee, potem do centrum miasteczka, gdzie odbywa się święto moreli. Można zjeść ciastko z morelami, popatrzeć, jak facet robi przy pomocy dużej maszyny papkę morelową (zapewne na dżem), lub napić się morelówki. 
Początkowo myślałem, że to wszystko dla zagranicznych turystów, ale oni nie odwiedzają takich dziwnych miejsc, jak my. Więc może raczej dla tutejszych turystów? Też niekoniecznie. Przede wszystkim dla siebie samych. Wprawdzie publiczna telewizja austriacka – niebywałe osiągnięcie, bo jest chyba gorsza od polskiej – pokazuje w soboty i niedziele wieczorami jodlujących starszych panów i zachwyconą publiczność, której przeciętna wieku grubo przekracza sześćdziesiątkę, ale tam, gdzie ludzie sami coś organizują, dzieje się stale coś ciekawego. Lokalnego, ale zawsze na niezłym poziomie i z dużą prostotą. Nikt tych młodzieżowych orkiestr nie anonsował, nikt nie robił halo. Przyszli, zagrali, poszli. 
A ponadto nie kosztuje to wiele pieniędzy. Młodzież ze średniej szkoły muzycznej ma okazję publicznie poćwiczyć, święto moreli to okazja do reklamy, a za „Don Giovanniego” trzeba trochę, nie bardzo dużo, zapłacić. Kto to wszystko organizuje? Ludzie: kupcy, hotelarze, a przede wszystkim władze miejskie i gminne. Każda gmina ma stronę internetową, ale nie taką, jak moja gmina w Polsce, gdzie jest tylko ogólna informacja i kilka zdjęć, tylko stronę podlegającą nieustannym zmianom, gdzie są informacje na temat tego, co się jutro zdarzy (w mojej gminie nic się nie zdarzy).
Piszę w piątek. Dziś, jutro i pojutrze w całej Austrii odbędzie się kilka, a może kilkanaście tysięcy takich imprez kulturalnych, bo czy smakowanie piwa, wytwarzanego tylko w miejscowym browarze i „żywego”, czyli przeznaczonego do natychmiastowej konsumpcji, lub wina, co się zacznie za kilka tygodni, to nie kultura? 
Czego potrzeba, żeby tak było? Dlaczego w Polsce jest w tej mierze tak beznadziejnie? Jeżeli w danej wsi są trzy panie, które razem ładnie śpiewają, to powinny co tydzień wystepować publicznie przez pół godziny (nie daj Boże przez dwie godziny). Jeżeli kilku młodych ludzi razem gra i śpiewa, to natychmiast nie na wesele ich posłać, ale na rynek czy do centrum wsi. I tak dalej. Lokalny malarz też niech sobie zrobi wystawę przez weekend w szkole. Jednak to się nie uda bez tej drobnej pomocy władz: inicjatywy może, zgody na pewno, pieniędzy niekoniecznie. Ale do tego lokalne i państwowe władze powinny wiedzieć, co to jest „die Kultur”; niestety w Polsce nie wiedzą. 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl