EWA SZUMAŃSKA

 

Wzgórze

Wspominam wzgórze Tepeyac, które – w momencie kiedy to piszę – tylko 
nieliczne godziny dzielą od największego Święta. Cudowne wzgórze, z tonącymi w kwiatach ścieżkami, ze starą i nową Bazyliką, z dużym pomnikiem Jana Pawła II i niedużym Juana Diego, którego ten właśnie Papież wyniesie na ołtarze. Prostego Indianina, przez którego świadectwo narzucona siłą wiara stała się własną wiarą, a Indianie – najwierniejszymi jej obrońcami.
Wspominam wzgórze i wydaje mi się, że za chwilę, na ruchomej taśmie, zacznę się znów powoli przesuwać przed tilmą, indiańskim płaszczem, na którym przed wiekami odbił się wizerunek Pani w kwietno-gwiaździstej szacie. Od tego dnia zmienne były losy pamięci o Juanie Diego. Był nawet czas, kiedy nieprzyjaciele twierdzili, że Go w ogóle nie było, że to propagandowy wymysł Kościoła. A tymczasem był nie tylko człowiekiem z krwi i kości, ale rzeczywistością wiary, najsilniejszym spoiwem, ich indiańską tożsamością.
Jakże piękny będzie dla nich ten dzień na wzgórzu!...




Fale

Podczas pielgrzymek Papieża przez świat idzie jakaś fala dobroci. Nawet telewi-
zja ma mniej niż zwykle czasu na pokazywanie sensacji i okrucieństw, więcej w niej życzliwych twarzy i przyjaznych uśmiechów.
Teraz, do fali dobroci, dołącza się jeszcze fala troskliwej czułości. Jak się dziś czuje? Czy jest bardzo zmęczony? Chyba ma dziś mocniejszy i bardziej dźwięczny głos?...
Świat – w czasie pielgrzymek Papieża – jest trochę bardziej skupiony, o włos uważniejszy, odrobinkę lepszy.



Pożegnanie

Dowiedziałam się o śmierci Przyjaciela. Odszedł Tadeusz Wolf, emerytowany 
Kapitan Żeglugi Wielkiej.
Najważniejszy z moich Kapitanów. W połowie lat 60. popłynęłam z Nim w długi, trudny, afrykański rejs. Uczyłam się od Niego morza, jego surowych praw, szacunku dla innych. Widziałam, jak kochają go ludzie, odpłacając sercem za serce. Potem z Nim i z jego Najbliższymi zawiązała się prawdziwa przyjaźń, która przetrwała do dziś.
Za kilka dni wyjdzie z Gdyni w rejs jeden ze statków, którymi dowodził. Zabierze ze sobą prochy Kapitana. Kiedy opuści port i znajdzie się na szlaku zawsze tych samych odpływań i powrotów – prochy zostaną rozsypane na morzu. Najbliżsi będą na to patrzeć z oddali, z najwyższego punktu Kamiennej Góry.
Beniu, Kasiu, Michale – o oznaczonej godzinie zwrócę głowę na północ i dołączę do Was. Będę czuła, że oto odchodzi nie tylko szlachetny, mądry, przyjazny ludziom człowiek, ale część jakiejś legendy, ważnego czasu statków, dobrych dni bandery... To będzie zwykły, ruchliwy, zabiegany, portowy dzień. Tylko my będziemy wiedzieć, że stało się coś nieodwracalnego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl