Coraz więcej znanych polityków w wyborach samorządowych


Władza lokalna to też władza

Janusz A. Majcherek



Im więcej powszechnie znanych nazwisk pojawia się na nieoficjalnych jeszcze listach kandydatów do stanowisk prezydentów największych miast, tym liczniej zgłaszane są wątpliwości i zastrzeżenia.


Niektórzy komentatorzy sugerują, że to szykowanie miejsc pod awaryjne lądowanie tych, którzy niepewnie czują się na posadach rządowych albo manewr wycofania na z góry upatrzone pozycje przez funkcjonariuszy państwowych, przeczuwających kłopoty obecnej ekipy. Z kolei zgłaszanie się polityków partii przegranych w wyborach parlamentarnych daje powód do utyskiwań, że stanowiska samorządowe stają się rodzajem celu zastępczego lub rekompensaty niespełnionych aspiracji, a więc namiastką prawdziwej władzy, co uwłacza samorządom. Pojawiają się także narzekania, że kandydowanie aktualnych posłów w wyborach lokalnych oznacza degradowanie statusu parlamentarzysty i rangi samego parlamentu. Ma to też prowadzić do odwrócenia normalnej drogi politycznej kariery, wiodącej od władz samorządowych do stanowisk państwowych – dzieje się tak, gdy byli ministrowie przymierzają się do funkcji w organach niższych szczebli.

Głowa śledzia i ogon wieloryba
W zjawisku masowego zainteresowania znaczących osób publicznych lokalnymi urzędami można jednak dostrzec tendencje pozytywne, świadczące o rosnącej randze samorządności oraz o pojawieniu się normalnego w demokracji procesu konsolidowania elit politycznych w oparciu o doświadczenia zdobywane w działalności lokalnej.
Jest takie powiedzonko, że lepiej być głową śledzia niż ogonem wieloryba. Samodzielne zarządzanie dużym miastem to nie tylko większy splendor, ale także lepszy sposób nabywania umiejętności decyzyjnych i przywódczych niż wypełnianie roli jednego z wielu urzędników czy nawet parlamentarzystów, podporządkowanych klubowej dyscyplinie i wykonujących polecenia partyjnych zwierzchników.
Nie jest tajemnicą, że w przypadku prezydentury miasta stołecznego, dla co najmniej dwóch kandydatów ma to być sprawdzian ich predyspozycji do najwyższego stanowiska prezydenckiego w Rzeczypospolitej. W wielu innych metropoliach będą pragnęli się wykazać politycy aspirujący do innych ważnych stanowisk państwowych i dobrze, że taka możliwość weryfikacji dla nich oraz dla ich wyborców się pojawia. O ile w małych gminach i miasteczkach istnieje ryzyko zdobycia stanowisk wójtów i burmistrzów przez lokalnych watażków czy populistów, wyniesionych na urzędy głosami kilkuset czy kilkudziesięciu zaledwie mieszkańców (często rodziny i przyjaciół), to w dużych gminach miejskich obsada stanowiska prezydenta będzie się decydować dziesiątkami, a nawet setkami tysięcy głosów. To pozwoli wyeliminować pretendentów przypadkowych lub uwikłanych w jakieś partykularne, niekiedy pokątne interesy.
Dotychczasowy tryb wyłaniania szefów lokalnych władz wykonawczych, wskazywanych przez powyborcze koalicje i w toku międzypartyjnych przetargów, często prowadził do powoływania osób wcześniej nieznanych, a skrępowanych nie tylko zawartymi układami, lecz niekiedy także siecią rozmaitych powiązań i interesów grupowych. Tak właśnie jest postrzegane funkcjonowanie we władzach centralnych, natomiast bezpośrednie wybory zwierzchników władzy wykonawczej w samorządach uznaje się za szansę na wykazanie się dla ambitnych i pomysłowych działaczy. To dlatego tak wielu chce z tej możliwości skorzystać.

Droga w górę, droga w dół
Drogi karier politycznych w III Rzeczypospolitej były dotąd dość powikłane i nie zawsze wiązały się z koniecznością wykazania się umiejętnościami na niższych szczeblach władzy. Możliwość łączenia stanowisk w organach lokalnych i centralnych mogła nasuwać podejrzenie asekuranctwa lub zachłanności. Obecnie kandydaci ryzykować będą więcej, bo muszą się zdecydować tylko na jedno stanowisko i to na nim będą musieli wykazać wszystkie swoje walory. Porażka dotychczasowych posłów czy ministrów w wyborach lokalnych stanie się także bardziej dotkliwą formą ich dyskwalifikacji. Poseł, który przegra wybory lokalne w swoim okręgu wyborczym, będzie miał znacznie utrudnioną karierę polityczną. 
Powszechnie wiadomo, że umiejętne pełnienie funkcji we władzach lokalnych jest pożądanym lub nawet koniecznym etapem karier politycznych w państwach demokratycznych. Prezydent Francji, szykując się do tego stanowiska, długo praktykował jako mer Paryża. Kanclerz Niemiec był premierem rządu Dolnej Saksonii, a jego kontrkandydat w zbliżających się wyborach zyskał swą pozycję dzięki sukcesom na stanowisku szefa lokalnego rządu Bawarii. Prezydent USA był gubernatorem rodzinnego Teksasu, podobnie jak jego poprzednik, wywodzący się ze stanu Arkansas. Jeśli polscy politycy pójdą za tymi przykładami i taką drogą awansu, to więcej wyniknie stąd korzyści niż problemów.

Szansa do odzyskania
Naśladowanie sprawdzonych w zachodniej demokracji metod rekrutacji, weryfikacji i rozwoju elit politycznych jest utrudnione przez zdeformowanie szczebla władzy lokalnej odpowiadającego w przybliżeniu amerykańskim stanom i niemieckim landom, czyli polskich województw.
Wojewodowie są tylko delegatami rządu w terenie, mianowańcami premiera, jego podwładnymi zarówno w strukturze administracyjnej, jak partyjnej. Są niesamodzielnymi urzędnikami, powoływanymi przez szefa ekipy rządzącej w Warszawie i odwoływanymi wraz z jego porażką, w niewielkim zatem związku z osobistymi walorami i osiągnięciami. Z kolei pozycja i działalność marszałków sejmików wojewódzkich jest mocno ograniczona kompetencjami wojewodów i samym systemem dwuwładzy, nie dając pełniącym te urzędy osobom możliwości wykazania się zdolnościami przywódczymi i talentami w zarządzaniu. W praktyce są to najmniej znani i najsłabiej rozpoznawani liderzy lokalni, nie mający ani okazji rzeczywistego przysłużenia się regionalnym wspólnotom, ani rozwinięcia osobistych karier. Województwa nie są więc ani dobrą szkołą rządzenia, ani atrakcyjnym elementem systemu władzy, przyciągającym najlepszych kandydatów do stanowisk publicznych, choć formalnie sytuują się w strukturze administracyjnej tuż poniżej najwyższego, centralnego poziomu. Ten defekt wynika z nieczytelności podwójnego, rządowo-samorządowego modelu władzy wojewódzkiej oraz przeforsowania zasady obsadzania wojewodów przez aktualną ekipę rządu centralnego, bez związku z preferencjami politycznymi i personalnymi samych mieszkańców. To nie od pożytku im przysporzonego i wdzięczności u nich zaskarbionej, lecz od lojalności wobec zwierzchności zależą kariery na tych urzędach.
Ten model można zmienić, ale pora na to przyjdzie chyba dopiero z końcem kadencji parlamentarnej, gdy obecna ekipa rządząca nie będzie pewna reelekcji, a zatem utrzymania prawa obsadzania wojewodów. Warto byłoby objąć te stanowiska systemem wyborów bezpośrednich (o ile sprawdzi się on w tegorocznych wyborach samorządowych) i uczynić z tak wyłanianych wojewodów jednoosobowych szefów regionalnej władzy wykonawczej (marszałkowie sejmików pełniliby wówczas funkcje przewodniczących wojewódzkiej władzy ustawodawczej, analogicznie do stanowisk marszałka Sejmu czy Senatu). Platforma Obywatelska, zabiegająca o wybory bezpośrednie i poszerzanie samorządności, powinna ten problem podjąć i przyczynić się do rozwiązania go w tej formule. Zyskalibyśmy wówczas jeszcze jeden atrakcyjny ośrodek władz lokalnych, przyciągający najlepszych i najambitniejszych kandydatów, pozwalający ich selekcjonować bezpośrednio przez mieszkańców i weryfikować ich umiejętności jako potencjalnych pretendentów do najwyższych stanowisk w państwie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl