Determinacja Metropolity

Z ks. biskupem Tadeuszem Pieronkiem, rektorem Papieskiej Akademii Teologicznej, rozmawia Marek Zając



MAREK ZAJĄC: – Zanim oficjalnie ogłoszono program papieskiej podróży do Polski, spekulowano, że Jan Paweł II przyjedzie do Krakowa, by poświęcić sanktuarium Bożego Miłosierdzia oraz zobaczyć budowę nowej siedziby Papieskiej Akademii Teologicznej – powstała już część Biblioteki – na III Kampusie UJ w Pychowicach. Jeśli chodzi o Łagiewniki, sprawa jest jasna – Papież od lat jest orędownikiem kultu Bożego Miłosierdzia. Ale dlaczego PAT?
BP TADEUSZ PIERONEK: – Ta uczelnia jest z wielu powodów bliska sercu Jana Pawła II. Był jej studentem, absolwentem, profesorem i Wielkim Kanclerzem. Wspierał ją w najtrudniejszych chwilach. Karol Wojtyła był ostatnim doktorem teologii, który habilitował się na UJ (w 1954 r., po ponad 550 latach od utworzenia, komunistyczne władze usunęły z Uniwersytetu Wydział Teologiczny). Co więcej, gdy został Arcybiskupem krakowskim, czynił starania, by Wydział nasz zyskał – a właściwie odzyskał – należne mu prawa. Doszło do tego dopiero w czerwcu 1989 r., kiedy władze uznały wszystkie tytuły naukowe nadane przez Wydział Teologiczny i PAT od... 1954 r. 
Ważne są nie tylko emocjonalne więzy. PAT stanowi istotne ogniwo systemu kościelnego szkolnictwa wyższego w Polsce. Renesans tych uczelni zawdzięczamy właśnie Karolowi Wojtyle – najpierw jako Arcybiskupowi krakowskiemu, później jako Papieżowi. W latach 60. działały tylko dwa uznawane przez państwo wydziały teologiczne: na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Dziś jest ich jedenaście.
Przyjazd Papieża na Kampus, do naszej biblioteki oraz kilku budynków UJ i PAN, jest o tyle zrozumiały, że Jan Paweł II wie o tej budowie i zna jej plany, ale nigdy jej nie widział. Wbrew temu, co czasem podawały media, nie dokona tam żadnego poświęcenia, bo budowa została już poświęcona. Po prostu chce ją zobaczyć, a my chcemy mu ją pokazać i będzie to uroczystość nieoficjalna.

Przegrany u władz...
W 1951 r. Ksiądz Biskup rozpoczął studia na Wydziale Teologicznym UJ. Od października 1953 r. ksiądz Karol Wojtyła prowadził tam wykłady z etyki społecznej, jednocześnie kończąc habilitację. Czy studenci i wykładowcy spodziewali się, że teologowie będą wkrótce musieli opuścić Uniwersytet?
– Wtedy można było się spodziewać każdej decyzji. Na początku naszego pobytu w seminarium studenci teologii tworzyli dwie grupy. Jedni byli normalnymi studentami, drudzy, nazywani „papieskimi” mieli status „wolnych słuchaczy”, nie mogli być formalnie przyjęci na uczelnię, bo nie mieli państwowej matury. Gdy w 1954 r. przyjechaliśmy po wakacjach do Krakowa, usłyszeliśmy, że nie jesteśmy już studentami. Czasy były trudne, społeczeństwo sterroryzowane przez bezpiekę, zatem i my się nie buntowaliśmy. Protestował wprawdzie Senat UJ (teologię usunięto z uczelni jednostronną decyzją Rady Ministrów) oraz inne ośrodki uniwersyteckie – ale raczej cichutko i bez przekonania, bo i tak wiadomo było, że to nic nie da.
Część profesorów teologii skaptowano do Warszawy na utworzoną przez władze Akademię Teologii Katolickiej; uważali, że to jedyna szansa na przetrwanie. Niektórzy traktowali ich jednak jak zdrajców. Byli też tacy, którzy pracowali i w Warszawie, i w Krakowie, gdzie Wydział działał nadal, ale już nieoficjalnie. Mój rok miał sporo szczęścia, bo do zakończenia studiów wykładali nam profesorowie, którzy wcześniej pracowali na UJ. Ale sytuacja pogarszała się z miesiąca na miesiąc: niektórzy wykładowcy na stałe zostali w Warszawie, inni poumierali. Wydział Teologiczny w Krakowie miał być skazany na wegetację, a potem na naturalną śmierć.
A jednak przetrwał. W 1959 r. Stolica Apostolska wydała dekret, w którym czytamy, że Wydział „trwa pod kierownictwem jednej władzy kościelnej i na przyszłość ma się kształtować wedle praw ustanowionych przez Stolicę Apostolską”.
– Wsparcie ze strony Rzymu miało kluczowe znaczenie, choć w pełni wykorzystał je dopiero abp Wojtyła. Jego poprzednik, abp Eugeniusz Baziak, starał się wprawdzie zapewnić ciągłość kształcenia duchownych, ale Wydziałem jako takim i jego poziomem się nie zajmował, odkładając te problemy na łatwiejsze dla Kościoła czasy. Dopiero Karol Wojtyła zadbał o rangę Wydziału. Troszczył się zresztą o szkolnictwo kościelne w całej Polsce: w latach 70. opracował plan jego reformy i z wielkim zaangażowaniem kierował w Episkopacie komisjami, które odpowiadały za kwestie związane z edukacją. Ten trud i jego owoce opisaliśmy w specjalnej księdze, którą w imieniu PAT wręczymy Papieżowi w Pychowicach. Władze UJ podarują dwunastotomową kronikę dziejów uczelni, opracowaną na 600-lecie jej odnowienia. Jeden z tomów dotyczy właśnie Wydziału Teologicznego. Natomiast studenci – wiadomo, biedni jak mysz kościelna – wręczą Papieżowi dar symboliczny: rektor ASP prof. Stanisław Rodziński podsunął im pomysł, by przygotowali dla Jana Pawła II indeks wszystkich uczelni krakowskich.

...i u Kościoła
Wróćmy do lat 60. Wydział Teologiczny działa, choć nie uznają go władze. Co mają zrobić absolwenci, którzy chcą legitymować się oficjalnym tytułem naukowym?
– Na początku nikt o tym nie myślał. Były tylko dwie uczelnie, które mogły nadawać uznawane przez państwo tytuły: KUL i ATK. Sam doktorat z prawa kanonicznego obroniłem właśnie w Lublinie. Pamiętajmy też, że uczelnie te były od siebie zależne: prace habilitacyjne z teologii musieli przecież recenzować profesorowie z uczelni innej niż macierzysta.
Niestety, władze – wykorzystując ludzką głupotę i zawiść – doprowadziły do tego, że KUL i ATK patrzyły na krakowski ośrodek z niechęcią. Niektórzy biskupi mówili nawet, że Kościołowi KUL wystarczy. Kraków był więc przegrany i u władz, i u Kościoła. I pewnie – mimo wsparcia Stolicy Apostolskiej – nie przetrwałby, gdyby nie upór i determinacja kard. Wojtyły. Metropolita przekonywał rząd, że w interesie Polski leży rozwój nauki. To samo powtarzał biskupom.
George Weigel pisał w biografii Jana Pawła II o „napięciu między urzędem prymasowskim w Warszawie a Papieskim Wydziałem Teologicznym w Krakowie”. Za ks. Józefem Tischnerem przytacza też anegdotę: „W jednej z takich sytuacji młodszy współpracownik Arcybiskupa, ks. Tadeusz Pieronek, nalegając na coś, powiedział: »Ksiądz Kardynał musi to zrobić«. Kardynał odpowiedział: »Nie mogę«. Ksiądz Pieronek zaczynał się denerwować: »Może Ksiądz Kardynał«. Kardynał powtórzył: »Nie mogę«. Ksiądz, teraz już całkiem zirytowany, powiedział po raz trzeci: »Może Ksiądz Kardynał«. Na co Kardynał zdjął swój pektorał, podał go księdzu i rzekł: »Masz, teraz ty rządź...« Ksiądz Pieronek oniemiał; spór został zażegnany”.
– Nie pamiętam tej sytuacji. Kard. Wojtyła nigdy wprost nie wspominał o napięciach między hierarchią a Wydziałem. Dopiero na początku pontyfikatu, gdy przyjechałem do Rzymu jako prodziekan Wydziału i opowiadałem o jakichś kłopotach z Episkopatem, Jan Paweł II powiedział: „To bolesna sprawa, ale w tych kwestiach nie mogłem znaleźć wspólnego języka z Księdzem Prymasem”.
Na czym polegało „napięcie”, o którym pisze Weigel?
– Wśród biskupów panowała opinia: „KUL nam wystarczy”. Tymczasem w Krakowie zaczął wyłaniać się silny i, w przeciwieństwie do Uniwersytetu w Lublinie, w dużym stopniu niezależny od Episkopatu ośrodek naukowy, z ambicjami, by stać się pełnoprawną uczelnią wyższą – co się zresztą krakowskiej teologii należało. Choćby dlatego, że UJ cieszy się wśród polskich uczelni historycznym pierwszeństwem. A jednak wykładowcy na innych uczelniach wypowiadali się czasem o krakowskim Wydziale w sposób karygodny. Podczas studiów na KUL jeden z moich kolegów, sprowokowany brutalnym atakiem na Kraków, podszedł po zajęciach do wykładowcy i zwrócił mu uwagę. Jako student wiele ryzykował, ale uznał, że profesor przekroczył granice przyzwoitości.

Odkrywanie Soboru
W 1974 r., dzięki staraniom kard. Wojtyły, Wydział Teologiczny w Krakowie otrzymał tytuł „Papieski”. Metropolita często publicznie wspomina o Papieskim Wydziale Teologicznym, choć zapis cenzorski na tę nazwę obowiązuje do 1989 r. Z drugiej strony normalizują się stosunki między Kościołem i państwem. Czy wsparcie Metropolity i polityczna odwilż polepszyły sytuację krakowskiej teologii?
– Jeśli było łatwiej, to tylko dzięki uporowi kard. Wojtyły. Jeśli miał choćby najmniejszą okazję, nie wahał się mówić o naszym Wydziale. Wywierał ogromną presję na władze, jednocześnie urabiając świadomość kościelną – nie tylko w archidiecezji, ale i w całym kraju. Problemem byli wtedy biskupi zapatrzeni we własne, lokalne seminaria i przekonani, że jeśli wykształcą kilku kleryków, to już mają uniwersytet. Ta „mentalność wioskowych uniwersytetów” utrzymuje się zresztą do dziś.
Z kolei na Wydziale powoli budziło się odmienne przekonanie: że musimy być pełnoprawnym partnerem dla innych uczelni pod względem poziomu kształcenia i kadry naukowej. A skoro nie mieliśmy wsparcia w kraju, to szukaliśmy go za granicą. Kardynał dążył do tego, by przyjęto nas do Międzynarodowej Federacji Uniwersytetów Katolickich. Posłał mnie na zjazd tej organizacji w Porto Alegre w 1978 r. Żeby zostać przyjętym do Federacji, potrzebne było poparcie dwóch jej członków. Udało się zdobyć pisemne rekomendacje od słynnej „Cattolica” w Mediolanie i Uniwersytetu Laterańskiego. Po powrocie do kraju poszedłem z Kardynałem na spacer do Lasku Wolskiego i na jego życzenie wszystko szczegółowo zrelacjonowałem. Wkrótce potem wyjechał na drugie w tym roku konklawe...
Lata 70. to dla Księdza Biskupa przede wszystkim praca sekretarza generalnego Synodu Archidiecezji Krakowskiej (1972–79). Czy Wydział Teologiczny odegrał na nim jakąś rolę?
– Formalnie nie, ale w praktyce jego profesorowie grali pierwsze skrzypce. Pracowali w wielu zespołach synodalnych. Wszyscy zresztą wiele nauczyliśmy się podczas Synodu. Na Sobór Watykański II patrzyłem jako rzymski student, który wielu spraw jeszcze nie rozumiał, choć przesiąkł atmosferą, która panowała wokół Soboru i na Soborze. Tak naprawdę uczyłem się Soboru dopiero, gdy wróciłem do kraju. Pomogło mi w tym zaangażowanie w tłumaczenie tekstów soborowych, publikacje drobnych studiów z dziedziny prawa kanonicznego stopniowo po Soborze reformowanego i praca w Synodzie Krakowskim. Z racji znajomości łaciny otrzymałem do tłumaczenia jeden z tekstów soborowych. To drobne zajęcie pozwoliło mi wejść nieco głębiej w treść jednego z dokumentów soborowych i uzmysłowiło mi skalę przemyśleń i zmian wprowadzonych w Kościele przez Vaticanum Secundum. Z przekładem tym wiąże się pewne wydarzenie, świadczące o tym, jak trudno nauka Soboru przenikała do naszej świadomości. Otóż termin „prezbiterium”, rozumiany wówczas potocznie jako „część świątyni wokół ołtarza”, został użyty przez Sobór na określenie „wspólnoty kapłanów w diecezji” Pozostawiłem go w oryginalnym brzmieniu, ale korektorzy poprawili mi go na „zespół kapłanów” lub „grono kapłanów”, co oczywiście zniekształciło tekst tłumaczenia. Takich pomyłek było wówczas więcej.
Gdy pisałem artykuły z prawa kanonicznego, odkrywałem, że w Kościele zaszły głębokie zmiany. Sobór odszedł od formalistycznego traktowania prawa, ukazał jego teologiczne zakorzenienie i specyfikę pozwalającą na jasne odróżnienie go od prawa świeckiego. Przecież tak powinno być przez wieki!
W uczeniu się Soboru zawdzięczam jednak najwięcej mojej funkcji sekretarza krakowskiego Synodu diecezjalnego. Wiele uczyłem się od innych, ale sam musiałem też nadrabiać zaległości, przede wszystkim z teologii, która ogromnie się rozwinęła. Bez tego wysiłku nie byłbym w stanie sprostać moim obowiązkom na Synodzie. 
A jaką rolę w upowszechnianiu nauki Soboru odegrał Wydział Teologiczny?
– Wydział założył, że będzie jednym z głównych ośrodków refleksji nad nauczaniem soborowym, ale brakowało kadry i chyba wytrwałości. Wydaliśmy zaledwie jedną książkę, poświęconą analizie Konstytucji o Kościele. Miała zapoczątkować serię – nie udało się. Ale pamiętajmy, że takiej serii komentarzy do dokumentów Soboru nie wydała – co trzeba ze wstydem przyznać – żadna uczelnia w Polsce.
I znów wyjątkiem był kard. Wojtyła, który z myślą o Synodzie dokonał trudnej, ale fantastycznej syntezy nauki Vaticanum Secundum – myślę o książce „U podstaw odnowy”. Trudnej, bo nie zdawał sobie sprawy, że obraca się w świecie zupełnie innych pojęć niż większość duchownych. Język, którym kard. Wojtyła opisywał Sobór, był niezrozumiały nawet dla wielu ówczesnych – dodajmy, słabszych od niego – teologów. Synod postanowił więc, że to wielkie dzieło trzeba przełożyć na język nieco prostszy. Zadanie przygotowania przystępniejszej wersji zlecono ks. prof. Franciszkowi Macharskiemu i dr. Stanisławowi Grygielowi. Niestety, cała operacja przypominała przysłowie „zamienił stryjek siekierkę na kijek” i myśli soborowej nie udało się wówczas spopularyzować... W Polsce było zresztą tylko 8 tys. egzemplarzy dokumentów soborowych, co znaczyło, że szeregowy ksiądz nie miał do nich dostępu, a cóż dopiero świeccy...

„Masz ci los”
W latach 80. PAT staje się popularny w środowiskach młodej inteligencji. Na wykłady przychodzą studenci z uczelni świeckich, dojeżdżają nieraz z innych miast, niektórzy są luźno bądź wcale związani z Kościołem. Jak wytłumaczyć ten fenomen?
– To było poszukiwanie godności i wolności. Lata 80. to okres „Solidarności” i stanu wojennego: zderzają się dwie całkowicie sprzeczne wizje powołania i misji człowieka. Kraj się budzi, Papież przyjechał do Polski, a Polacy na jego wezwanie masowo odpowiedzieli. PAT korzysta z wielkiego autorytetu Jana Pawła II. Poza tym na uczelni pojawiają się akademickie gwiazdy. Najlepszym przykładem jest ks. Józef Tischner, który imponuje słuchaczom świeżością spojrzenia – w myśleniu i o Kościele, i o Polsce.
O sekretarzowaniu na krakowskim Synodzie mówił Ksiądz Biskup, że ta praca „dodawała człowiekowi skrzydeł”. Gdy w 1998 r. dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej poinformował Księdza Biskupa o wyborze na rektora PAT, usłyszał: „Masz ci los”. Kierowanie PAT to takie niewdzięczne zadanie?
– Przez kilka lat pracy jako sekretarz Konferencji Episkopatu Polski oderwałem się od życia na uczelni. Zresztą wracałem na nią już po raz drugi. Gdy w 1979 r. zamknęliśmy Synod krakowski, zorientowałem się, że nie jestem na bieżąco z prawem kanonicznym: musiałem wiele sobie przypomnieć i jeszcze więcej nadrobić. Podobnie było w 1998 r. Przez ostatnie lata zajmowałem się polityką jako osoba odpowiedzialna w Episkopacie za stosunki z rządem – dodajmy, że był to okres, gdy relacje te były dosyć trudne i delikatne. Niestety, nie jestem Karolem Wojtyłą, ale Tadeuszem Pieronkiem, czyli liliputem, a nie gigantem, który umie robić wszystko naraz, i to robić dobrze. Kiedy zostałem rektorem, musiałem powrócić do pracy naukowej i połączyć ją z obowiązkami administracyjnymi. Co prawda, wcześniej byłem prodziekanem Wydziału Teologicznego, ale to były zupełnie inne czasy. Teraz PAT jest uznawaną przez państwo uczelnią, wynikają z tego określone prawa i obowiązki, utrzymujemy liczne kontakty w kraju i za granicą, mamy 2 tys. studentów, ponad 100 pracowników naukowych. Na szczęście praca w Konferencji Episkopatu nauczyła mnie, jak rozmawiać z władzami. Nie można też przecenić pomocy ze strony moich współpracowników, którzy są kompetentni i wiele spraw za mnie załatwiają – czy to ze studentami, czy w administracji. 
Po uznaniu PAT przez państwo kolejnym naturalnym krokiem byłoby ponowne połączenie tej uczelni z Uniwersytetem. Ksiądz Biskup nie wydaje się być entuzjastą tego pomysłu.
– Jestem zwolennikiem powrotu na UJ całej Papieskiej Akademii Teologicznej z zachowaniem jej autonomii, a nie tylko Wydziału Teologicznego. Na razie nie ma odpowiednich instrumentów prawnych, by dokonać takiej fuzji. Dziś nasza uczelnia cieszy się pełną wolnością nauczania, ma zapewnione skromne wprawdzie, ale stałe warunki finansowe. Cóż nam jeszcze potrzeba? 
Obawia się Ksiądz Biskup ewentualnych konfliktów między Wydziałem Teologicznym a Uniwersytetem?
– Nie boję się sporów, ale ideologizacji, postaw z góry Kościołowi niechętnych. Może te obawy to tylko upiory z przeszłości, ale po smutnych doświadczeniach ostrożność narzuca się sama. Moim zdaniem obecność teologii na uczelniach państwowych jest ich ubogaceniem o charakterystyczny wymiar eschatologiczny. Jeżeli jest zrozumienie dla takiego otwarcia, współpraca z teologią będzie się zawsze dobrze układać. 
Na razie, dzięki życzliwości władz Uniwersytetu ulokowaliśmy się na III Kampusie w Pychowicach, gdzie wybudowaliśmy część przyszłej Biblioteki. Staramy się też wykorzystywać istniejące możliwości współpracy. Co przyniesie przyszłość? Zobaczymy. 
A czy powstanie w końcu planowany od dawna Wydział Prawa Kanonicznego?
– Uczelnia nadal nie jest tym, czym by mogła być, gdyby normalnie rozwijała się przez minione dziesięciolecia. Brakuje nam kadr – a na wykształcenie samodzielnego pracownika naukowego potrzeba minimum kilkunastu lat. Brakuje nam funduszy, jak wszystkim. Otrzymujemy dotacje państwowe, wspierają nas wierni, ale trzeba pamiętać, że Wydział stracił w 1954 r. niemal cały majątek. Niektóre nieruchomości przeszły na rzecz UJ, inne na rzecz państwa, a np. bibliotekę Naukowego Instytutu Katolickiego z ul. Sławkowskiej przejęła ówczesna ATK. Nasze problemy dobrze ilustruje historia Wydziału Prawa Kanonicznego. Faktycznie, w rozmowach między Kościołem a państwem w 1989 r. pojawiły się plany jego utworzenia. Ale żeby wydział działał prawidłowo, potrzebuje ośmiu samodzielnych pracowników naukowych. Dziś mamy czterech, w tym dwóch wkrótce przejdzie na emeryturę... Na naukę nie można patrzeć z perspektywy miesięcy czy roku, ale dziesięcioleci. Pozostaje nam założyć sobie ambitny plan i przez następne lata konsekwentnie go realizować. Na szczęście, przyszłość przed nami!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl