Po co?

JÓZEFA HENNELOWA



Nad książką Joanny Siedleckiej o Zbigniewie Herbercie nie sposób nie zadać sobie pytania o rolę plotki w tworzeniu biografii pisarza. Rola ta w „Panu od poezji” jest wręcz przemożna, plotka jest tu dominująca, już nie to, że gra pierwsze skrzypce, ale wręcz nadaje całej orkiestrze ton wszechobecny. 



Z małymi wyjątkami wszyscy zaproszeni przez autorkę do wypowiadania się uczynili to bez jakichkolwiek oporów i, rzec by można, z nadmiarem dobrej woli. Z tym, że dobra wola jest tu pojęciem nieco umownym. Każdy pojmuje ją po swojemu. Dla jednego będzie to nieposkromiona szczerość odsłaniania wszystkich realiów, najbardziej szczegółowych i przyziemnych. Dla innego – wchodzenie w sytuacje nie zasługujące na utrwalenie, właśnie przez swoją zdawkową sensacyjność (spory w środowisku „Kultury”, konflikty osób trzecich, nieukrywane antypatie wypowiadającego się, które czytelnika mogą nic ale to nic nie obchodzić). Będzie to tworzenie mitów albo ich rozbijanie, będzie to insynuowanie innym intencji, których mogą nie mieć, szukanie pobudek koniecznie niskich, bo w grę wchodzi akurat jakaś wojna ideologiczna. Będzie to wreszcie tworzenie obrazów biało-czarnych, w których każdy szczegół, a zwłaszcza każdy człowiek z imienia i nazwiska wzmiankowany, otrzymuje stempel jednoznacznego wartościowania.
Siedlecka nie jest wyjątkiem w dzisiejszym świecie przekazu pisarskiego i medialnego. Upokarzające odsłanianie najgłębszych intymności, cudzych, ale i własnych, jest coraz powszechniejsze i jeszcze ciągle zdaje się nie dosięgać granicy możliwości. Poniżanie przez wmawianie postaciom, środowiskom, działaniom ludzkim motywów jak najbardziej płaskich, ale za to sensacyjnych, „fotogenicznych”, albo apoteozowanie przez tworzenie dla idola tła jak najbardziej czarnego, to wszystko jest chlebem powszednim naszego czasu. Jednakże na przykładzie akurat tak ważnym, bo odnoszącym się do jednego z największych poetów współczesnych, podarowanych nam dosłownie przez Opatrzność i stanowiących także i na przyszłość źródło bezcennej inspiracji, wszystkie te zabiegi odczuwa się jako wielką i nieuzasadnioną krzywdę – czynioną tak poecie, jak i nam wszystkim. 
Poecie – bo całej masy plot na jego temat, może w dodatku nieprawdziwych, a na pewno mało ważnych, w ogóle znać nie potrzebujemy na to, by móc go czytać z zachwytem. Nam, bo mamy poczucie, że wplątujący go albo w sensacje obyczajowe, albo we wściekłą wojnę ideologiczną, wcale nie przybliżają go nam ani lepiej pozwalają zrozumieć, także i w meandrach biografii. Tak się ma na przykład rzecz z zawziętym wybielaniem jego pierwszych prób pisarskich, a tym bardziej z uporczywym eksponowaniem jego sporów czy antagonizmów w środowisku poetyckim. Absurdalne insynuacje związane na przykład z polskimi Noblami albo szczegółowe rozwodzenia się frustratów czy nienawistników lat stanu wojennego i lat dziewięćdziesiątych nad każdym słowem i gestem chorego poety jako najbardziej niewątpliwym dowodem opcji politycznej Herberta są smutnym dowodem formatu ludzi, usiłujących własną małością trochę bodaj uszczknąć z wielkości poety. Już nie wspomnę o bezceremonialnym i pozbawionym wszelkiej kultury wydobywaniu na pierwszy plan spraw jego życia uczuciowego i małżeńskiego.
Wdzięczność i szacunek należy się tym z rozmówców Siedleckiej, którzy, sami nieraz atakowani, powiedzieli tak niewiele, z taką powściągliwością. Dotyczy to przede wszystkim Czesława Milosza. Nietrudno zrozumieć, dlaczego rozmów na użytek książki odmówiła Katarzyna Herbertowa. Żal pozostaje do autorki „Pana od poezji”, że nie zrezygnowała, jakby należało, przynajmniej z przytaczania in extenso niektórych niepowstrzymanych zwierzeń tak pewnych swego rozmówców. Nie przyniosłoby to żadnej szkody w tym, co najważniejsze, to znaczy w dociekaniu wielkości poezji Herberta, gdybyśmy nad lekturą „Elegii na odejście” albo „Brewiarza” mogli nie mieć w oczach obrazu, który postanowił koniecznie utrwalić jeden z nieprzejednanych przyjaciół: śmiertelnie już chorego poety, który żegna się zaciśniętą pięścią. To nie dar, to krzywda. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl