Opowiadania Wojciecha Kuczoka


Kto wybiera śmierć, nie przestanie żyć...

Tadeusz Dąbrowski



Miłość i śmierć. Innych tematów literatura nie zna, choć czasami udaje, że zna. Nie sposób przejmująco napisać o śmierci wyabstrahowanej. Najbardziej przekonująca jest śmierć granicząca z życiem, a miłość – najprawdziwsza w chwili własnej próby, to jest... na granicy śmierci. Prawdziwej śmierci, a pośrednio i miłości, dotknąłem, czytając opowiadania z tomu „Szkieleciarki” Wojciecha Kuczoka. 



Jakże świeża to książka, nowatorska nawet, i jakże przy tym świadoma siebie, swoich stylistycznych korzeni, swojej topiki, po prostu – swego miejsca w najszlachetniejszej tradycji literackiej. To poniekąd podręcznik dobrego umierania, bo, jak dowiadujemy się z tytułowego opowiadania, są dwa rodzaje śmierci – dobra i zła, zła zjawia się pierwsza, wygłodniała jak sęp, i należy ją przepędzić. Potem przychodzi dobra i wyprowadza duszę do nieba; wróć! – nie ma oswojonego nieba u Kuczoka – która wyprowadza duszę „dokądś”. Z piekłem zresztą też nie jest lepiej, ponieważ „w piekle nic nie ma”. Gdyby chcieć sprecyzować światopogląd, kryjący się za tymi fabułami, byłoby to „sartrowskie chrześcijaństwo”, tak właśnie!; życie w tych prozach jest życiem ku śmierci, śmierć zaś jest absurdalna. Ale ze śmiercią można nauczyć się żyć, można ją oswoić, a nawet nad nią zapanować; dumne i stanowcze spojrzenie w oczy śmierci złej, powiedzenie jej „nie”, toruje drogę śmierci nieśmiałej, dobrej jak sen. Rozeznanie w śmierciach jest gwarantem wiecznego życia, w sferach, wszystko jedno: niebieskich, żółtych czy zielonych, w każdym razie o wiele bardziej niż ziemskie komfortowych. 

*

Wszystko, co możemy, póki żyjemy, uczynić, to przygotować się należycie do śmierci, na przykład pomagając dobrze umrzeć bliskim, spłacając w ten sposób zaciągnięty już przy narodzinach, a rosnący z każdym dniem w odsetki – dług miłości. Bohater tytułowego opowiadania jest takim właśnie posługiwaczem. Chłopiec, asystując przy śmierci matki swojej i babki, zdaje egzamin na anioła stróża. Bycie aniołem stróżem wymaga wiedzy i doświadczenia, bohater poprzez kontakt ze śmiercią dojrzewa, dojrzewa do śmierci i śmierć w nim dojrzewa, co widać doskonale w stylu; mówi z akapitu na akapit poważniej, początkowo słuchamy dziarskich, ironicznych, pełnych dystansu relacji z wczesnego, niezbyt szczęśliwego, dzieciństwa, by niedługo potem dać się bezwiednie wciągnąć w antropozoficzny dyskurs: „Śmierć nie ma płci; mówiliśmy o niej, nie o nim, bo język nas przyzwyczaił, ale i to, że zdarzało jej się przybierać płeć ofiary. Zresztą możliwe, że wykpiwała moje wyobrażenia zakorzenione w potoczności (...)” (zwróćmy uwagę na to „nas”). 
Ale dojrzałość nie rodzi się z samej obserwacji, część wiedzy ktoś powinien wcześniej w człowieku zaszczepić. Tej wiedzy dostarcza chłopcu babcia, zarówno wówczas, gdy milczy (a milczy prawie nieustannie: „Poznawałem tę ciszę)”, jak i wtedy, gdy raz jedyny w życiu na dłużej zabiera głos, te słowa są jej duchowym testamentem: „Synku, to już w tobie dojrzało. Zrozum, ludzie najczęściej nie potrafią żyć, dlaczegóżby więc mieli umieć umierać (...)”. Mistrzowska, bo autentyczna i oryginalna realizacja toposu dziecka i mędrca. Chłopiec dojrzał do śmierci, zaakceptował ją, może i umiłował. Oto relacja z ostatniej posługi przy babce: „Czułem jednak sens, konieczność tej chwili, czułem, że cokolwiek dotyczyło teraz jej nie-życia było właściwe, że wsiadła do właściwego autobusu, a ja dopilnowałem tylko, by nikt jej nie zaczepił na przystanku”. Ileż chrześcijańskiej miłości w tym świecie, pozornie pozbawionym zaświatów. 
Druga cecha konstytutywna omawianych opowiadań: wszechobecność śmierci, bo i niby dlaczego nie miałoby jej być wszędzie, skoro wszędzie życie się panoszy. Kuczok sprzeciwia się takiemu selektywnemu, wygodnickiemu, podszytemu strachem, „życiowemu” patrzeniu. Więcej: śmierć ma się w tym świecie nijak do trupa, trup nie jest koronnym dowodem śmierci, która przybiera w opowiadaniu „Nasza patronka między różami” postać głuchoty dziecka tudzież alergii jego matki. Śmierć to także sznaucer miniaturka, pies-przygłup, nie reagujący na żadne imię, nie szczekający, wiecznie zniechęcony, zombie. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nawet głód bohatera „Ikry Bożej” posiada śmiertelny wymiar, zdaje się być potrzebą nakarmienia śmierci. I nawet cienia buntu wobec takiego stanu rzeczy, cienia odautorskiej pretensji pod adresem Stwórcy, Demiurga, Losu... Przeciwnie: kontemplacja przemijania jako istoty życia, akceptacja dla ułomności, które, jak nas Kuczok przekonuje, nie noszą znamion tragizmu. Postawa aprobatywna rodem z Marii Dąbrowskiej, zgoda metafizyczna typowa dla Jarosława Iwaszkiewicza. 
Trzymajmy się konkretów: uzdolniony muzycznie, niepospolicie wrażliwy na dźwięki chłopiec z „Naszej patronki...” traci słuch, gdy banda chuliganów – „cała blokowa śmietanka młodego pokolenia” – zaciągnąwszy go w bramę, ryczy mu przez kilka minut do uszu. „(...) ryczeli jeden po drugim, zmęczeni zmieniali się z innymi, dając odpocząć strunom głosowym, był to gwałt zbiorowy na jego słuchu, ale słyszał tylko pierwszych dwóch, na początku, wtedy poczuł, jakby mu włożyli w głowę laskę dynamitu i zdetonowali(...)”. A oto perspektywa, kąt, z jakiego analizuje się dalej owo nieszczęście: „Akurat do grania słuch mu nie był potrzebny. Bo słyszał wszystko w środku.”. Wielką metaforą śmierci jest wspomniana alergia matki – miłośniczki kwiatów, opiekunki ogrodu, zamieniającej się w blady, obleczony skórą, szkielet w porze najbujniejszego, najtriumfalniejszego rozkwitu troskliwie doglądanej flory. Pyłki kwiatowe – rozpylone życie – są tutaj rozpyloną śmiercią, którą należy „uiszczać” za cud doznawania piękna.
Ludzie umierają u Kuczoka z błahych powodów – i znów ten kłopot w opisie świata, w którym wszystko jest wszystkim – z powodów, które powszechnie uznano by za błahe i pozbawione dramatyzmu. Z tym, że błahość właśnie jest tutaj zapalnikiem najplastyczniejszego obrazu, najmocniejszej metafory, błahość jest semantycznie gęsta i prowokująca, ta błahość ożywia śmierć, pozwala dotknąć jej istoty. Weźmy hipochondryka z „Malizmu reagicznego”: z jakiego powodu trafia do szpitala, na jakie schorzenie cierpi? Zupełnie odrealnione – głowa mu się w tempie geometrycznym zmniejsza. I wcale to czytelnika nie dziwi, więcej: wcale go to nie śmieszy! To nie jest groteska dla groteski, to groteska w służbie realizmowi. Zmniejszająca się głowa jest chorobą jak każda inna, musimy się z tym zgodzić, by zapytać o rzecz najistotniejszą – o tejże choroby przyczynę. 

*

I nadszedł czas, by udowodnić zasygnalizowaną już zależność Kuczokowej śmierci od emocji i uczuć ludzkich, dokładniej zaś – od miłości. Śmierć przychodzi wraz z deficytem ciepła, rzeczywistym bądź urojonym, nieważne, wszak czy coś tak pierwotnego, jednostkowego, intymnego i aintelektualnego jak uczucie można sobie urajać? Mąż-hipochondryk-życiowa fajtłapa-ciapciak zaczyna znikać w chwili, gdy po raz pierwszy wątpi w miłość własnej żony. „Malizm reagiczny” jest ponadto świadectwem niesamowitej sprawności autora w odmalowywaniu psychologicznego pejzażu postaci; niezaradny intelektualista, narcyz, który zaraz po ślubie zobaczył w żonie następczynię mamusi, to osobowość bardzo typowa, ale nieczęsto w literaturze eksponowana, pewnie dlatego, że pisarki stanowią póki co mniejszość... 
Nie będę na tyle odważny, by zawyrokować, iż opisane w opowiadaniu mazgajstwo posiada cechy autoironiczne, jestem natomiast pewien, że zadrwił sobie tu autor z siebie jako intelektualisty. Podobne akcenty odnajdziemy w finale opowiadania „Ikra Boża”; bohater ogląda jakąś performerską „wystawę wyimaginowanych chorób”, ilustrowanych zachowaniem poszczególnych postaci, ostatnim „obiektem” jest młody mężczyzna piszący na maszynie, popijający kawę, zerkający nerwowo na zegarek. „Nie dopatrzyłem się w jego zachowaniu niczego nienaturalnego” – zauważa bohater. Jak się za moment okazuje: „Obecny tu chory jest poetą”.
Nieufność, dystans względem cogito łączy się z podziwem dla ludowej, chłopskiej witalności, krzepkości, jurności nawet, z taką chłopomanią w postmodernistycznym wydaniu, której realizacją jest finalne „Chłopowiadanie”, co, mimo wiejskich realiów i udatnej stylizacji gwarowej, nie tylko od rozważań o śmierci nie oddala, lecz stanowi swoistą kodę, dopełniającą i pogłębiającą przesłanie tekstu początkowego. Tam było o śmierci dorosłych, tu jest o śmierci noworodka, o pępowinie, która bywa szubieniczną pętlą. Te wszystkie obrazy mają nam „wytłumaczyć” śmierć prawdziwą, bliską życia, będącą niczym innym, jak tegoż życia ubywaniem, śmierć tożsamą z życiem: „Tym silniej więc trzymałaś, tym kurczowiej, bo to życie płci żeńskiej dopiero co wydobyte, starzało się na twoich rękach z minuty na minutę; już było dwa razy starsze niż pięć minut temu, a za następne dziesięć znów postarzało się dwukrotnie (...)”. 

*

A teraz garść uwag o stylu: niebywała dynamika frazy, osiągnięta przez kontrapunktowanie zdań niekiedy proustowsko długich jedno-, dwuwyrazowymi równoważnikami. Pomysłowość językowa, dowcip neologizmu („Szkieleciarki”, „Chłopowiadanie”, „...zamrugmrugzaciął się...”), żonglerka zrewaloryzowanymi semantycznie popularnymi zbitkami frazeologicznymi oraz instrumentacja głoskowa w „O, Żenku”, naturalność wynikająca ze stylizacji na język mówiony etc. Wśród wielu walorów tego tomu czają się dwie wady: postaci nazbyt często są tylko pozornie zindywidualizowane, ściślej: indywidualizacja ma na ogół charakter stylistyczny, nie zaś frazeologiczny, czy – co najistotniejsze – mentalny; jakby we wszystkich bohaterach ukrył się Wojciech Kuczok, jakby ustami wszystkich zapragnął ku chwale precyzji przesłania przemawiać. Wada druga: umieszczenie w zbiorze opowiadania „Cobyś widzioł”, skądinąd uroczego, gdzie pewne mało wybredne sceny tłumaczą się w kontekście toposu ludowej frywolności. Opowiadanie to nie pasuje mi do całości z dwóch powodów: ma niewiele wspólnego z kluczowymi dla zbioru rozważaniami, poza tym zgrzyta w nim bezzasadne połączenie stylizacji gwarowej z pretensjonalną, autoparodystyczną składnią gombrowiczowsko-witkiewiczowską. Tyle czepiactwa. 
„Szkieleciarki” to literatura dużego formatu, wywiązująca się z narzuconego sobie zadania – prawdziwego pokazania śmierci, ale i miłości – wzorowo, odcinająca się przy tym od przeżytków behawioryzmu i naturalizmu, biorąca umieranie (życie?) w kleszcze konkretu, zdroworozsądkowości z jednej, nadrealizmu zaś z drugiej strony. Literatura świadoma w równym stopniu życia, co samej siebie.

Wojciech Kuczok, „Szkieleciarki”, Kraków 2002, Wydawnictwo Zielona Sowa.

TADEUSZ DĄBROWSKI – poeta i krytyk, wydał ostatnio tom wierszy „mazurek”. Mieszka w Gdańsku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl