Droga

Karol Hauser



Droga od stacji Katyń do Memoriału – tak się nazywa słynny cmentarz-pomnik – nie jest długa. Mój rówieśnik, 23-letni Białorusin z Mińska, opozycjonista, dziennikarz – wpadł na pomysł, byśmy na koniec wybrali się do Katynia. Chciał iść pieszo, choć to parę kilometrów.
– To w Rosji, ale tuż za granicą – powiedział. I dodał: – A w zasadzie z Rosją nie mamy już żadnej granicy...

Wolność-narkotyk

– Wiesz, ile razy chciałem na zawsze opuścić Białoruś? A kiedy byłem za granicą – po prostu zostać? Ilekroć wyjeżdżam na Zachód, wolność działa na mnie jak narkotyk. Ale wracam. Gdybym tego nie robił, czułbym się jak dezerter. Wracam. Nawet za cenę utraty tego ,,narkotyku”.
Kilka razy siedziałem w areszcie. Na początku traktowałem to jak zabawę. Dziennikarz z poczuciem humoru – myślałem – spędzi parę godzin w pokoju przesłuchań z umundurowanymi półgłówkami. Okazywało się, że w tym pokoju tylko ja mam ochotę na żarty. Gumowa pała była najlepszą tłumaczką z rosyjskiego.

*

Od kilku lat gryzie go, iż przez jego nieuwagę rodzony brat znalazł się w więzieniu. Niósł do BFN (Białoruski Front Narodowy, grupujący resztki opozycyjnych ugrupowań sprzed 1994 r., ostatniego roku białoruskiej demokracji) teczkę z formularzami wypełnionymi przez ludzi chętnych do współpracy z opozycją. Było tam również zgłoszenie brata. Nagle ktoś podbiegł, wyrwał mu teczkę i uciekł. Kilka tygodni później brata aresztowano pod zarzutem dokonania morderstwa. Na adwokata rodzina wydała wszystkie oszczędności, mimo to w czasie procesu okazał się dziwnie nieskuteczny. Przegrali. – Najśmieszniejsze jest to, że w dniu rzekomego morderstwa brat przez cały czas był z nami w domu. 
Po wielu rewizjach mieszkanie przypomina pobojowisko. Po rozprawie nie stać ich na remont. – Nie boję się – powiada. – Człowiek do wszystkiego jest się w stanie przyzwyczaić. Do strachu też. 

Niepodległość: śnieg na głowę

Droga do Katynia zdawała się nie mieć końca. – Sześćdziesiąt lat temu oni też tak szli... – zacząłem. Od razu mnie poprawił: – Najczęściej wiózł ich na miejsce kaźni „czornyj woron” (tak nazywano ciężarówki). Długo szliśmy w milczeniu. – Zginęli za niepodległość... – powiedział i nagle wybuchnął: – Mój kraj na nią nie zasługuje! My jej po prostu nie rozumiemy. Dostała nam się po rozpadzie imperium. Jak śnieg na głowę. Znikąd. Za nic.
Dziś już wiem, że naród musi ją sobie wywalczyć. Wtedy poczuje jej wartość.
Tą walką nie musiała być krwawa rewolucja. 

*

– Jak więc to wszystko zmienić? – pytają cudzoziemcy, którzy coraz mniej rozumieją Białoruś i coraz rzadziej tu bywają. W jednym z miast wschodniej Białorusi trzej działacze opozycyjnego Młodzieżowego Frontu Narodowego (współpracującego z BFN) siedzą za przykrytym suknem stołem, niczym w prezydium z czasów sowieckich, choć w tle nie ma Lenina, lecz czerwono-biało-czerwona flaga i Pahoń (Pogoń). Tak bywa często: choć ich siedziby mieszczą się w barakach, pokoikach w suterenach, to jednak wewnątrz zawsze znajdzie się stół z suknem, za nim działacze, za nimi flaga i herb niepodległej Białorusi. 
– Kiedyś Białoruś stanie się wolnym krajem – mówi ten w środku – do czego w dużym stopniu przyczyni się młodzież. 
– Trzeba sprawić, by nasza ojczyzna była normalna – dołącza ten z lewej. – Jeżeli my tego nie zrobimy, to kto? Nasze dzieci muszą żyć w wolnym kraju! 
A po nim patos: – Trzeba wierzyć! – podnosi się ktoś z prawej. – Trzeba walczyć! – wstaje ten z lewej. – Po co nam walka, jeśli nie ma wiary? – dodaje ktoś ze środka – Zwyciężymy! Bez względu na wszystko zwyciężymy! 

*

– Wyjściem byłaby edukacja poprzez wysyłanie młodych na Zachód, żeby zobaczyli, jaką drogę przeszły Czechy, Węgry, Polska czy wschodnie Niemcy. Ale na to nie zgodzą się władze. 
A naszej władzy się nie przekona. Więc co? Zmienić ją? Wiele razy zastanawiałem się, jaki kierunek obierze Białoruś. Czy potrafi zmienić reżim w drodze demokratycznych wyborów? Czy możliwy jest u nas scenariusz polskiego ,,okrągłego stołu”? A może ,,wariant rumuński”, czyli śmierć dyktatora? Nie. Ani wybory, ani ,,stół”, ani niczyja śmierć nie zmienią najważniejszego – mentalności. 
Dziś podstawowe znaczenie ma pieniądz. To on staje się gwarantem politycznych przemian, modyfikując ludzką mentalność. Ale pieniądz wynika z poczucia własności, a u nas nie ma własności prywatnej, wszystko nadal jest państwowe, co najwyżej – dzierżawione od państwa. Bez konieczności dbania o swoją własność łatwo popaść w lenistwo, stracić obywatelską – czujność! 
Bez wykształcenia potrzeby własności trudno wyobrazić sobie wolność. Na cholerę mi własny kraj, jeżeli nie mam własnego mieszkania, samochodu, kawałka ziemi! W Rosji ludzie zaczynają chłonąć ten bakcyl. Trudno byłoby im odebrać to, co od niedawna mają. Tam zmiana mentalności już nastąpiła. 
I jeszcze coś, co mnie wk... – mój naród jest rozpity. Wódka jest u nas niewiele droższa od chleba i skutecznie zalewa ludziom mózgi, osłabiając czujność, o której mówię. Łatwo im się zgodzić na zamordyzm, wyzbyć się wolności w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa, które oferuje ,,Łuka”. Tak jest najłatwiej. To utrwala w nich przekonanie – rodem z komuny – że wszystko im się należy i o nic nie muszą zabiegać.

Integracja: izolacja

Idziemy do Katynia, a rozmawiamy o wolnym rynku? Chyba czytał w moich myślach, bo powiedział: – Może dlatego polegli, żebyśmy teraz rozmawiali o Europie? 
Jest zwolennikiem wolnego rynku, jako jedynego sposobu na odwrócenie losu Białorusi, ale boi się integracji europejskiej sąsiadów, tego że Polska, Litwa i Łotwa wkrótce staną się członkami Unii. Nie widzi w tym szansy dla swojego kraju. Nie chce zauważyć, że tuż obok znajdzie się wspólnota państw, w których poszanowanie praw człowieka, demokracja oraz handel będą czymś naturalnym. Uważa to nawet za niepoprawny optymizm. 

*

– Nie wierzę, że za kilkadziesiąt lat Białoruś dostałaby szansę na członkostwo. A jedyne, co możemy dzięki waszej integracji zyskać, to przygnębiające poczucie izolacji. 
To paradoks, ale w tej kwestii duża część naszego środowiska ma podobne zdanie jak rząd. Dla Łukaszenki integracja jest ,,zdradą idei panslawizmu”, a tak naprawdę jest wściekły, że sąsiadom wiedzie się lepiej. 
Nami z kolei powoduje strach, że nagle wyrośnie mur, który ciężko będzie przeskoczyć. Mogłoby się wydawać, że istnieje on od dawna, przynajmniej od 1994 roku (kiedy prezydentem został Aleksandr Łukaszenka), świadczy o tym choćby polityka Polski. To był jednak tylko murek! Dawno nauczyliśmy się go przeskakiwać. Jeździliśmy do Polski, Czech, na Litwę, studiowaliśmy, organizowaliśmy pomoc dla opozycji. Teraz będziemy żebrać o wizy, wystawać w kolejkach przy ambasadach. To wyzwala w nas frustrację.

Polityka: to idzie z serca

– Jeżeli mówimy o Białorusi demokratycznej i świadomej swej odrębności narodowej, będzie to kraj stworzony przez moich rówieśników. Przepaść pomiędzy starszym a młodszym pokoleniem jest tak ogromna. Ten podział widoczny jest wszędzie, nawet w rodzinie. 
Nie chodzi tylko o demokrację i niepodległość. W wielu przypadkach rodzice nie potrafią porozumieć się po białorusku z dziećmi. Z mamą rozmawiam wyłącznie po rosyjsku. Mama rozumie ten język, nie ma nic przeciwko, ale uważa to za moją fanaberię. Tylko 2 proc. społeczeństwa mówi poprawnie w języku narodowym, a wśród nich największy odsetek stanowią 20-parolatkowie, jak ja. Reszta albo mówi trościanką (mieszaniną białoruskiego z rosyjskim), albo po rosyjsku. 

*

Młodzi są największą grupą w Białoruskim Froncie Narodowym (BFN). Jaką rolę spełniają w opozycji?
– To złożone zagadnienie. Tak jak białoruska opozycja. Są z różnych opcji, mają zatem różne wizje przyszłości kraju. Łączy ich jedno – niechęć do Łukaszenki. Są wśród nich idealiści, ale są i szumowiny. 
Przykład tych ostatnich to ,,grantosmokci”, żyjący z wyłudzania grantów od zachodnich instytucji. Zaczyna się pięknie, powstaje projekt prezentowany fundacjom, które z Polski albo z Unii wspierają demokrację, społeczeństwo obywatelskie. Projekt zakłada np. szkolenie dziennikarzy lokalnych mediów, potem stworzenie przez nich redakcji i gazety, potem jej drukowania. Jeśli jest dobry, ma szansę na sfinansowanie. Okrągła suma w dolarach lub euro trafia na Białoruś, ale bywa, że zamiast wspierać demokrację, wspiera lodówkę ,,dzielnego opozycjonisty”. Jestem świadom, że mówiąc o tym, otwieram puszkę Pandory, ale zjawisko to narasta. Szczególnie chętnie pokazują je reżimowe media, częściej można to usłyszeć od ,,stukaczy” (inwigilatorów, donosicieli). 

*

Znam jednak ludzi uczciwych, trudno zapomnieć młodych działaczy z innego miasta, na wschodzie kraju, ich pasji i zaangażowania, ambicji i wizji. 
– Polityka? – zastanawia się pierwszy. – To nie jest zwykłe zajęcie. To idzie z serca. Walczymy o utrzymanie języka i kultury narodu, któremu grozi status rosyjskiej kolonii. 
– Nie uważam się za polityka – twierdzi drugi. – Czuję się jak mieszkaniec domu, w którym ktoś zrobił straszny bałagan i teraz trzeba posprzątać. 

*

– Nasze zaangażowanie w sprawy kraju często niesie z sobą poważne konsekwencje. Dotyczą nie tylko nas, ale i naszych rodzin. To opozycjonista musi liczyć się z tym, że w każdej chwili on lub ktoś mu bliski może stracić pracę, nie otrzymać należytej opieki lekarskiej lub świadczeń socjalnych. Cóż, nie ma innej rady, tylko oswoić się z tym. I mieć jasno określony stosunek do państwa białoruskiego.
 
Rozbicie: łabędź, szczupak i rak

– Większym problemem niż pochłaniacze grantów jest rozbicie i skłócenie opozycji, które nie omija środowisk młodzieżowych. 
Na politykę wpływają u nas Rosja i Zachód. Dlatego też i opozycja dzieli się na prorosyjską i prozachodnią. Jedni chcą na zachód, drudzy na wschód, a trzecich ciągnie do tyłu, czyli w przeszłość, do wspomnień po ZSRR. 

*

W orszańskiej centrali BFN (stół, flaga, Pahoń): – Przede wszystkim musimy zjednoczyć całą opozycję. Żebyśmy nie pracowali tylko na swój rachunek. Trzeba być razem. 
Choć słyszałem to niemal wszędzie, jedność jest marzeniem. Sytuację komplikuje to, że władze opozycji oraz wielka część jej sympatyków są skoncentrowane w stolicy. 
Nowoczesne, skomputeryzowane biuro w mińskim Centrum Informacji o Organizacjach Pozarządowych wyraźnie kontrastuje z placówkami opozycji na prowincji. Tam są to najczęściej odrapane baraki. Nie ma pieniędzy: na papier do drukarki, materiały biurowe, rachunki za prąd i telefon. Jeśli jakakolwiek pomoc z Zachodu trafia na Białoruś, to lwia część zostaje w Mińsku. 
– A najwięcej działaczy jest właśnie na prowincji – oburza się student w Homlu. – Jeśli taki ośrodek jak nasz ma problemy finansowe, to co musi się dziać na jeszcze większym zadupiu, gdzie też są struktury organizacji? 
– Niedawno w Polsce odbywało się ciekawe szkolenie na temat samorządów – mówi młody mohylewianin. – Nikt z nas nie dostał zaproszenia. Dzwonisz do Mińska, prosisz: ,,dajcie jakieś pieniądze, chcemy się czegoś nauczyć, pojechać, prądu w biurze nie mamy!” i jedyne, co usłyszysz, to ,,sorry, nie ma kasy”. 
Inaczej patrzą na to pracownicy mińskiego Centrum. Jedna z dziewczyn spokojnie wyjaśnia: – Nie można mówić o konflikcie interesów. Mińsk w porównaniu z innymi miastami jest bardziej doświadczony. Nasze organizacje od wielu lat zajmują się pozyskiwaniem grantów, organizacją różnych imprez. Projekty tworzone w Mińsku trafiają do znacznie szerszej grupy odbiorców. 

Dekrety prezydenta: znikąd pomocy

– Sytuacja organizacji pozarządowych pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Od 1994 stowarzyszeń przybyło, ale pracę utrudnia się im na wielu frontach. Dla zarejestrowania się trzeba składać niezliczoną ilość papierów, chodzić od urzędu do urzędu. Gdy już wydaje się, że wszystko jest na dobrej drodze, w ostatniej chwili przychodzi z sądu pisemko, które bez żadnych wyjaśnień zabrania rozpoczęcia działalności. Dlatego większość organizacji funkcjonuje nielegalnie. 
Ostatnio ciekawym zjawiskiem jest zakladanie organizacji przez państwo. Chyba po to, żeby zatrzeć zle wrażenie, jakie zrobiło postępowanie władzy wobec aktywności obywatelskiej. 
Wobec nas polityka władzy od początku jest jednoznaczna. Obowiązuje dekret prezydenta zabraniający przyjmowania pomocy z zagranicy. Jeśli się do tego doda brak dotacji państwowych, staje się oczywiste, że władza chce zdusić organizacje wolnościowe. 
A organy państwa działają wyjątkowo perfidnie. Przychodzi policja podatkowa i sprawdza papiery. Skąd to, skąd tamto. Jeżeli się nie rozliczysz, płacisz takie pieniądze, że niejedna organizacja czy gazeta przestaje potem istnieć. A jeśli znajdzie się ktoś, kto chce nam pomóc, od razu zaczyna odbierać telefony z pogróżkami. Preparuje się różne świństwa, żeby takiego człowieka skompromitować, zwalnić z pracy, wyrzucić ze studiów. 

Lekarstwo na depresję: okrągłe stoły

Wielu przyznaje, że mieli moment zastoju w czasie ostatnich wyborów prezydenckich. Najpierw opozycję zmobilizowała wielka nadzieja, że zdoła je zbojkotować, a potem nastało jeszcze większe zwątpienie z powodu marnego efektu tych planów. 
– Teraz widać nowe, wzmożone zainteresowanie naszym działaniem – słyszę w stołecznym Centrum. – Nie tylko w Mińsku. Wszystkie ośrodki w kraju zauważają podobny proces. 
Źródła mówią o 519 organizacjach, z których tylko niektóre są zarejestrowane. Czuwają nad nimi, zlokalizowane w stolicy, centra. 
Część zajmuje się tworzeniem tzw. Systemów Obrony Zespołowej. – To opieka nad organizacjami, która przydaje się, w sytuacji trudności ustawodawczych – mówi Alosza, prawnik i działacz jednego z nich. – Nasi prawnicy uczestniczą w procesach, służą informacją. 
Mikołaj z Grodna, 26-letni historyk-amator, od dwóch lat kieruje stowarzyszeniem, oczywiście nielegalnym, które szerzy wiedzę historyczną i kulturową wśród Białorusinów oraz uświadomamia ich przynależnoś do Wielkiego Księstwa Litewskiego. – Organizujemy warsztaty i seminaria historyczne. Zainteresowanie jest nieduże. – ocenia. – Zależy nam, żeby na każdym spotkaniu zbierała się grupa reprezentująca różne środowiska. Staramy się przyciągać ludzi, by wyrobić w nich zainteresowanie prawdziwą historią, której w szkołach czy uczelniach nikt teraz nie wykłada. W podstawówkach nie jest najgorzej – twierdzi – tam nauczyciele w dużej mierze decydują czego i jak będą uczyć, natomiast na uczelniach powraca się do wykładania sowieckiej historii. Korzystający z naszych prac mają od 20 do 40 lat. Starsi nie mają ochoty badać swojej tożsamości.
Kolejne grupy opracowują programy tzw. okrągłych stołów tematycznych, aby omówić jakiś problem, zaprasza się do debaty przedstawicieli różnych opcji politycznych, wyznaniowych oraz reprezentantów różnych pokoleń i środowisk naukowo-artystycznych. Przy ,,stołach” zasiadają młodzi, aby dyskutować o demokracji, ochronie środowiska, społeczeństwie obywatelskim, mediach, gospodarce. – Łukaszenka ma zwolenników przede wszystkim na wsi, wśród ludzi starych. Młodych już sobie nie kupi – przekonuje jeden z dyskutantów. 
Raz w roku zbiera się kongres zrzeszonych organizacji, na którym podsumowuje się wykonaną pracę oraz ustala zadania na następny rok. – Dzięki „okrągłym stołom” mobilizowaliśmy się i wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sami, możemy wymieniać się doświadczeniami, koordynować działania – mówi Mikołaj.

*

Na słynnym cmentarzu byliśmy sami. 
W pewnym momencie w ciszę wdarły się dziecięce głosy wycieczki szkolnej ze Smoleńska. Grupę rozbrykanych dzieciaków, wychowawczyni próbowała utrzymać w ryzach: – Dzieci! Tu znajduje się zbiorowa mogiła żołnierzy poległych w II wojnie światowej. Zwróćcie uwagę na piękny dzwon, który tu wisi. 
I uruchomiła mechanizm wprawiający dzwon w ruch. Nie minęło dziesięć gongów i wszyscy się rozeszli. 
– Lekcja poglądowa historii w rosyjskiej podstawówce... – zacząłem. 
– Zazdroszczę ci – przerwał. 
– Czego? 
– Nawet tego, że masz swój Katyń, a na nim grób jednego ze swych przodków. Bo w moim kraju zabija się nawet pamięć. Przez mogiły zamordowanych w podstołecznych Kuropatach, przez białoruski Katyń przebiega wielopasmowa szosa. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl