Ferdynand wspaniały, czyli krwawy pies

MICHAŁ KOMAR

 


Przez przypadek, od niechcenia, prawdę mówiąc – z nudów, zacząłem kartkować tę książkę, ale kiedy natrafiłem na zdanie „...rosyjski niedźwiedź zawczasu dowiedział się o pojawieniu się na froncie północnym sprytnego lisa” – zdanie świadczące o niepospolitej oryginalności dłoni i umysłu autora, potem zaś na słowa wydawcy, który obiecywał „rozwianie niektórych mitów związanych z mrocznymi latami 1939––1945 w Niemczech”, zrozumiałem, że rzecz należy przeczytać uważnie. Kupiłem więc dzieło Rolanda Kalteneggera pt. „Feldmarszałek Schörner – dowódca ostatniej szansy”, Bellona 2002 (ciekawe, że tytuł przekładu znacząco różni się od tytułu oryginału: „Schörner. Feldmarschall der letzen Stunde”), przestudiowałem z uwagą, teraz zaś chciałbym zanotować, jakie to mianowicie „niektóre mity” gnieżdżące się w ciemnym umyśle czytelnika chciał rozwiać autor wraz z wydawcą, tłumaczem i redaktorem polskiego wydania. 
Ferdinand Schörner był dzielnym oficerem w czasie I wojny światowej, potem entuzjastycznym zwolennikiem NSDAP, w czasie II wojny światowej zyskał żołnierską sławę „zwycięzcy spod Aten” i „bohatera Arktyki” – oraz ogromne zaufanie Adolfa Hitlera, który mianował go szefem narodowosocjalistycznego pionu szkoleniowego Wehrmachtu i nieustannie awansował, aż po stopień feldmarszałka w kwietniu 1945 roku, na czas ostatniej godziny. Jedni żołnierze nazywali Schörnera „szalonym Ferdim”, inni znów „krwawym Ferdinandem”, a Goebbels po prostu „krwawym psem”, z sympatią, jak najbardziej, z sympatią i podziwem, bo świeżo mianowany feldmarszałek „pochwalił – jak cokolwiek ogólnikowo pisze Kaltenegger – zdecydowane kroki zmierzające do totalizacji »wojny azjatyckiej«” i uczynił wszystko, by te zdecydowane kroki zostały wykonane, pętlą na szyję lub kulą w łeb. 
Dzięki metodzie biograficznej prezentowanej przez Rolanda Kalteneggera dowiadujemy się, że w gruncie rzeczy Schörner, „ten wrażliwy mężczyzna o twardym pancerzu i miękkim wnętrzu nieustannie poszukiwał ideału”. Ideałem były: „...umiłowanie ojczystego kraju, krew, honor, a także niezachwiana wierność führerowi”. Polegała owa wierność na wpajaniu żołnierzowi zasad narodowo-socjalistycznych, wpajaniu twardym i bezwzględnym, „z całą ostrością prawa wojennego”. Już by się wydawało, że Kaltenegger jest po prostu apologetą hitlerowskiego wysiłku wojennego w latach 1939–1945, gdy oto nagle autor zmienia nagle front i stwierdza, że choć Schörner był w istocie fanatycznym nazi, karierowiczem znienawidzonym przez część korpusu oficerskiego, „ludowym generałem”, to przecież „o wiele bardziej fanatycznym narodowym socjalistą” był Georg Ritter von Hengl, by nie wspomnieć o generale Dietlu, intrygancie oraz jeszcze bardziej fanatycznym narodowym socjaliście niż Hengl i Schörner razem wzięci, a tak niesprawiedliwie się stało, że von Hengl nie był ukarany po wojnie, gdy tymczasem Schörner został ukarany, a znowu Dietl się wykręcił, bo pomógł uniknąć kary głównej „puczyście z 1944 roku”, do Schörnera zaś wszyscy mieli pretensje. A jak to wiemy, to nic już nas nie zdziwi. Absolutnie nic. Ani wyssane z palca twierdzenie autora, że dzięki postawie Schörnera Rosjanie nie zajęli Bawarii, bo prawdę mówiąc feldmarszałek w cywilnym przebraniu nie miał żadnych szans dowodzenia Twierdzą Alpejską (nawiasem mówiąc Kaltenegger najpierw wkłada sporo wysiłku w udowodnienie, że owa Twierdza przeraziła zarówno aliantów, jak i Rosjan, potem musi jednak przyznać, że twierdzy nie było, była natomiast jej koncepcja). Ani jego zapewnienia, że kiedy prokuratura RFN wszczęła śledztwo w sprawie „feldmarszałka ostatniej godziny” – do władz zgłosili się sami szubrawcy: „setki denuncjantów i oszczerców, rekrutujących się z dekowników i nieudaczników, oficerów pozbawionych awansu i niedocenionych przywódców”, aby złożyć zeznania przeciw feldmarszałkowi, którego serce było przecież „pełne ludzkich wartości”. Ani mająca wzbudzić zrozumienie i współczucie czytelników uwaga, że Schörner odbywał karę w Landsbergu, gdzie „przed nim znalazł się jezuita Rupert Mayer, którego gestapo wtrąciło do twierdzy z powodu oskarżycielskich kazań wygłaszanych przez niego w Trzeciej Rzeszy, aby raz na zawsze zamknąć usta bożego sługi”. Ponieważ byli osadzeni w tym samym więzieniu, to rzecz jasna obu należy się takie samo współczucie... Mayer został zamordowany, Schörner skazany za morderstwa popełnione na żołnierzach niemieckich...
Jeśli zaś idzie o obiecane przez wydawcę rozwianie mitów, to dochodzi do niego trzykrotnie. Po raz pierwszy na stronie 214, gdy dowiadujemy się, że „zarażony ideami socjaldemokratycznymi (...) Schörner groził swoim dowódcom: »Oficer, który nauczy się narodowosocjalistycznych haseł, lecz odejdzie od nich w praktyce, utracił prawo przynależności do mojego korpusu podobnie jak ten, kto nadal jeszcze widzi w narodowym socjalizmie narzuconą formę postawy duchowo-intelektualnej«”. No, proszę, kto by pomyślał, wszędzie ci socjaldemokraci... Po raz wtóry na stronach 388–395, gdzie okazuje się, że osadzony w więzieniu Schörner, zawsze nieugięty, wciąż wierny führerowi jak ta stara sosna bawarska, w 1960 roku uważał za „niezbędne dojście do Uralu”, wypowiedzenie posłuszeństwa „tłustemu burżujowi, śpieszne rozpoczęcie wojny prewencyjnej (która mogłaby trwać naprawdę krótko i oszczędzić obywateli – tylko naszych, ma się rozumieć!”, a w 1962 roku stwierdzał, że „Europę trzeba oddać”, co oznacza „dogadanie się Niemców ze Wschodem: ...w końcu idzie przecież o naszą własną skórę? A jaki amerykański żołnierz (...) pokazał dotychczas gotowość oddania głowy np. za Berlin czy nawet za nas?” Dogadanie się ze Wschodem miało prowadzić do nadania Republice Federalnej statusu państwa neutralnego – wzorem „szczęśliwszej Austrii”. Szkoda, że Kaltenegger, stanowczy antykomunista, jakoś tego wątku nie rozwija... Byłoby ciekawie. Po raz trzeci zaś, gdy dowiadujemy się, że „jego (Schörnera) charakter pisma z wiekiem stał się jeszcze bardziej ujmujący i był dla czytelnika oznaką bystrego umysłu filologa, ale także dobroci, wdzięczności i skromności”. Oddycham z ulgą. Wreszcie spod mgły niedomówień i zmyśleń wyłania się słowo oczekiwanej prawdy: „Przekazany nam przez wiele różnych źródeł obraz Schörnera jako posługującego się szorstką przemocą człowieka władzy tak bardzo nie pasuje do wizerunku przepojonego ideami zachodniego humanizmu żaka (...) Z jednej strony poszukiwał on bowiem wzorem Goethego ideału antycznego piękna w starożytnych ruinach Rzymu, z drugiej zaś właściwa mu obszerna wiedza o zależnościach historycznych uskrzydlała jego żywy umysł, tak że oczyma duszy widział, jak Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego niczym królewna Śnieżka budzi się z tysiącletniego snu do nowego życia”. Nic dodać, nic ująć: ładny charakter pisma, Królewna Śnieżka, krasnoludki, sarenka, zajączek, żółta szarotka, no i Goethe, ze złotą odznaką NSDAP w klapie, dziarsko jodlujący, z leberwurstem w ręku.
 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl