O nowej książce Mieczysława Porębskiego


Polskość i myślenie

Maria Poprzęcka



Przed laty Anna Porębska, relacjonując w liście do przyjaciółki zajęcia uczonych kolegów, tak skwitowała zatrudnienie swego męża: „co zaś do Mietka, zajmuje się on myśleniem”.



Czym bowiem w swym długim życiu „zajmował się” profesor Mieczysław Porębski? Teorią sztuki i teorią informacji, logiką i teatrem Cricot, semiotyką i Grottgerem, matematyką i Matejką, zawsze i niezmiennie powstającą wokół niego i często z jego inspirującym udziałem sztuką. Sztuką bliskich przyjaciół: Kantora, Nowosielskiego, Brzozowskiego, artystów Grupy Krakowskiej, której sam jest członkiem. I sztuką dalszą, jak Picassa, którego w pewnym momencie porzucił. A poza tym żył w „tym kraju” i tego kraju kulturą, historią, losem. W tym wszystkim jednak w istocie „zajmował się myśleniem”. 
Dziś dokonuje wielkiego podsumowania. Krakowskie Wydawnictwo Literackie zaplanowało cały cykl książek, zbierających różne dawne, niedawne i teraz, na gorąco pisane artykuły Mieczysława Porębskiego. Właśnie ukazała się pierwsza z nich, zatytułowana „Polskość jako sytuacja”. 

Obszar polskości
Kto dziś pisze o „polskości”? W latach stanu wojennego, z inicjatywy środowisk niezależnych, wśród artystów przeprowadzono ankietę, w której o poczucie „polskości” pytano. Kto dziś zadaje podobnie ryzykowne pytania? „Polskość” zdaje się skompromitowana przez populistyczne hasła i lepperowski krawat, zawłaszczona przez bogoojczyźnianą retorykę, zrośnięta z ksenofobicznymi fobiami, wyświechtana jak flagi wywieszane z racji byle płacowego protestu, publicystycznie zużyta, w najlepszym razie zawstydzona wypominanymi jej teraz grzechami. A przecież pytanie o polskość trzeba stawiać, szczególnie teraz, gdy „wchodzenie do Europy” wymusza określenie tożsamości. Nie żeby jej bronić przed rzekomym zagrożeniem. Żeby ją po prostu znać i czuć. Wiedzieć, kim się jest, zwłaszcza gdy stanie się twarzą w twarz z innymi.
Pisząc o „polskości” Mieczysław Porębski zdaje się nie zauważać dzisiejszych nadużyć słowa. Gdy, tak jak on, patrzy się na „obszar polskości w świecie zdarzeń” z rozległej perspektywy tysiącletniej historii i ogarnia wzrokiem przestrzeń od krzyżackich zamków po kresowe zagony, mogą one istotnie wyglądać na nieznaczące incydenty. „Sytuację zwaną polskością – pisze Porębski – warunkuje – tak bym to przynajmniej widział – istnienie (po części zwartej, po części żyjącej w diasporze) wspólnoty duchowej, która skupia się wokół pewnych historycznie ukształtowanych symboli, z symbolami tymi identyfikuje swe trwanie, trwania tego ciągłość i godność”. Owe symbole współokreślające obszar i zasięg polskości to MIEJSCA, KSIĘGI, OBRAZY, DŹWIĘKI, SMAKI, KOLORY. Refleksja nad nimi różny przybiera charakter, tak jak myślenie Porębskiego nigdy nie zamyka się w jednej dziedzinie, w jednej metodzie, w jednym systemie. 
MIEJSCA przywołuje Długoszowa topografia krainy wszelkiej obfitości. KSIĘGI wskazują na symbolotwórczą rolę języka, ale też przypominają, że najlepszą, nie tylko naszą oświeceniową fantasmagorię napisał po francusku hrabia Jan Potocki, a właściwy nam kodeks moralnych powinności sformułowany został w angielszczyźnie Conrada. I że „dzisiejsze żywe i martwe granice naszej polskości penetrują nie tylko Parnicki i Kuśniewicz, Miłosz i Konwicki, nie tylko Buczkowski i Stryjkowski, ale również pisane w jidysz opowiadania Izaaka Singera, również należący do literatury niemieckiej »Blaszany bębenek« gdańszczanina Güntera Grassa”. Tu najlepiej widać, jak „polskość”, tak jak ją określa Porębski, wtopiona jest w europejską wspólnotę, nigdy nie budowana na opozycji swoje–obce. 
W OBRAZY nie byliśmy bogaci – nie bez żalu stwierdza Porębski-historyk sztuki. Ale pomimo tego ubóstwa próbuje wykreślić obszar polskiej ikonografii, od świętych wizerunków Częstochowskiej i Ostrobramskiej poczynając, poprzez wiek XIX, w którym dopiero malarstwo dobiło się u nas rangi sztuki narodowej i wieszczej, aż po współczesnych: „zapustno-zadusznego Kantora, sarmackiego Brzozowskiego, prawosławnego Nowosielskiego” i innych bliskich mu artystów. Co do KOLORU – Porębski przypomina, od jak dawna i jak wielu przyjmowało czerwień i biel za swe godło i że naszymi barwami narodowymi stały się one późno, dopiero uchwałą ostatniego sejmu Królestwa Polskiego, podjętą 4 lutego 1831 roku, dwa tygodnie po detronizacji dynastii Romanowów. Tu też do głosu dochodzi upodobanie Profesora do nauk ścisłych. Otóż: „biel jest reakcją na światło słoneczne fizycznej substancji, która rozprasza i odbija wszystkie rodzaje słonecznego promieniowania, czerwień – podobną reakcją substancji, która rozprasza i odbija jedynie promieniowanie w granicach od 620 do 700 mm”. Ale barwy to nie tylko zjawiska fizyczne, istnieje odpowiadająca im kategoria zjawisk psychicznych i językowo-logicznych, istnieje wreszcie jeszcze jeden obszar – „ten, gdzie biało-czerwona płachta, znak, liternictwo stają się symbolami, wokół których skupia się – a w pewnych wypadkach może i tworzy się dopiero – określona, węższa lub szersza międzyludzka wspólnota”. Natomiast wymieniwszy je zaledwie, SMAKOM i ZAPACHOM Porębski jakoś uwagi nie poświęcił. Może słusznie. Co tu spaja naszą wspólnotę? Smak gorzały i bigosu „woń cudna”? 

„Grzech nierządnego smutku”
Ale wróćmy do spraw poważnych. Z naszego szczególnego usytuowania w Europie – pisze dalej Porębski – „rodziła się istotna cecha takich jak nasza, historycznie uformowanych sytuacyj – towarzyszący jej permanentnie stan zagrożenia”. Tu wszakże ostrzega przed jednostronnym widzeniem tego zagrożenia, stanowiącego jakże istotny element polskiego cierpiętnictwa. Wskazuje, że obok zagrożenia polskości jest również zagrożenie polskością, którego nasza apologetyczna historia nie widziała i widzieć nie chciała, a z którego dopiero teraz zaczynamy zdawać sobie sprawę, gdy poznajemy urazy sąsiadujących z nami „młodych państw”. Owo zagrożenie to nie tylko zagrożenie ekspansją. To także zagrożenie atrakcyjnością, kulturową głównie, która nie przestała oddziaływać nawet w czasie rozbiorów. 
I na koniec zagrożenie najgorsze – zagrożenie polskości przez samą polskość właśnie i zagrożenie polskości przez jej poniechanie. Co do pierwszego – „niewiele tutaj pozostałoby do dopisania po Gombrowiczu, po Witkacym”. A drugie? To ucieczka w krajową, ale i w zagraniczną wieprzowatość albo w „grzech nierządnego smutku”, acedię. Dławiący w swej beznadziei fragment „Żywych kamieni” Berenta zamyka rozważania o „polskości jako sytuacji”. Czy to diagnoza? Czy przestroga? Nie ma odpowiedzi. „Bo taka jest sytuacja – ”?

W poszukiwaniu ładu
Odpowiedzi można szukać w innych tekstach pomieszczonych w książce. Niezwykły jest tu rodzaj solilokwium, rozmowy z samym sobą, którą Autor toczy w przeciągu lat dwudziestu. Otwiera ją wystąpienie, jakie Mieczysław Porębski zdążył wygłosić na przerwanym wprowadzeniem stanu wojennego Kongresie Kultury Polskiej. Zdążył, bo w programie przewidziano je na sobotę 12 grudnia. Dziś czytamy ten tekst szczególnie – świadomi dramatyzmu chwili (a o brak tej świadomości oskarżał obradujących przemawiający tegoż dnia Andrzej Wajda). I wciąż pytamy: na ile „ten kraj”, przedstawiony wówczas przez Porębskiego jako „monstrualna masa upadłościowa”, zmienił się? Czy odzyskaliśmy – co postulował – choć trochę przestrzennego i duchowego („co na jedno wychodzi”) ładu? 
Ale – spytajmy, wychodząc poza tok rozważań Porębskiego – czy w ogóle było co odzyskiwać? Gdzie i kiedy szukać w Polsce owego ładu, który każe wykreślać bieg dróg i ulic, wytyczać place, równo wyprowadzać kominy, grodzić, sprzątać, dbać o zastane, z poszanowaniem starego, a nie z nowobogacką pychą wprowadzać nowe? W średniowiecznych miastach zakładanych na prawie niemieckim? W Komisji Dobrego Porządku, krótkotrwałych wysiłkach urbanizacyjnych podjętych w pierwszych latach Królestwa Polskiego? Porębski wskazuje na czynniki „miastoburcze”. Ale czy w ogóle istnieje polska tradycja miastotwórcza? Czy przestrzenny bezład Warszawy to tylko owoc dziewiętnastowiecznego niedorozwoju, wojennych zniszczeń i gierkowskich tras „szybkiego ruchu”, właśnie się zresztą rozsypujących? Dwadzieścia lat temu Porębski mówił na Kongresie o potrzebie totalnej rewaloryzacji kraju „od zaśmieconych szczytów Tatr po skażone sine fale Bałtyku”. Co w tym zakresie zrobiono w III Rzeczyspospolitej?
Kreśląc „Tego kraju obraz (dwanaście lat później)” Porębski – jak wszyscy wtedy – był pełen dobrej wiary: „co rzuca się w oczy, to to, że cały ten wydarty tamtoczesnej masie upadłościowej krwawicą własną czy szachrajstwem dorobek zaczyna się na nowo jakoś uładzać, porządkować, nabierać stabilności”. Pustakowe ściany się tynkują, brzydzące wiejski i małomiasteczkowy krajobraz „kwadraciaki” zmieniają bryłę rozbudowując się i zadaszając, tak nie lubiane przez Porębskiego komunikacyjne wielopasmówki obrastają „wcale ciekawie” stacjami benzynowymi, hotelikami, barami. „Czuje się w tym jakąś myśl o przyszłości, jakąś powracającą wiarę w możliwość przetrwania”. Gorzej z architekturą, gdzie „dano szansę, i to rzadko w historii spotykaną, jedynie twórcom architektury sakralnej. I weszły na trwale w krajobraz tego kraju obiekty, które zadziwiają. Kościoły-dzielnice i kościoły-twierdze, kościoły-bunkry i kościoły-namioty, kościoły-łodzie i kościoły-dyskoteki. Jerzy Nowosielski, który się na tym zna, twierdzi, że są to kościoły czasów apokalipsy, odgrodzone od złego, samoistne miejsca obronne, powielona Urbs Jerusalem Beata czasów ostatecznych”. I one pozostaną, gdy rozpadnie się wielka płyta blokowisk.

Kraina bylejakości?
Taki (niezbyt promienny) optymizm przyświecał Porębskiemu 10 lat temu. A dziś? „Dziś to znaczy kiedy”? pytał jesienią ubiegłego roku na konferencji historyków sztuki poświęconej „Sztuce dzisiaj”. Profesor wrócił tu do swych dawnych rozważań o „granicy współczesności”, którą po upływie kilkudziesięciu lat trzeba wytyczyć na nowo. Lecz wygłaszając swój tekst w listopadzie 2001 roku, choć mówił głównie o sztuce ostatniego półwiecza, stawiał pytanie „którego trudno byłoby uniknąć. Pytanie, jak to się wszystko ma do tego, co zdarzyło się niedawno właśnie, 11 września 2001 roku. Co to znaczyło. Mnie przynajmniej słynna kwestia z »Umarłej klasy« Kantora: »No to mamy wojnę«, zabrzmiała tak, jakby się nic od tamtych czasów, od tamtej pierwszej, potem drugiej wojny, od samego spektaklu nie zmieniło. Pomimo że zmieniło się wszystko. Wszystko. Zmienił się, zmienia się ciągle otaczający nas świat, zmienia się jego ikonosfera”. Tak zaś widzi Porębski tę nową polską ikonosferę (przypomnijmy – pojęcie wprowadzone niegdyś przez niego właśnie): „Nasze nowe metropolie wciąż jeszcze nie okrzepły, w kształtowaniu ich przestrzeni ożywczy chaos, przejście do nadkodu kompletne. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy, jeśli komu po drodze, zajrzeć na warszawską peryferię, choćby do Tarchomina. Wszystko tu stoi w poprzek wszystkiemu, postcorbusierowskie blokowisko obrasta postmodernistycznym eklektyzmem. Jest i bardziej prestiżowe budownictwo indywidualne. Całe dzielnice. Śledziłem kiedyś jego przemiany, dziś i tu dostrzegam sporo nowego. Już nie wille w pikasy, nie arkadowe loggie do niedawna obowiązujące. Dominuje zabudowa dworkowa. Ganek, kolumienki. »Dworek staropolski na amerykańskiej licencji« – reklamuje się firma budowlana”. 
Czy to na tym billboardzie streszcza się nowa polska sytuacja? Próbując opisać ten nowy „świat nieprzedstawiony” (bezradność literatury i filmu wobec „procesu transformacji” to osobny problem), Porębski nie poprzestaje na zewnętrznych wyglądach. „Chodzę po tych pięknych dzielnicach, w samej Warszawie czy na dalekiej prowincji, i myślę: To zewnątrz. A co we wnętrzach? Czy jest tam miejsce na obrazy?” To pytanie czułego na losy współczesnej sztuki krytyka. Ale chciałoby się pytać dalej. Co w głowach? Co w sercach? Staropolszczyzna na amerykańskiej licencji? Czy – jak pisze w innym miejscu Porębski – „samozadowolona samomistyfikacja”? „Zostaliśmy sami swoi i trochę nam straszno” – mówił dwadzieścia lat temu. Jak teraz wygląda „swojszczyzna”, ten jakże newralgiczny punkt naszej tożsamości? Czy – sięgając po słowa przyjaciela Profesora, Tadeusza Różewicza – ten kraj to dziś „śmietnik, pełen życia i niespodzianek” czy raczej kraina wszechobecnej bylejakości, duchowej także, gdzie „wszystko stoi w poprzek wszystkiemu”?
W rozważaniach o „polskości” i jej stereotypach nie mogło zabraknąć wątku romantycznego. Ku niemu zmierza recenzja--rzeka z ekranowego „Pana Tadeusza”. „Czym jest romantyzm w wyobraźni dzisiejszych Polaków, proszę nie pytać. Nie wiem”, ale „szkoda by było, gdyby go w niej zabrakło” (nota bene, jakże interesująco mogłaby przebiegać tu dyskusja Porębskiego z profesor Marią Janion). Co jednak robić, aby przewodnikiem młodych po polskim romantyzmie nie był Pimko, lecz Pigoń i jego przypisy? W tym wyjątkowo ciepłym, serdecznym tekście poglądy Porębskiego na „polskość” zostają przymierzone do arcypolskiego arcypoematu, tak jak go pokazał Wajda i zagrali aktorzy, wracający, co podkreśla, do swej „publicznej” roli. Ale zawsze ta polskość okazuje się częścią wielkiej tradycji, tak jak powrót Jacka Soplicy jest powrotem Odysa, powrotem balzakowskiego Vautrina.

Polskie krasnoludki
Z tych wątków, wyłuskanych z bogatej w bardzo różne treści książki, można by wnosić, że Porębski skłania się do bieżącej, interwencyjnej niemal publicystyki. Nic podobnego. Przede wszystkim stroni od ideologii i polityki. „Co jak co, ale pojęcie ojczyzny upolityczniane być nie powinno” – takie tu pada, pozornie tylko paradoksalne zdanie. Nawet jednak chwytając naskórkowe i efemeryczne zjawiska współczesności, Profesor pozostaje uczonym „zajmującym się myśleniem”. Uczonym o nieprawdopodobnej, wielostronnej erudycji, którą sam potrafi, na wpół żartem, na wpół serio się bawić. 
Niezwykłe cechy jego pisarstwa i umysłowości niech tu ukażą rozważania o logice krasnoludków. Punktem wyjścia są dla nich dziecinne lektury, z „Krasnoludkami i sierotką Marysią” na czele. Porębski znajduje dla krasnoludków miejsce w „»czwartej religii«, w której znalazły schronienie różne z dalekiej wywodzące się starożytności przesądy, wierzenia, podejrzenia, obrządki”. A dalej zostają przywołani Husserl, Ingarden, Chwistek, Witkacy, Levinas... Za nimi postępuje wnuczka Profesora zdolna, jak to dzieci, przyjąć do wiadomości odrębny status logiczny krasnoludków. 
Logiki trój- (i więcej) wartościowe były pomysłem Jana Łukasiewicza. „Do opisu świata krasnoludków – stwierdza Porębski – logiki te nie bardzo się jednak nadają. Wydaje się, że stosowniejsza byłaby tu logika trójwartościowa, ale od logik Łukasiewicza różna. Żeby ją scharakteryzować, posłużę się, jak zwykle w takich wypadkach, tabelką (matrycą), w której zero (0) będzie oznaczało fałsz, jedynka (1) prawdę, a połówka (1/2) trzecią wartość; tę od biedy można by nazwać pół-prawdą, choć nie chodzi tu bynajmniej o jakąś połowiczność, ale o coś, no właśnie trzeciego, co choć równie dobre – ani prawdą, ani fałszem nie jest, ale o czym się mówi”. Profesor zawsze lubił wykresy i tabelki. Dla jego uczniów niezapomniany pozostaje wykres „przestrzeń stylotwórcza 4-wymiarowa, 16-fazowa, binarnie (0,1), unormowana”, ujmujący „programy, poetyki, postawy, style” nowoczesności w dość skomplikowaną, idealną strukturę. Logiczne matryce na okoliczność istnienia krasnoludków są znacznie prostsze. Wniosek zaś jest niezbity – Konopnicka miała rację, „krasnoludki są na świecie”. Dodajmy – polskie oczywiście. Jakie inne by tyle narozrabiały.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl