W 22. rocznicę strajków na Wybrzeżu


Polski Sierpień w amerykańskiej prasie

Andrzej Brzeziecki



Cóż mógł obchodzić mieszkańców Stanów Zjednoczonych protest polskich robotników, którzy domagali się podwyżek pensji o sumę, którą przeciętny Amerykanin wydawał bez mrugnięcia okiem? A jednak amerykańskie gazety, szybko uzmysławiając sobie ich międzynarodowe znaczenie, szczegółowo opisywały wydarzenia w Polsce. 



Wiadomości dostarczały głównie agencje Associated Press i United Press, większe dzienniki miały swoich własnych korespondentów. W ich relacjach zadziwia szczegółowość i precyzja informacji, których źródłem byli opozycjoniści, (do czasu aresztowania działaczy KOR wymieniani enigmatycznie – widocznie by nie dawać pretekstu do ich represjonowania), jak również prominentni działacze partyjni, którzy w anonimowych wypowiedziach okazywali się zadziwiająco szczerzy. Zachodni dziennikarze analizowali też oficjalną prasę, wyciągając wnioski, które z perspektywy czasu okazały się trafne. 

Bałtycki Che Guevara 

Pierwsze wzmianki o strajkach w Polsce pojawiły się już w lipcu. Przeważnie podkreślano ekonomiczne pobudki protestu. Christopher Bobiński w relacji dla „San Francisco Examiner&Chronicle” 20 lipca pisał, że strajkującym chodzi głównie o ceny mięsa. Ale też z podziwem przyznawał: „polscy robotnicy znów pokazali, że są siłą, z którą trzeba się liczyć”. Po wznowieniu strajków w sierpniu było już jasne, że chodzi nie tylko o boczek. Korespondencje podkreślały solidarność między strajkującymi zakładami. 
Żądanie zgody na utworzenie niezależnych związków amerykańska prasa uznała już za jawne wyzwanie rzucone rządowi. „Polscy strajkujący domagają się śmiałych reform” – głosił podpis pod zdjęciem przedstawiającym wąsatych ludzi we flanelowych koszulach. „Washington Post” określił postulaty robotników jako uderzające w samo serce systemu. Autor korespondencji nie miał złudzeń, że takie żądania, jak np. zniesienie cenzury, nie są autorstwa robotników, lecz grupy opozycjonistów, którzy „zdobywają coraz większy wpływ na strajkujących”. William Frye z Gannet News Service w robotniczych strajkach widział przede wszystkim polskie aspiracje wolnościowe. „New York Times” z podziwem pisał o ciągłości polskich wystąpień robotniczych, od Poznania ‘56, poprzez protesty stoczniowców w 1970 i pracowników Ursusa w 1976.
Jeden z felietonistów przypominał, że według komunistycznych prognoz rok 1980 miał być końcem drogi do „nowego społeczeństwa”, debiutem człowieka marksistowskiego. „Polskie strajki są odpowiedzią na te prognozy” – brzmiała konkluzja.
Gazety obok artykułów najchętniej zamieszczały duże zdjęcia robotników: wszyscy są młodzi, mają wąsy, brody i palą papierosy, śpiewają hymn, stoją na tle krzyża upamiętniającego wydarzenia sprzed dekady, czytają gazety albo przyjmują przez bramę stoczni kwiaty od dzieci. Prostych robotników z sympatią przedstawiano jako kolejnych „dzielnych chłopców”, którzy odważyli się stanąć do walki z imperium. „N.Y. Times” nazwał stoczniowców w beretach i z brodami bałtycką wersją Che Guevary. Bałtycki Che Guevara opisany na przykładzie jednego ze stoczniowców, Mariana Zaczyka, zarabia 280 dolarów (po oficjalnym, parokrotnie zawyżonym kursie złotego), wynajmuje mieszkanie, ma małe auto. Mieszkanie musi sam ogrzewać węglem, który w Polsce jest tak cenny jak szynka albo kiełbasa. Marzy o małym domku za miastem, ale, jak mówi, bez znajomości nie można zdobyć cegieł ani cementu.
Robotnicy słuchają polskiej wersji BBC, wiedzą, że są bohaterami wiadomości na całym świecie, ale czują się tą sytuacją raczej przytłoczeni, niż dumni. Zaczyk opowiada dziennikarzowi, że strajkować nauczyli się z telewizji: „Całe lata napełniała nam głowy sukcesami rosyjskich kosmonautów, wielkimi budowlami socjalizmu i strajkami zachodnich robotników. W efekcie opowiadamy sobie kawały o sowieckich astronautach, uważamy, że lepiej by nam się żyło bez tych wielkich budowli, a przede wszystkim wiemy, jak prowadzić strajki”.

Niecodzienna koalicja i solidarny Papież

Początkowo opozycjoniści w amerykańskiej prasie pojawiali się jedynie jako „dysydenckie źródła”. Jednak już o aresztowaniu Jacka Kuronia i innych działaczy pisano bardzo obszernie. W końcu jedynym wyraźnym powodem do aresztowania było to, że informowali oni zachodnich reporterów o przebiegu wydarzeń. Gazety codziennie przypominały, że Kuroń jest przetrzymywany. 
„Sojusz robotników z inteligencją stanowi o wyjątkowości i sile polskich protestów. W żadnym innym kraju robotnicy nie mieli takich powiązań z opozycją, a ich wystąpienia nie miały tak politycznego charakteru jak w Polsce” – pisał dziennikarz „N.Y. Timesa” John Darnton. „Intelektualiści chcieli odzyskania abstrakcyjnych wartości: wolności słowa, praw człowieka itp. Pisali listy i petycje, ale z marnym skutkiem”. Powołanie w 1976 roku KOR było oznaką zmiany strategii, od tej pory celem ich działań byli robotnicy, których zaufanie udało się im pozyskać. Bez dwóch zdań – miał powiedzieć Adam Michnik, jeden z głównych teoretyków KOR – siła robotników jest tym, czego władza obawia się najbardziej. „Teraz intelektualiści mają wpływ na przebieg strajków, a twarde obstawanie robotników przy postulatach politycznych pokazuje, jak trwała jest ta koalicja” - stwierdzał Darnton. 
„Mała, ale aktywna grupka dysydentów jest obecna przy strajkach. Pomaga redagować postulaty i przekazuje komunikaty zachodniej prasie. Działacze KOR i ROPCiO zawsze starają się zostać rzecznikami strajkujących” – pisał David Binder z „N.Y. Timesa”. 
Już po wyjściu Kuronia na wolność amerykańskie redakcje obiegło jego zdjęcie z żoną (i z papierosem). Obydwoje uśmiechnięci, mają na sobie nowiutkie koszulki Solidarności. Kuroń mówił, że w więzieniu był dobrze traktowany, a nawet spotkał sympatyzującego ze strajkami milicjanta. Porozumienia nazwał zwycięstwem i robotników, i rządu. „Jestem na wolności, bo żądali tego robotnicy” – mówi reporterom. „Wszyscy pamiętamy ich postawę po 1976 roku, wtedy oni bronili nas, teraz my bronimy ich” – mówią z kolei stoczniowcy. 
„Paradoksalnie człowiek, od którego rozwój wypadków może zależeć najbardziej, nie przebywa ani w Warszawie, ani w Moskwie, nie ma też pod rozkazami ani jednej dywizji” – tak pisano o Papieżu, gdy ten 20 sierpnia przerywa milczenie Watykanu i wyraża solidarność ze strajkującymi. Podkreślano, że Papież wykorzystuje każdą okazję, by apelować o modlitwę za swoich rodaków – nawet święcąc nowy tunel w północnych Włoszech, prosi budujących go robotników o modlitwę. 
Inaczej postrzegano postawę polskiego Kościoła, która od apeli biskupa Kaczmarka po wygłoszoną w Częstochowie homilię Prymasa Wyszyńskiego wydawała się bardziej lojalistyczna. „Episkopat sympatyzuje ze strajkującymi, ale potępia ich metody” – głosiły amerykańskie tytuły prasowe z pierwszych dni strajków.

Koniec epoki Gierka?

To pytanie często nasuwało się amerykańskim komentatorom. Szukano analogii z wydarzeniami z 1956 i 1970 roku, ale Gierka oceniano jako sprawnego gracza. Geoffrey Godsell z „Christian Science Monitor” przemówienie telewizyjne Gierka opisał jako politykę „kija i marchewki”. Więcej marchewki, jeśli chodzi o sprawy ekonomiczne, bo obiecał podwyżki, ale jeśli chodzi o sprawy polityczne, to więcej kija. Miało to uzasadnienie: „jeśli Gierek chce się obejść bez sowieckiej interwencji, musi wyraźnie oddzielać sprawy gospodarcze od politycznych”. Aresztowanie Kuronia interpretowano właśnie jako wyraz nieugiętości władzy w sprawach politycznych.
„Gierek się chwieje” – pisał 24 sierpnia „S.F. Sunday Examiner&Chronicle”. Zmiany w rządzie komentowano jako największą czystkę dekady. „Gierek – pisał Bernard Gwertzman z „N.Y. Timesa” – nie chcąc znaleźć się w sytuacji, w jakiej był Gomułka w 1970 roku, zachowuje się jak Gomułka w 1956 roku. Ale jak długo będzie w stanie jednocześnie zadowalać Polaków i nie denerwować Moskwy?”. Waszyngtońscy analitycy prasy sowieckiej z faktu, że TASS podała wiadomość o zmianach, wnioskowali, iż uzyskały one akceptację Kremla. Przemilczenie zaś obietnicy wolnych wyborów w związkach uznali za brak zgody na nie. Zastanawiano się czy zmiany personalne to tylko ruchy taktyczne, czy też początek łańcucha wydarzeń, których sam Gierek nie jest w stanie przewidzieć. Jeden z partyjnych prominentów pytany, czy zmiany w kierownictwie świadczą o słabości, czy o sile Gierka, odpowiedział: „może i to, i to”.
Coraz częściej pojawiały się informacje, że koniec Gierka jest pewny, choć odsunięcie go od władzy miało trwać nawet parę miesięcy. „Gierek jest znany na świecie, nie usuwa się kogoś takiego z dnia na dzień” – mówili członkowie KC. Próbowano odgadnąć, kto go zastąpi. Największe szanse dawano Olszowskiemu, który wrócił do gry. 
31 sierpnia amerykańska prasa przedrukowując treść porozumień (różnica czasu sprawiała, że gazety na Zachodnim Wybrzeżu USA pisały o wydarzeniach jeszcze „tego samego dnia”), dodawała, że podpisano je parę godzin po tym, jak zastrajkował Śląsk, region, z którego pochodzi Gierek. Już parę dni później gazety mogły poinformować, że Gierka spotkał jednak los Gomułki i że odsunięto go pod pretekstem choroby serca. Gazety opisywały nowego sekretarza Stanisława Kanię jako bezbarwnego biurokratę. „Nie spodziewam się żadnych innowacji w polskiej polityce” – mówił Richard T. Davies, były ambasador w Polsce.

Negocjacje 

„Czujemy, że możemy rzucić reżim na kolana, ale wszystko czego chcemy, to spotkać się” – te słowa jednego z robotników cytowane przez amerykańskie agencje świadczyły o poczuciu siły, ale i o rozwadze strajkujących. Tymczasem władza próbowała stosować strategię „dziel i rządź”, chcąc negocjować osobno z poszczególnymi zakładami. 
Gdy w końcu doszło do negocjacji, relacjonowano je bardzo szczegółowo. Stoczniowcy pokazywani byli jako twardzi negocjatorzy, których nie zadowalają zmiany dokonane w kierownictwie. „To jest tylko łatanie dziur, my chcemy czegoś nowego. Rząd nas nie oszuka, interesują nas tylko wolne związki. Strajkujemy dalej” – mówili dziennikarzom Lech Wałęsa i Anna Walentynowicz. Mimo że rząd przywrócił łączność Gdańska z resztą kraju (co zdaniem gazet tylko pogorszyło jego sytuację, bo robotnicy mogli wywołać strajki w całej Polsce) i dawał dowody otwartości (przyznano, że oficjalne związki zawodowe trawi „biurokracja, nadużycia, koneksje i służalczość wobec kierownictwa”, zaś nowy minister finansów przyznał, że dług Polski wynosił 20 miliardów dolarów), to negocjacje utknęły w martwym punkcie. 
Robotnicy sięgnęli po argument strajku generalnego. Szukanie pomocy w Kościele (retransmisja prymasowskiej homilii) świadczyło zdaniem obserwatorów o strachu partii. Grobowy ton Ryszarda Wojny, który powiedział w telewizji, że Polska zbliża się do katastrofy podobnej do tej z końca XVIII w., kiedy to zniknęła z mapy, interpretowano jako sygnał, że partia zrozumiała, iż Kreml nie zaakceptuje zmian, jakich domagają się robotnicy. Podobnie odebrano komentarz „Trybuny Ludu”, który podkreślał sojusz z Sowietami. Impas opisywano dość dramatycznie – w relacjach panowała opinia, że rząd nie wie, jak negocjować. „Partia jest niezdolna do podjęcia decyzji, co zaoferować robotnikom, zwłaszcza wobec braku wskazówek z Kremla” – pisała 29 sierpnia Flora Lewis z „N.Y. Times”. „Oni są sparaliżowani” – mówił anonimowo o swoich kolegach jeden z prominentów. Z niektórych wypowiedzi wynikało, że szeregi partyjne uważały, iż ustępstwo tylko zwiększy apetyty i dalszym roszczeniom nie będzie końca. „Oni wcale nie chcą związku, im chodzi o partię” – mówił jeden z członków KC. Nawet partyjni liberałowie mówili dziennikarzom, że wszystko, na co można się zgodzić, to wybory w już istniejących związkach. „Robotnicy chcą niezależnych związków, partia chce dać autonomiczne. Różnica niewielka, ale decydująca” – stwierdza Lewis. Upór robotników jest jednak zrozumiały: „Polacy mogą mieć swobodnie wybierane związki zawodowe, ale komuniści i tak mają sposoby, by je kontrolować” – pisano o rządowej propozycji.
Kiedy wreszcie na pierwszej stronie „L.A. Times” z 31 sierpnia pojawił się Lech Wałęsa machający do robotników egzemplarzem porozumień, podsumowywano: Pierwszy raz w powojennej historii Europy Wschodniej władza robotnicza porozumiała się z robotnikami.

Wejdą, nie wejdą?

Amerykańscy korespondenci w Brukseli podkreślali, że NATO uważnie obserwuje rozwój wydarzeń w Polsce, jednak nie obawia się interwencji zbrojnej. Rzecznik Sojuszu mówił, że nie widzi związku między strajkami a ruchami wojsk polskich i sowieckich.
W komentarzu z 20 sierpnia M. J. Hall z „Oakland Tribune” zwracał uwagę, że Sowieci i bez polskich strajków mają kłopoty: Afganistan, niepowodzenia w Etiopii, fiasko olimpiady w Moskwie, niepewna postawa Iraku i Jemenu. Wszystko to sprawia, że „bratnia pomoc”, choć dla Sowietów nie pierwszyzna, tym razem nie jest oczywista. Amerykańskie gazety pisały, że Kreml jest powściągliwy w oficjalnych wypowiedziach, woli eksponować w radzieckich gazetach słowa Gierka o tym, że „tylko socjalistyczna Polska może pozostać z nienaruszalnymi granicami”. 
Z drugiej strony wiadomo było, że przyzwolenie na zmiany może mieć wpływ na cały region. „Czy ZSRR jest w stanie skutecznie prowadzić jednocześnie dwie operacje militarne, w Afganistanie i w Polsce? Wojnę w Azji można od biedy tłumaczyć próbą stabilizacji regionu, ale jak wytłumaczyć tłumienie czołgami protestu robotników domagających się jedynie prawa do strajku?” – pytał William Frye w „Oakland Tribune”. Coraz częściej podkreślano strategiczne położenie Polski, dołączano mapki, a dla orientacji czytelników podawano odległość centrów strajkowych od... sowieckiej granicy. Zachodni obserwatorzy powołując się na dysydentów pisali o zwiększonym ruchu milicji i wojska na Wybrzeżu. Władza zaprzeczała, ale gazety cytowały wypowiedź Henryka Jabłońskiego, że „los narodu wisi na włosku”. Czym jest „doktryna Breżniewa”, tłumaczono czytelnikom na przykładzie Czechosłowacji. Podkreślano, że Moskwa wie, iż interwencja w Polsce może doprowadzić do krwawego oporu. Rocznica inwazji na Czechosłowację i zbliżająca się rocznica najazdu Hitlera na Polskę często były dla dziennikarzy punktem wyjścia do snucia pesymistycznych wizji.
Emocje podsycał wzmożony ruch wojsk w całej Europie. W NRD, zaledwie 60 mil od polskiej granicy, rozpoczynały się manewry Paktu Warszawskiego. Jednak urzędnicy NATO nie widzieli powodów do obaw: „Sowieci nie są skorzy do walki. W Polsce stacjonuje i tak około 35 000 żołnierzy, a manewry musiały być planowane od dawna”. Nieoficjalnie przyznawali jednak, że mogą one być ostrzeżeniem dla Polaków. Z kolei NATO rozpoczynało swoje manewry, największe od 1969 roku. „L.A. Times” pisał, że naprzeciw siebie po obu stronach żelaznej kurtyny stanęły największe armie w powojennej historii Europy. 
Analitycy odetchnęli z ulgą po wystąpieniu Breżniewa o sytuacji międzynarodowej wygłoszonym w Kazachstanie. Zarówno wybór odległej od Polski Ałma Aty, jak i fakt, iż Breżniew nie odniósł się do wydarzeń w Gdańsku, świadczyły, że interwencja nie była planowana. 
Już po zawarciu porozumień pisano, że Moskwę od ataku powstrzymała niespotykana jedność Polaków. Kłótliwi zazwyczaj Polacy przezwyciężyli podziały i sprawili, że Moskwa była ostrożniejsza zdając sobie sprawę, iż w Polsce jest 1 350 000 potencjalnych żołnierzy. 
Jeszcze 8 września R. C. Toth z „L.A. Times” pisał jednak, że Biały Dom obawia się sowieckiej inwazji na Polskę. Urzędnicy waszyngtońscy mówili wprost, że polski problem nie został rozwiązany. Podawano trzy powody, dla których Moskwa może uderzyć: nowe strajki wywołane rozczarowaniem robotników, erozja partii i utrata jej wpływów na rzecz związków zawodowych, wycofanie się Polski z Paktu Warszawskiego. Analitycy nie spodziewali się po Kani rozwiązania polskich problemów gospodarczych, dodawali, że podobne kłopoty występują w samym ZSRR i ten boi się rozprzestrzeniania się robotniczych protestów. Artykuł okraszono zdjęciem polskich żołnierzy z podpisem, że zdaniem analityków mogą oni stanąć do walki z Sowietami.

Propagandowy sabat czarownic

Zachodni korespondenci przyglądający się wydarzeniom z Moskwy starali się wywnioskować z oficjalnej prasy, jaką politykę przyjmie Kreml. Początkowa cisza w mediach mogła oznaczać chęć izolacji Polski. Dopiero telewizyjne wystąpienie Gierka znalazło szerszy oddźwięk. Cytowanie Gierka i polskich agencji prasowych znaczyło, że Kreml akceptuje sytuację. 
Szerokie komentowanie sytuacji w Polsce radziecka prasa nazwała „oszczerczą propagandą” i wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy Polski. Telewizyjny prezenter Miljukow grzmiał z ekranu: „W ostatnich dniach zachodnioniemieccy militaryści i rewizjoniści, zwłaszcza Josef Strauss z CDU, wypowiadają się na temat Polski prowokacyjnie, a niektóre gazety tendencyjnie używają nazwy Danzig!”. Natomiast czołowy komentator Agencji TASS Jurij Korniłow pisał: „Propagandowy sabat czarownic zebrał się nad PRL”. Associated Press przypominało, że interwencję w Czechosłowacji poprzedziły podobne artykuły.
Już po podpisaniu porozumień oberwało się amerykańskim politykom. Jak donosił „N.Y. Times” z 3 września, TASS zaatakowała Cartera, że pod płaszczykiem troski o prawa człowieka wtrąca się w sprawy Polaków. Od Cartera zdecydowanie gorszy był Reagan, nie bez winy byli też podróżujący po Polsce mieszkańcy Zachodu, którzy nie kryli swoich antysocjalistycznych poglądów. Natomiast zachodnie związki zawodowe bezwstydnie wysyłały pieniądze tym, którzy podkopują socjalizm w Polsce.
Oczywiście najwięcej emocji budziły reakcje Moskwy na końcowy efekt negocjacji. Krytyczny komentarz Aleksieja Petrowa w „Prawdzie” z 1 września budził pewne obawy, ale gdy TASS podała z 24 godzinnym opóźnieniem wiadomość o zakończeniu strajków, uznano, że Kreml zaakceptował porozumienia. 

Waszyngton z zamkniętymi ustami

Od początku strajków jasne było ich międzynarodowe znaczenie. Zadawano sobie pytanie, czy dojdzie do tragedii, jak na Węgrzech w ’56 albo w Czechosłowacji w ’68. „Waszyngton, nauczony doświadczeniem, nie zamierza komentować wydarzeń w Polsce” – pisał „N.Y. Times”. Urzędnicy Białego Domu, którym nakazano w tej sprawie powściągliwość, twierdzili bowiem, że jakakolwiek ich wypowiedź może sprowokować najazd czołgów na Polskę. 
Pierwszym bardziej konkretnym stanowiskiem Waszyngtonu była cytowana 23 sierpnia wypowiedź sekretarza stanu Edmunda Muskie, że Biały Dom „zauważył” aresztowanie KOR-owców i ma nadzieję, że będą oni wkrótce wolni. Carter zaś w wywiadzie dla „Boston Globe”, stwierdził, że oczekuje, iż Sowieci nie będą ingerować w polskie sprawy. Zapytany przez dziennikarzy, co zrobi Waszyngton, jeśli ZSRR najedzie na Polskę, odmówił jednak odpowiedzi.
Opisując powściągliwość Waszyngtonu prasa podkreślała, że jest ona wynikiem ustaleń podjętych na naradach z udziałem Muskie’go i Zbigniewa Brzezińskiego, którzy uważają, że nieangażowanie się to najlepsza strategia. Tymczasem republikański kandydat na prezydenta, Ronald Reagan, publicznie chwalił heroizm polskich robotników i uszczypliwie przypominał słowa Cartera z 1977, gdy ten wezwał rząd w Polsce do poszanowania praw człowieka. 
Neutralność amerykańskiej administracji chwalił z kolei ambasador Polski Romuald Spasowski zapewniając, że Polacy sami znajdą pokojowe rozwiązanie. Wyraził też nadzieję, że żadne zewnętrzne czynniki nie będą próbowały wpływać na wydarzenia w Polsce. Wnioskowano, że ambasadorowi chodziło o Polonię, która oczekiwała od Białego Domu zajęcia stanowiska. 28 sierpnia Edmund Muskie powiedział dziennikarzom, że Biały Dom wierzy, iż Polacy sami znajdą wyjście z sytuacji. I ma nadzieję, że rzeczywiście żadna zewnętrzna siła (tym razem chodziło oczywiście o ZSRR) nie zamierza wpływać na bieg wydarzeń. 

Finlandyzacja czy konfrontacja? 

Snucie geopolitycznych wizji to gratka, jaką polskie porozumienia dały amerykańskim publicystom. Komentator „New Yorkera” William Pfaff jedyne wyjście widział w finlandyzacji Polski, Węgier i Czechosłowacji. „Państwa te są naturalnie powiązane z Wiedniem, Berlinem i Paryżem, a nie z Moskwą. Wrogość ich narodów do Moskwy może w przyszłości być dla niej największym problemem, a Europa Środkowa, miast być strefą bezpieczeństwa, stanie się rejonem podwyższonego ryzyka. Jedynym wyjściem jest zatem ułożenie stosunków z ZSSR na podobnych zasadach, jak Finlandia: autonomia, niezależna polityka w regionie, zaś polityka zagraniczna respektująca interes Moskwy. To trudny scenariusz, jego realizacja może trwać nawet dekadę, ale to jedyne wyjście”. 
Anthony Barbiery jr. z „Baltimore Sun” widział w porozumieniach groźbę konfrontacji. „Nikt nie ma pojęcia – pisał Barbiery – w jaki sposób związki zawodowe mogą być niezależne i jednocześnie uznawać monopol partii”. Każdy krok ku realizacji porozumień będzie de facto wyłomem w systemie i będzie znajdował echo w regionie. Związki staną się trzecią, obok Kościoła i partii, siłą w państwie. Choć lider robotników zastrzega się, że polityka go nie interesuje, już dziś jest ogromnie popularny, pojawia się w telewizji, rozdaje autografy. Dysydenci są na wolności, czują za sobą siłę robotników i już zapowiadają, że następnym krokiem będzie demokratyzacja innych sfer życia. Rząd, jak Dubczek w 1968 r., zezwolił na pewną swobodę w mediach. Ma ona dotyczyć spraw ekonomicznych i związkowych. Dziś są to zarobki i warunki pracy, jutro mogą to być – zdaniem dziennikarza – zbyt duże koszty stosunków gospodarczych z ZSRR. „Zbudowali podstawę pod legalną opozycję i nieważne, jak to nazwą” – mówił cytowany w artykule jeden z członków partii. 
„Jeśli w Polsce rzeczywiście zajdą zmiany – pisał Geoffrey Godsell – fakt ten będzie miał ogromne znaczenie dla ZSRR. Inne narody mogą pójść tą samą drogą, w pierwszej kolejności europejskie, ale należy pamiętać o 45 milionach muzułmanów żyjących w imperium”. Z kolei Adam B. Ulam dowodził na łamach „S.F. Chronicle”, że wydarzenia w Polsce mogą mieć dla świata komunistycznego podobne znaczenie jak śmierć Stalina czy konflikt chińsko-radziecki: „Oczywiście władze będą się starały wycofać z porozumień i krok po kroku przywrócić »stary porządek«. Ale tym razem robotnicy nie dadzą się wykiwać”.

Autor (ur. 1978) jest studentem polonistyki i historii UJ.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 33 (2771), 18 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl