Nigel Kennedy gościnnym dyrektorem artystycznym Filharmonii Krakowskiej


Wędrowiec ze skrzypcami

Tomasz Cyz



To było dość dawno, nie pamiętam dokładnie kiedy. Któryś ze świątecznych wieczorów, w telewizji nadawano „Cztery pory roku” Vivaldiego. Orkiestrę prowadził osobliwie wyglądający skrzypek: postawione włosy, niedbały strój. I ten ciągły ruch, jakby niepokój w połączeniu z niemal rozsadzającą energią. Zapamiętałem jeszcze jeden szczegół: smyczek, z luźno zwisającymi nitkami, wydawał się niemal kompletnie zniszczony. Wreszcie – gdy brzmiała już „Zima” – do uszu dochodziło jakieś „zmęczenie” skrzypiec, jakby instrument, pod wpływem tempa gry, temperatury, wibracji, minimalnie poluzował swoje idealne napięcie. A muzyka przybrała fascynujący odcień nie-czystości, wykorzystując naturalny stan danej chwili. To było bardzo piękne.

Lider listy przebojów

Urodził się w 1956 roku w angielskim Brighton, w rodzinie o muzycznych tradycjach: jego matka była nauczycielką gry na fortepianie, ojciec wiolonczelistą orkiestry królewskiej („Rodzice rozwiedli się, zanim się urodziłem. Mama, nie chcąc mieć w domu wiolonczeli, postanowiła nauczyć mnie grać na skrzypcach. Minęło wiele lat, nim zacząłem odczuwać przyjemność gry”). Gdy miał sześć lat, został przedstawiony Yehudi Menuhinowi, który natychmiast przyjął go do swej szkoły muzycznych talentów. Czternastoletni już Kennedy spotkał innego wielkiego skrzypka, Stephane Grappellego: wspólna gra na zaimprowizowanym koncercie spowodowała, że „Grappelli zawładnął sercem chłopca” (jak to określił Menuhin). Legendarny jazzman docenił talent młodego instrumentalisty, proponując mu wspólne występy w klubach londyńskiego Soho. „Lekcje u tak różnych muzyków sprawiły, że mam dziś bardzo szerokie spojrzenie na muzykę. (...) Grappelli, bardzo skromny, uważał, że każdy muzyk klasyczny jest lepszy od niego, Menuhin zaś przypominał płatki kukurydziane i müsli. Dbał o zdrowe odżywianie się: herbatka ziołowa, joga. Myślał przede wszystkim o muzyce. Chodziło mu o przekazanie muzyki, a nie o popisywanie się grą”.
Początkiem wielkiej kariery był występ w London Royal Festival Hall w 1977 roku: Kennedy wykonał wówczas „Koncert skrzypcowy” Mendelssohna pod batutą Riccardo Mutiego z Philharmonia Orchestra. W 1980 roku po raz pierwszy zagrał z orkiestrą Filharmoników Berlińskich, a w 1987 z Nowojorczykami. Wkrótce podpisał kontrakt z wytwórnią EMI (koncerty Elgara, Czajkowskiego, Mendelssohna, Sibeliusa). Światowy rozgłos przyniosło mu nagranie „Czterech pór roku” Vivaldiego (z English Chamber Orchestra, 1989 rok): przez sześć miesięcy album przewodził listom przebojów w Wielkiej Brytanii, a sprzedanie 2 milionów egzemplarzy sprawiło, że został wpisany do Księgi Guinnessa (nazwano wówczas Kennedy’ego „pierwszą pop-gwiazdą muzyki klasycznej”). Nastąpiła też zmiana wizerunku Nigela – punkowa fryzura, kolorowe włosy, kosmyk opadający na czoło, kolczyk w uchu, barwne jedwabne koszule. Początek lat 90. przyniósł niespodziewaną przerwę; po kilku latach odbyło się jednak tryumfalne światowe tournée, a w 1999 roku powstał album „The Kennedy Experience”.
Jeszcze jedno. Kiedy wstukałem nazwisko „Kennedy” na jednej z wyszukiwarek internetowych, wyświetliła się taka informacja, bodajże z 2000 roku: „Brytyjski skrzypek Nigel Kennedy zdemolował pokój w luksusowym hotelu w Kopenhadze. Muzyk, po niedzielnym koncercie w sali kopenhaskiego Parku Rozrywki Tivoli, urządził tam przyjęcie dla przyjaciół. Rachunkiem za zniszczone lampy i podarte firanki obciążono organizatora koncertu – Duńską Radiową Orkiestrę Symfoniczną. Z tego powodu dyrektor orkiestry Per Erik Veng chce odebrać artyście honorarium. »Nie chcemy więcej widzieć Kennedy’ego w Danii« – powiedział. Kennedy należy do cenionych, ale zarazem kontrowersyjnych skrzypków grających muzykę klasyczną, ma bowiem »duszę rockmana«”.

Werter plus Gustaw

Kennedy ma jednak przede wszystkim duszę romantyka. Wystarczy przyjrzeć się jego repertuarowi i jego tekstom, przysłuchać się rodzajom wibracji, nasycenia, emocjonalności. To przecież gest – indywidualny, skrajnie subiektywny, pełen uczucia i emocji; nurt gwałtowny, intensywny, porywisty. Dusza (czy raczej serce) bardziej Wertera niż Giaura, bardziej Gustawa-kochanka niż Konrada-buntownika. 
„Z pierwiastkiem romantycznym mamy do czynienia wszędzie tam, gdzie muzyka osiąga najwyższy z możliwych stopień bezpośredniego zbliżenia z tzw. sferą uczuć” – pisał Bohdan Pociej, wytyczając krąg tych uczuć (miłość, tęsknota, smutek czy lęk) oraz ich obszary (wędrówka, siła, wolność, wzniosłość, fantastyczność, wreszcie improwizacja – czyli „najswobodniejsza manifestacja wolności twórczej, prymatu natchnienia nad refleksją”). Przecież już Jean Paul pisał, że muzyka to „mowa uczuć”.
„Romantyzm był pierwszym momentem, w którym kompozytorzy wyrażali ponad wszystkim uczucia, i właśnie wtedy też byli najbliżej podstawowego celu muzyki, czyli komunikacji emocji” – zauważył Kennedy podczas pracy nad nagraniem „Koncertu skrzypcowego D-dur” Brahmsa (The London Philharmonic, Klaus Tennstedt). Gdy słuchamy tego albumu, objawia nam się szeroki gest muzyki (wspaniałe quasisymfoniczne „Allegro non troppo”), totalność i monumentalność – pozbawione wszak wirtuozerii. Opowieść o uczuciach wielkich i gwałtownych; także kameralnych i intymnych, wyrażających się poprzez subtelne gesty, napięte wysokie dźwięki, krystaliczne brzmienia. Podobne cechy zawierają nagrania „Koncertu e-moll” Mendelssohna (English Chamber Orchestra, Jeffrey Tate) czy „D-dur” Beethovena (Sinfonie-Orchester des NDR, Klaus Tennstedt), z tym, że w Mendelssohnie słychać jeszcze pociągający odcień melancholii czy tęsknoty, a Beethoven urzeka ciepłem i optymizmem.
W nagraniu Vivaldiowskich „Le quattro stagioni” uderza niezwykła precyzja dźwięku, świetlistość i ostrość brzmienia. Poemat o przemijaniu i zmienności stał się tu żywym i pulsującym źródłem: otwierające wiosenne „Allegro” ptaszki są delikatne, barwne, nieco trwożliwe; płochość oddana zostaje w letnim „Adagio”, by za moment przejść w dzikość i porwać w burzliwym „Presto”. Trzeba posłuchać wolnych części poszczególnych koncertów: dźwięków nasyconych, fraz, które pomiędzy otwarciem a zamknięciem są całym światem. To nie opis, ilustracja, lecz „dzianie się”: burzliwe, radosne, niespokojne, zamierające. Intrygująca gra wzmocnień i wyciszeń, głosu i jego echa. „W porównaniu z muzyką Haendla, Bacha i Scarlattiego, (...) Vivaldi jest schizofreniczny. Raz jest głośny i gwałtowny, a po chwili cichy i subtelny. Jego muzyka jest pełna kontrastów” – a któż może lepiej oddać tę różnorodność niż pełen sprzeczności skrzypek o romantycznej duszy i sercu?

Duch Hendrixa

Jest też i inna twarz Nigela Kennedy’ego. To żywioł improwizacji, ucieczki od schematu zapisanej muzyki; związany z jazzem, poszukiwaniami nie-klasycznego języka i stylu, zrodzony ze spotkania z Grappellim. „Menuhin był bardzo precyzyjny i dokładny, natomiast Grappelli – spontaniczny i emocjonalny. Ani jeden, ani drugi nigdy nie ćwiczyli. A wszystko dlatego, że Menuhin spędzał czas na rozmowach z ważnymi ludźmi, Grappelli zaś zbyt długo spał. Muszę jednak przyznać, że to Grappelli nauczył mnie pić alkohol i stosować środki odurzające”. To twarz pokazywana dziś w krakowskich knajpach (jak „Stalowe magnolie” czy „Brasseria”); twarz odbijana w lustrze muzyki z pogranicza jazzu, rocka czy folku.
Ten nurt zrodził płytę „The Kennedy Experience”, inspirowaną muzyką i osobą legendarnego gitarzysty Jimmiego Hendrixa. Powstały brzmienia łączące świat klasyczny (skrzypce, wiolonczela, kontrabas, obój, flet) i folkowo-rockowy (gitary, dobro). Otwierające „Third Stone from the Sun” to zatopienie w instrumentalnym orgiastycznym szaleństwie; dalej „Little Wing” – uspokojenie i wyciszenie; dzikie, wyniszczające i rozcinające powietrze „Fire”; wreszcie słynne „Purple Haze”. Skrzypce nie starają się naśladować brzmienia gitary: chcą raczej innymi środkami oddać jej siłę, zgrzytliwość i wolnościową moc.
Kennedy napisał też krótki komentarz, niby wiersz: „Jeśli muzyk nie dotyka osobistych i nieoczekiwanych emocjonalnie przestrzeni i sfer muzyką, którą gra – to co do k.... nędzy jest grane? Tu brzmi coś osobistego, inspirowanego przez jednego z najważniejszych twórców XX wieku”.

Rozwibrowana prefekcja

Jaka jest więc istota interpretacyjnego idiomu Nigela Kennedy’ego? On sam mówi: „Lubię muzykę zawierającą wiele różnorodnych elementów. Nie chodzi mi wcale o stopień skomplikowania utworu, bardziej o jego warstwę ekspresyjną i emocjonalną. (...) Jaki jest mój styl? Ponieważ nigdy nie można przewidzieć tego, co się wydarzy jutro, zawsze gram tak, jakby to był mój ostatni koncert”.
Kennedy każdym dźwiękiem chce opowiedzieć siebie; własna emocja pozwala wypełnić schemat zawarty w partyturze. Jego muzyka zdaje się być ciągłym wzrastaniem. To, że się objawiła, nie jest jeszcze cudem; cudem jest to, co dzieje się dalej. Szukanie własnej autentyczności, współczesność objawiająca się jako „ja”, a przeszłość jako pobudzenie – najwrażliwsze – strun samego siebie, by rozpoznać i wygrać to, co dzieło „ma do powiedzenia” wykonawcy i nam wszystkim. „Klasycznej” muzyki uczył się u Menuhina, „życia” od Grappellego; powstał organiczny splot techniki i warsztatowej doskonałości z rozwibrowaniem, pulsującą romantyczną wrażliwością. Menuhin mówił: „zadanie tego, kto interpretuje, polega na ustanowieniu równowagi między utworem a swoją świadomością. (...) Za żadną cenę nie powinien on naruszyć formy, a jednak jej możliwość odżycia zależy całkowicie od rzeczywistości jego przekonań i jego wzruszeń”. A Kennedy dodaje: „jeśli utwór przynależy tylko i jedynie do czasu, w którym został napisany, nie można go już nigdy więcej zagrać”.

Nigel w Krakowie

Początkowo nikt nie wiedział, dlaczego brytyjski skrzypek jest coraz częstszym gościem w Krakowie. Tutaj spędzał sylwestrową noc 2000/2001; dzień później niespodziewanie dołączył do Vadima Brodskiego podczas noworocznego koncertu, zapowiadając jednocześnie, że niebawem powróci. Już w marcu zagrał „Koncert” Elgara, następnie Bacha, „Cztery pory roku” Vivaldiego, „Koncert” Beethovena. A powód był – i jest – bardzo prosty: miłość. Miłość do miasta, ale przede wszystkim do pewnej młodej dziewczyny, Agnieszki. 
W lutym tego roku odbył się w Krakowie cichy i skromny ślub, a już w czerwcu podczas spotkania z dziennikarzami przy nadwiślańskich wałach Kennedy powiedział łamaną polszczyzną: „jestem pantoflarzem”. Jest też mieszkanie w centrum miasta, nocne granie w klubach i pubach (pamiętam, jak po „Koncercie” Elgara zastanawiano się, gdzie Nigel będzie grał tej nocy; padały sprzeczne informacje, wreszcie każdy poszedł w swoją stronę – tam, gdzie miał nadzieję spotkać i usłyszeć skrzypka). Bo Kennedy nie jest już w Krakowie gościem – jest u siebie, nie musi zapowiadać swoich odwiedzin, rezerwować hotelu... Tu ma swój dom, swoje ulubione ulice, muzyków, z którymi może zagrać. Właśnie nagrał płytę z krakowsko-klezmerskim zespołem „Kroke” (w przyszłym roku ma odbyć się wielkie tournée z otwarciem w Berlinie, zamknięciem w Norwegii, marcowym koncertem w Krakowie). A wcale bym się nie zdziwił, gdyby któregoś dnia, wracając na przykład z joggingu, Nigel stanął – tak po prostu – na rogu jakiejś ulicy, wyciągnął skrzypce i zaczął grać.
Od jakiegoś czasu powracały też pogłoski, że Kennedy ma zostać gościnnym dyrygentem Sinfonii Varsovii. Kilkanaście dni temu okazało się, że od nowego sezonu obejmie funkcję gościnnego dyrektora artystycznego Filharmonii Krakowskiej.„To pomysł samego Nigela. My z radością przyjęliśmy jego propozycję i w ten sposób usankcjonowaliśmy trwającą od półtora roku współpracę” – mówi dyrektor Filharmonii Anna Oberc.
Na czym będzie polegać jego rola? „Prawdopodobnie współpraca będzie wyglądać tak, jak teraz: gdy będzie z nami grał, będzie miał wpływ na program i kształt artystyczny – mówi pani dyrektor. – A całość programu? My pilnie się wsłuchujemy, jeśli Nigel ma jakieś spostrzeżenia, uwagi, to chętnie korzystamy. Ale nie sądzę, żeby chciał specjalnie wpłynąć na cały sezon. Jestem szczęśliwa także dlatego, że jest to wyraz uznania dla orkiestry. Skoro chce być tutaj, to znaczy, że ceni sobie współpracę zarówno z muzykami, jak i z całym zespołem. Przecież podpisuje się swoim nazwiskiem pod tym, co robimy. Nasza linia programowa musi mu więc odpowiadać”.
Wszyscy mówią o świetnej szkole, jaką dają krakowskim filharmonikom spotkania, próby i koncerty z Kennedym. Muzycy zdziwili się liczbą prób przed ostatnim występem skrzypka: orkiestra zna bowiem „Koncert” Beethovena doskonale (grała go niedawno pod dyrekcją Jerzego Katlewicza z Kają Danczowską). Ale próby z Kennedym to było rzeźbienie każdej frazy, ćwiczenie każdego taktu, dopracowywanie każdej nuty. „On emanuje jakąś szczególną energią. Wszystkich elektryzuje, przyciąga. Tu kompletnie nie chodzi o strój, o sposób zachowania. To jest fantastyczny człowiek, genialny. Także finezyjny skrzypek, ale przede wszystkim człowiek – dobry do bólu. Człowiek, który potrafi słuchać drugiego człowieka. Nie zajmuje się tylko sobą. Jego trzeba bronić przed nim samym”.
Wiadomo też, że jednym z nielicznych wymagań skrzypka jest odpowiednie nawilgocenie i temperatura sali, a przede wszystkim garderoby. Jego żona Agnieszka sprawdza wszystko przed próbą, przed koncertem. Gwiazdorskie „widzimisię”? Nie, najzwyklejszy profesjonalizm: przecież najważniejsze w tym momencie są skrzypce.
Ale co tak naprawdę zmieni w Krakowie obecność Kennedy’ego? Oczywiście, jeśli taka gwiazda, takie nazwisko wiąże się z jakąś instytucją, instytucja musi spełniać odpowiednie warunki. Musi też istnieć silna więź i wzajemne zaufanie. Na Kennedy’ego przychodzą tłumy, część z tych słuchaczy zostaje w Filharmonii; obecność skrzypka niewątpliwie wpływa na zwiększenie frekwencji na innych koncertach.
Nie wiadomo też jeszcze, kiedy odbędą się następne występy Nigela, ale Brytyjczyk ma zapewnienie, że może zagrać w krakowskiej filharmonii w każdej chwili. I znów będą tłumy, okrzyki zadowolenia, intensywna praca na otwartych próbach, pewnie tyle samo zwolenników, co przeciwników. To dobrze, bo obojętność jest jeszcze gorsza od nudy. Równie zła jak rutyna. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl