Herbert zdemaskowany

ANDRZEJ FRANASZEK



Zbigniew Herbert jako Wielki Nieobecny swej nowej biografii? To przesada, ale mająca w sobie ziarno prawdy.



Poświęcona Zbigniewowi Herbertowi książka Joanny Siedleckiej, rzecz o niezręcznym tytule „Pan od poezji”, budzi wątpliwości i prowokuje do postawienia autorce szeregu zarzutów. Najpierw jednak należy oddać jej sprawiedliwość.

Zakładnik mitu

Walorem tej biografii jest z pewnością stojąca za nią olbrzymia i żmudna praca dziennikarska. Siedlecka dotarła do imponującego grona osób, które w jakiś sposób związane były ze Zbigniewem Herbertem. Pojawiają się więc w książce członkowie bliższej i dalszej rodziny, przyjaciele i znajomi z kolejnych etapów życia poety: lwowskiego dzieciństwa i młodości (uczniowie szkoły powszechnej, gimnazjum imienia Kazimierza Wielkiego, przemianowanego wkrótce na sowiecką dziesięciolatkę...), Krakowa, Torunia, Sopotu, Warszawy, Paryża, wreszcie ludzie, którzy z Herbertem tylko przelotnie się zetknęli, ale zapadł im w pamięć, pamiętają jego charakterystyczne wypowiedzi czy zachowania. Efekty tej pracy mają zatem wielkie znaczenie dokumentacyjne, zwłaszcza że czasem, jak w wypadku wypowiedzi Olgi Scherer czy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego są to materiały unikatowe ze względu na późniejszą śmierć rozmówców. Poszukiwania przyniosły też obfity plon w postaci nieznanych dotąd szerzej fotografii czy dokumentów: Herbert jako ministrant, jego wpis w pamiętniku szkolnej koleżanki, arkusz egzaminacyjny z krakowskiej Akademii Handlowej etc.
W gruncie rzeczy, zwłaszcza w partiach dotyczących dzieciństwa i młodości, jest to pierwsze dokładne opisanie życiorysu poety, wychodzące poza garść znanych nam wcześniej, podstawowych faktów. Co jeszcze ciekawsze, Siedlecka postanowiła sprawdzić biograficzne informacje, które podawał sam Herbert, czego dotąd bodaj nigdy dokładnie nie zrobiono. Najbardziej spektakularnym tego przykładem jest sprawa zaangażowania przyszłego autora „Raportu z oblężonego Miasta” we lwowską, a później krakowską konspirację. Nie wdając się w szczegóły, Herbert twierdził, iż był członkiem podziemia, ukończył AK-owską podchorążówkę, a nawet dowodził oddziałem w akcji. Ceną miała być rana postrzałowa nogi, okaleczenie: Herbert nieznacznie kulał, ułomność tę – pamiętamy – podnosząc do rangi metafory w wierszu „O dwu nogach Pana Cogito”. Konspiracyjna przeszłość, ofiara złożona Ojczyźnie pasowały do wizerunku polskiego poety, przedstawiciela pokolenia „Kolumbów”, którzy – jak Baczyński czy Gajcy – nie wahali się poświęcić życia za Sprawę. A także do postaci Sprawiedliwego, depozytariusza wartości, o wypełnienie duchowego testamentu zmarłych walczącego ze znikczemniałym światem, po roku 1989 – światem zgniłych kompromisów, historycznej amnezji, pomieszania dobra i zła.
Tymczasem z książki Siedleckiej wyłania się obraz zgoła odmienny. Autorka nie znalazła żadnego dowodu, który potwierdzałby podziemne zaangażowanie Herberta. Jego nazwiska nie ma w materiałach londyńskiego Studium Polski Podziemnej, nie pamiętają go też żadni żyjący świadkowie tamtych wydarzeń, jak choćby prof. Jerzy Węgierski – jeden z dowódców, a później historyk lwowskiego podziemia. Siedlecka kreśli portret chłopca, który w nic poważnego się nie zaangażował, nie wykroczył poza drobne (lecz niebezpieczne) gesty uczniowskiego oporu wobec sowietyzacji. Lata obu okupacji mijały mu przede wszystkim na nauce. Wiele miesięcy spędził w łóżku jako rekonwalescent po wypadku na nartach, w którym złamał nogę, źle przez lekarzy złożoną i od tego czasu krótszą.
Miast smukłego podchorążego AK (sprężysty krok, oficerki, kieszeń płaszcza wypchana pistoletem) widzimy chłopca chodzącego o lasce, później maskującego kalectwo, raczej nieśmiałego, pozostającego zwykle na uboczu, we własnym, w gruncie rzeczy nieznanym nam, świecie. Zobaczmy go, gdy stara się sobie samemu zrekompensować brak uczestnictwa, retuszuje życiorys, a później od stworzonej fikcji nie może już się uwolnić, sam może w nią wierzy. Jeśli ustalenia Joanny Siedleckiej są prawdziwe, stary Herbert, wyzywający politycznych przeciwników na ubitą ziemię, mianujący się pułkownikiem, dowódcą Królewskiej Samodzielnej Brygady Huzarów Śmierci (i wyrabiający sobie stosowną pieczątkę), wreszcie wyznaczający różnych poruczników czy adiutantów, jawi się jako zakładnik własnego mitu.

Pomyłki, błędy, dłużyzny

Czy jednak do końca można zaufać tym ustaleniom?
Wątpliwości budzi kwestia sprawdzenia informacji, które Siedlecka uzyskała od swoich rozmówców. Jej książka to w znacznie większym stopniu zapis cudzych głosów niż tekst odautorski, takie zresztą było świadome zamierzenie pisarki, mówiącej we wstępie o reporterskim „patchworku”. Przyjęta metoda odsłania jednak swoje ograniczenia. Stąd np. liczne powtórzenia, dłużyzny, powracania tematów już poruszonych, a więc warsztatowe wady, których w „Panu od poezji” sporo. Niedostatki krytycznego namysłu, bo niestety takiej oceny trzeba tu użyć, są też przyczyną mnóstwa błędów merytorycznych: od najdrobniejszych, a więc przekręconych nazw czy tytułów: popularną krakowską gazetą jest... „Dziennik Zachodni”, tytuł słynnego wiersza Adama Zagajewskiego zamiast „Jechać do Lwowa” brzmi tu „Pojechać do Lwowa”, zaś Herbert dedykuje Janowi Józefowi Szczepańskiemu „Trzy serca”, podczas gdy w rzeczywistości chodzi o „Małe serce” z tomu „Elegia na odejście” itd.; poprzez poważniejsze, jak błędne wskazania geograficzne, czy pomyłki w określeniu stopnia pokrewieństwa między poetą a innymi członkami rodziny Herbertów, przede wszystkim Ludwikiem Herbertem, kolaborantem, który zginął z wyroku AK.
To wszystko mieści się w zakresie błędów spowodowanych zapewne zbyt pośpieszną pracą i brakiem wydawniczej adiustacji. Niedbałość stawia jednak pod znakiem zapytania rzetelność. Czy brak uwagi w sprawach małych nie ma konsekwencji i w poważniejszych?
Jeden z ostatnich rozdziałów książki opowiada jak Herbert, pod pseudonimem „Mak”, na krótko przed śmiercią publikował wiersze w post-paxowskim dzienniku „Słowo”. Hipoteza jest efektowna, bo po pierwsze wskazuje powrót do początków, a więc do wczesnych lat 50., gdy młody poeta współpracował z „Dziś i Jutro” oraz właśnie „Słowem Powszechnym”. Po drugie – oznacza, czy to dramatyczną sytuację finansową (wybitny twórca szykanowany przez środowisko za swe niepokorne poglądy...), czy przynajmniej gest przekory, jeszcze jedno wcielenie, maskę, grę, toczoną przez autora „Pana Cogito”.
Sęk w tym, że po publikacji książki Siedleckiej domysł ten dementowała redaktorka „Słowa”, która pośredniczyła między redakcją a ukrywającym się pod pseudonimem twórcą. Nie sposób też po prostu uwierzyć, by autorem obficie cytowanych w „Panu od poezji” utworów „Maka” był Zbigniew Herbert. Jakkolwiek jego dwa ostatnie tomy, „Rovigo” i „Epilog burzy”, nie stoją (zasadniczo rzecz biorąc, bo są też bardzo istotne wyjątki) na tym samym poziomie, co np. „Pan Cogito”, niemniej jednak widać w nich, iż do ostatnich chwil Herbert zachowywał świadomość warsztatu, twórczą dyscyplinę, po prostu artystyczną klasę. Trzeba dużej dozy estetycznej niewrażliwości, by uwierzyć, iż ponura grafomania ze „Słowa” mogła wyjść spod jego pióra. A w każdym razie – by zdecydował się on na jej publikację.

Pomniejszanie

Warsztatowe pomyłki nie wyczerpują listy zarzutów. W notce wydawcy znajdziemy zdanie tyleż fałszywe, co zdradzające niebezpieczne założenie: „w pomnikach najbardziej poruszają nas rysy i pęknięcia; w biografiach twórców – ludzki kontekst sztuki”.
Dla Joanny Siedleckiej punktem wyjścia był najwyraźniej koturnowy, pomnikowy wizerunek Zbigniewa Herberta: nieskazitelnego, nieomylnego, bezkompromisowego, Jedynego Sprawiedliwego... Skądinąd to dziwne, bo wydawałoby się, że obraz taki może być bliski jedynie wąskiej grupce zacietrzewionych, niewrażliwych na skomplikowanie ludzkiego świata. Większości Herbert jawi się raczej w dramatycznym zawęźleniu, splocie wielkości, szlachetności i nie zawsze wygranej walki z nękającymi go demonami. Niemniej jednak, gdy chce się przejrzeć mit, opukać pomnikowy brąz – łatwo o przesadę, wychylenie wahadła w drugą, stronę. Demitologizacja przeradza się w lustrację.
Tak właśnie stało się w przypadku nowej biografii Herberta. Jej autorka skoncentrowała się na szukaniu rys, niedoskonałości, różnego rodzaju grzechów, jakie miał na sumieniu autor „Potęgi smaku”. Choć od czasu do czasu kolejni rozmówcy Siedleckiej wspominają o zaletach poety, w naszej pamięci utrwala się przede wszystkim wizerunek zgoła przeciwny. Oto mitoman, alkoholik, człowiek chorobliwie kłótliwy, rozbijający cudze małżeństwo, a później porzucający uwiedzioną kobietę... Człowiek nieraz okrutny, czasem prostacki.
Zapewne (niestety!) cechy te były obecne w Zbigniewie Herbercie, tak w każdym razie mówią nam ludzie, którzy go znali. Ale w spisywanych przez Siedlecką relacjach zacierają się chyba proporcje. Łatwiej jest wspomnieć pijacki wybryk niż opisać wdzięk osobisty, inteligencję, ciekawość świata czy wrażliwość, a więc cechy, które przyciągały do Herberta tych wszystkich, którzy dziś go wspominają. Łatwiej z obszernej opowieści wybrać kilka mniej lub bardziej zabawnych anegdot niż oddać Osobowość. Tropiąc skazy, autorka „Pana od poezji” stała się, może wbrew swej woli, pomniejszycielką...
Jedynie lata ostatnie, a więc heroiczne zmagania poety z chorobą, walka o własną godność – odkrywają w „Panu od poezji” rys tragiczny, wielkość cierpiącego człowieka. „Przypominał mi historię o starym i chorym Kancie – wspomina Zdzisław Najder – nieszczęśliwym, bo nie mógł wstać, gdy odwiedził go lekarz. Nie straciłem jeszcze poczucia człowieczeństwa, powiedział, duch ludzki jeszcze mnie nie opuścił.” Szkoda, że jednocześnie są to lata ideowych i politycznych napaści, które relacjonując Siedlecka (tak jak i jej rozmówcy) zdaje się bez reszty przyznawać rację Herbertowi; tu akurat nie ma polemiki, wątpliwości – zburzony w warstwie psychologiczno-obyczajowej, w warstwie politycznej pomnik zostaje odbudowany.
Gdzie zatem szukać wielkości Zbigniewa Herberta? Odpowiedź najbardziej banalna, ale też najprawdziwsza brzmi oczywiście: w jego wierszach i esejach. O twórczości autora „Struny światła” nie dowiemy się jednak z książki Siedleckiej niczego. Takie było założenie autorki – pisała ona nie książkę krytycznoliteracką, ale biografię. Jeśli jednak w biografii pisarza nie uwzględniamy jego dzieła, amputujemy olbrzymią, kto wie, czy nie najważniejszą część jego życia. Biograf musi wskazać mosty między doświadczeniem życiowym, kolejami losu twórcy, a wartościami, artystycznymi wyborami, dzięki którym stał się on kimś ważnym dla swoich czytelników. Wskazać, jak cierpienie, namiętności, grzechy czy małość filtrują się w artystyczną wielkość, jaki pożytek zrobił twórca z własnych obsesji, a nieraz też z cierpień osób mu bliskich. W „Panu od poezji” cały ten obszar jest nieobecny, a tylko w tym połączeniu osobowość twórcy możemy zobaczyć w pełni, nie ograniczoną do tego, co w nim najsłabsze, najbardziej dotknięte ułomnością, najbardziej narażone na śmieszność. Ludzi zmagających się z demonami pokus i nienawiści jest wśród nas bardzo wielu. Zbigniew Herbert był tylko jeden.
Paradoksem jest, iż obfitość przytoczonego w książce materiału nie zbliża nas znacząco do wyjaśnienia (a choćby i podejrzenia) tajemnicy jej bohatera. Zwłaszcza w początkowych partiach książki, najobfitszych, poświęconych dzieciństwu i młodości Herberta, które – jak sama wyjaśnia – najbardziej autorkę interesowały, mamy wrażenie, iż widzimy nie tyle postać, co jedynie jej kontur. Wokół dzieje się niesłychanie dużo. Rodzina przeżywa dramatyczne wydarzenia, rówieśnicy zostają wciągnięci w groźny wir historii, poznajemy ich losy, sam Herbert jest jednak nadal nieprzenikniony. Wymyka się, zasłania, milczy. Zbigniew Herbert jako Wielki Nieobecny własnej biografii? To przesada, ale mająca w sobie ziarno prawdy.
Tajemnica powraca też na wyższym poziomie. Jak to możliwe, że ten sam człowiek małostkowo wykłóca się o honoraria, potrafi kopnąć kobietę i nie wstydzi się tego, a zarazem pisze wiersz tak olśniewający jak „Modlitwa Pana Cogito – podróżnika”? To sekret rozpiętości ludzkiego ducha, zawieszonego między upadkiem i łaską, piekłem a niebem. Sekret, który Joannie Siedleckiej, oraz nam wszystkim, winien dać do myślenia...

*

I jeszcze jedno. Przyznam, że wytyczenie granic prywatności bohatera, granicy której biograf nie powinien przekraczać, jest niesłychanie trudne, ściśle też związane z indywidualną, subiektywną wrażliwością. Te same fragmenty „Pana od poezji” będą przez jednych czytelników odbierane jako pasjonujące i odkrywcze, do bólu szczerze portretujące pisarza, przez innych – jako niedyskretne grzebanie się w tym, co powinno pozostać własnością tylko bohatera i jego najbliższych. Jest też jeszcze przed nami lekcja okrucieństwa, przerobiona dawno przez czytelników z Zachodu, gdzie rynek biografii jest nieporównywalnie bardziej rozwinięty.
A przecież w postępowaniu Joanny Siedleckiej ze Zbigniewem Herbertem wyczuwa się jakiś rys bezwzględności, przekonanie, że wszystko jest na sprzedaż. Autorka „Pana od poezji” chce przejrzeć poetę, polemizować z tym, co on sam o sobie mówił. Herbert przecież na stawiane mu zarzuty nie może już odpowiedzieć. Polemizowanie ze zmarłymi jest jednak moralnie dwuznaczne. Powiada Czesław Miłosz: „Nietrudno mieć nad nimi przewagę, bo nie żyją”.


Joanna Siedlecka, „Pan od poezji. O Zbigniewie Herbercie”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl