Notatki z festiwalu w Edynburgu


Lato w „Atenach Północy”

Tadeusz Jagodziński z Edynburga



Każdego lata stolica Szkocji ulega nieprawdopodobnej przemianie. Piękny, lecz na co dzień dość senny (w każdym razie z perspektywy Londynu) Edynburg przekształca się w gwarną i zatłoczoną metropolię. Edynburskiego lata nie da się porównać z żadnym innym.



Już od połowy lipca mury z ciemnoszarego kamienia pokrywają się festiwalowymi plakatami. To sygnał dla stałych mieszkańców, którzy chcą uniknąć letnich tłumów, że czas pakować manatki i wynajmować domy przyjezdnym. Kilka tygodni później liczba mieszkańców ulega podwojeniu (a nawet potrojeniu...). W centrum, między Traktem Królewskim (Royal Mile) wiodącym na edynburski zamek a główną arterią handlową Princes Street, kłębią się turyści, a o uwagę przechodniów zaciekle walczą sklepikarze, podwórkowi muzycy i „naganiacze” wciskający przechodniom bilety na niezliczone spektakle i koncerty. 
Festiwal kultury, a ściślej kilka niezależnych imprez – Międzynarodowy Festiwal w Edynburgu, wielki festiwal nieoficjalny, tzw. Fringe, oraz autonomiczne festiwale: jazzowy, filmowy i literacki – staje się w sierpniu prawdziwą osią edynburskiego wszechświata. Wszystko się kręci wokół teatru, cyrku, tańca, muzyki, zabawy...

Gojenie europejskich ran

„Aż wierzyć się nie chce, że ten rytuał odbywa się już pięćdziesiąty piąty raz – mówi w zaciszu biura swojej Fundacji Sztuki Europejskiej Richard Demarco, impresario, krytyk, legenda edynburskich i szkockich kręgów kulturalnych – i że nie przegapiłem dotąd ani jednej edycji”. Zaczynał chodzić na festiwalowe imprezy jako młody chłopak, krótko po wojnie, kiedy grupa „ojców założycieli” tego święta kultury postanowiła przy pomocy sztuki goić europejskie rany po konflikcie z hitleryzmem. „Zorganizowanie festiwalu było wtedy swoistym aktem dziękczynienia za to, że jednak ocaleliśmy, że nastał czas pokoju”. 
Dlaczego akurat w Edynburgu? „Tu była stara, jeszcze XIX-wieczna tradycja organizowania festiwali kulturalnych, zwłaszcza muzycznych... Samo miasto było piękne, mało zniszczone. I z zabytków architektury Edynburga emanowało jakaś siła przypominająca o jedności duchowej i kulturowej kontynentu, który – wbrew niej – zafundował sobie dopiero co podróż przez piekło”. 
Organizatorzy pierwszego festiwalu w 1947 roku za wszelką cenę starali się zaznaczyć niemiecką obecność w tradycji Europy. Najmniej kontrowersyjną dyscypliną, w której można to było wówczas podkreślić bez rozbudzania emocji, była muzyka. Z tej politycznej misji scalania kontynentu po II wojnie światowej niewiele przetrwało do dziś, chociaż w tegorocznym programie Międzynarodowego Festiwalu na pierwszym miejscu figuruje spektakularna i arcyniemiecka produkcja – wagnerowski „Parsifal” pod batutą Claudia Abbado. 
Tradycyjnie już dyrektor Festiwalu Brian McMaster promuje spektakle operowe, zapraszając znakomite orkiestry z najbardziej wziętymi dyrygentami. Milionowe koszty tych przedstawień przysparzają niektórych o ból głowy, u innych wywołują zazdrość. Richard Demarco od lat konsekwentnie publikował jeremiady na temat komercjalizacji sztuki i szkód, jakie wielkie pieniądze potrafią jej wyrządzić. Dziś jakby złagodniał, mówi o tym z pewną rezygnacją... Z nutką rozrzewnienia natomiast wspomina przełom lat 60. i 70., kiedy zaczął podróżować za Żelazną Kurtynę, ściągając stamtąd najciekawsze propozycje artystyczne: m.in. Tadeusza Kantora, który jemu właśnie zawdzięczał zaistnienie na anglosaskiej mapie kulturalnej. 

Kantor i „agent 007”

Ze sterty papierów na biurku Demarco wydobywa nagle fotografię sprzed lat, zrobioną podczas spektaklu „Nadobniś i koczkodanów” w Poorhouse Theatre. Na pierwszym planie Kantor w pozie mistrza ceremonii dyrygujący aktorami, za nim na widowni widać charakterystyczne oblicze... agenta 007. „Sean Connery pomógł nam wtedy w sprowadzeniu teatru Cricot do Szkocji” – mówi Demarco. A chwilę później serwuje anegdotę o tym, jak autor „Umarłej klasy” zareagował na propozycję ściągnięcia do Edynburga Teatru Laboratorium Grotowskiego: „Władze polskie mnie zachęcały, ja nie bardzo się do tego paliłem, bo Grotowski był już znany na Zachodzie, a Kantor nie. Postanowiłem więc wysondować, co Tadeusz o tym myśli, zastrzegając od razu, że twórczość Grotowskiego nie wydaje mi się tak interesująca jak jego. A Kantor na to, prawie siny: »No pewnie, że nie. To przecież mój uczeń, w dodatku złodziej, bo kradł moje pomysły«”. 
Czy ta dawna miłość do polskiej kultury przetrwała próbę czasu? „O, tak – odpowiada Demarco, bezbłędnie recytując litanię nazwisk od Gombrowicza po Witkacego i Schulza. – To moi mistrzowie. A w tym roku też nie zabraknie polskich akcentów, bo przedstawimy zapis hamletowskiego performance zespołu Opera Buffa w szkockim szpitalu psychiatrycznym”. 

Szkocja i świat

Kiedy wychodzimy z biura, rozciąga się przed nami wspaniała panorama Edynburga (miasto jest rozrzucone na kilku malowniczych wzgórzach – stąd „Ateny Północy”) z dominującym masywem zamku. Właśnie trwa tam próba capstrzyku (kolejna turystyczna atrakcja stolicy Szkocji); po zachmurzonym niebie ślizgają się światła reflektorów. Samotny dudziarz w narodowym stroju wygrywa jakiś przejmujący szkocki lament. 
„Nacjonalizm jest towarem eksportowym” – uważa Demarco (sam mieszanego szkocko-włoskiego pochodzenia), krytykując wspieranie przez festiwalowe władze w ostatnich latach przede wszystkim rdzennej szkockiej twórczości bez względu na jej jakość. „To szalenie krótkowzroczne, ale generalnie wpisujące się w zalew tandety, bezmózgowia, któremu trzeba przeciwstawiać prawdziwą sztukę, komunikującą się ponad pokoleniami. Sztukę, która powie prawdę o naszej kondycji również tym, którzy dopiero się urodzą”. 
Ale w biurze festiwalowym Fringe’u (moim drugim przystanku podczas podróży do Edynburga) odpierają jego zarzuty. „Jest bardzo wiele zespołów z zagranicy, mamy zdecydowanie międzynarodowy charakter – zapewnia Martin Reynolds, rzecznik prasowy festiwalu. – A prezentowane spektakle są bardzo wyraźnie zakorzenione w naszych czasach. Przecież dominującym wątkiem festiwalu są w tym roku wydarzenia 11 września: co najmniej kilkanaście spektakli zajmie się rozmaitymi aspektami zamachów i doświadczeniem lęku, jaki wywołały one nie tylko przecież u Szkotów”. 
Nawiasem mówiąc, program tegorocznego festiwalu filmowego dowodzi, że zachodnie widownie po 11 września coraz bardziej chyba chcą się bać, bo wśród edynburskich premier najpowszechniej przykuwają uwagę takie nowości jak „Bundy” (filmowa biografia seryjnego zabójcy z USA), „Baader” (niemiecka fabularyzowana opowieść o jednym z najgłośniejszych lewackich terrorystów, Andreasie Baaderze) i „My Little Eye” (dreszczowiec kanadyjsko-brytyjski, w którym „sielską” atmosferę w telewizyjnym domu Wielkiego Brata komplikuje nieco obecność krwiożerczego psychopaty). 

Sztuka i demokracja

Amatora kulturalnych wrażeń powala z nóg liczba imprez. Sam festiwal nieoficjalny jest prawdziwym molochem: prawie 1500 osobnych spektakli, 619 trup teatralnych. Ktoś policzył, że obejrzenie w całości wszystkich festiwalowych propozycji musiałoby trwać 3 lata i 355 dni. Ci, których to przeraża, a mimo to mają ochotę na bicie rekordów, mogą ograniczyć się do jednego spektaklu, za to z liczącym przeszło 30 słów tytułem („Dzieła zebrane Samuela Becketta, włącznie z tymi, które znaleziono na paryskim śmietniku w kopercie [częściowo nadpalonej] opatrzonej autorskim dopiskiem »Nigdy nie wystawiać. Nigdy! Przenigdy! W przeciwnym razie wytoczę proces. Spoza grobu!«”), albo do dziesięciominutowego zaledwie przedstawienia grywanego w windzie dla jednoosobowej widowni. 
Oczywiście w całym tym festiwalowym zgiełku często nie o jakość chodzi, ale po prostu o rozbudzenie ciekawości czy też wywołanie artystycznego szoku. Edynburg karmi się szokiem, kontrowersją i skandalami, które oliwią tryby festiwalowej machiny. Niemało trudu trzeba więc włożyć, aby oddzielić najlepsze propozycje od tych – najdelikatniej mówiąc – mniej niż przeciętnych. Szkocki festiwal szczyci się duchem demokratyzmu: każdy, kto chce, może w nim uczestniczyć, wystarczy wnieść stosunkowo drobną opłatę oraz wynająć pomieszczenie na występy. 
„Ten duch czyni z uczestników, organizatorów i odbiorców coś w rodzaju wielkiej rodziny – tłumaczy z przekonaniem Martin Reynolds – po prostu zżywamy się ze sobą przez te letnie tygodnie. Najtrudniejszy jest koniec. Wszyscy się rozjeżdżają, miasto pustoszeje. Niebo nad Edynburgiem zaciąga się jesiennymi chmurami. Przychodzi czas depresji”. Szkoccy znawcy przedmiotu mają na to tylko jedną odtrutkę – oczywiście szklaneczkę najprzedniejszej miejscowej whisky. Która, między nami mówiąc, też potrafi czasem być prawdziwym dziełem sztuki. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl