LISTY



Thomas Merton w Polsce 

Polskie Towarzystwo Mertonowskie, Katedra Relacji Między Rozumem a Wiarą KUL i wydawnictwo Homini zapraszają w dniach 24-27 października 2002 r. do Lublina na I w Polsce Konferencję Mertonowską. Odbędzie się ona w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pod patronatem JE abp. Józefa Życińskiego. Celem konferencji jest spotkanie i integracja środowisk oraz osób zainteresowanych Mertonem i jego twórczością: tłumaczy, wydawców, dziennikarzy, pisarzy, artystów oraz czytelników. 

W programie m.in.:
24.10.: wykład inauguracyjny abpa Józefa Życińskiego „Wewnętrzny kryzys cywilizacji naukowo-technicznej a rola wartości duchowych”; o. Patrick Hart OCSO „Merton – świadek życia”; ks. Adam Boniecki, Tomasz Fiałkowski „Recepcja Mertona w Polsce”; głos Czesława Miłosza. 
25.10.: o. Basil Pennington „Siedem wolności Thomasa Mertona”; Paul Pearson „Thomas Merton – archiwista”; o. prof. Maciej Bielawski „Paradoks Mertona. Życie na marginesie – doświadczenie centrum”; o. prof. Stanisław Obirek „Piwo Mertona”; Krzysztof Bielawski „Letni dziennik Mertona i doświadczenie miłości”; Katarzyna Bruzda „Merton – artysta plastyk”; o. prof. Wacław Hryniewicz „Mistycyzm Mertona i Juliany z Norwich – porównanie”; s. Theresa Sandok „Kontemplacyjna wizja Thomasa Mertona”; o. prof. Jan A. Kłoczowski „Mistyka a etyka”. 
26.10.: prof. Zofia Zarębianka „Dialog myśli. Merton. Miłosz. Camus”; dr hab. Elżbieta Kiślak „Merton i Miłosz w obliczu totalitaryzmów”; o. Jan Bereza „Thomasa Mertona teologia »ja«”; o. Konrad Małys „Cysterskie studia Mertona”; Paul Pearson „Towarzystwa Mertonowskie na świecie: historia, cele, działania”. Dokładny plan konferencji znajduje się pod adresem: www.homini.com.pl 
Serdecznie zapraszamy do uczestnictwa; udział można potwierdzać do 15 września 2002 r. Formularze zgłoszeniowe prosimy wysyłać pod adresem: Polskie Towarzystwo Mertonowskie ul. Paulińska 8/10, 31-065 Kraków; tel. 0-12, 430-74-27; fax: 0-12, 361-37-91; http://www.homini.com.pl; e-mail: merton2002@wp.pl Istnieje możliwość zakwaterowania i wyżywienia.


ANDRZEJ WOJTASIK
(sekretarz konferencji)







Nagroda dla ks. Musiała
 

Chciałbym wyrazić szczególne uznanie dla ks. Stanisława Musiała SJ, wdzięczność za Jego kapłańską obecność w życiu polskiego, i nie tylko, Kościoła, za znaczącą i pożądaną publicystykę.
Miałem zaszczyt wraz z rodziną uczestniczyć w uroczystości uhonorowania ks. Musiała nagrodą YIVO im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej. Laureat przyjął wyróżnienie w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie, 28 czerwca 2002 r., z rąk przybyłego z Nowego Jorku przedstawiciela YIVO, Institute for Jewish Research – Marka Weba. Po uroczystości zaproszono nas na prywatne spotkanie z laureatem. Nie zapomnę Jego pokory i skromności. 
Rozmawiając z ludźmi różnego stanu w Polsce, ponownie przekonałem się, jak trudno będzie zmienić poglądy i jak daleką drogę muszą przebyć strony: polska i żydowska, by siebie zrozumiały. By dialog filozoficzny przeniesiono ze szczebla religijnego na grunt codziennego zaufania, szacunku i obywatelskiej odpowiedzialności. Granice dobra i zła nie biegną przecież granicami państw, ale tkwią w ludzkich sumieniach i wrażliwości. Jesteśmy dziećmi tego samego początku, tego samego Boga. Zasiadając do stołu zgody, przynieśmy dobrą wolę i najlepsze tradycje. Moc czynienia dobra nie leży w przepraszaniu, ale w potępianiu zła i wyrzeczeniu się pychy, nienawiści, szowinizmu. Prawda leży we wzajemnie zachowywanym szacunku. Jest w godności, której należy uczyć z każdej ambony.

 

WITOLD SZYMAŃSKI
(Parsippany, New Jersey, USA)






Korporacje i planista 

Z zainteresowaniem przeczytałem wywiad z prof. Andrzejem Zollem – Rzecznikiem Praw Obywatelskich („TP” nr 31/2002). Nie ukrywam, że jestem rozczarowany brakiem profesjonalnego spojrzenia Rzecznika na kwestię aplikacji oraz myśleniem kategoriami urzędnika, nie przywiązującego wagi do spraw demokracji. Państwo jawi się jako wielki planista, który wie, ilu adwokatów nam trzeba. To myślenie z zaprzeszłej epoki, godzące w ideę samorządności korporacji. Organy państwa nie są wolne od ich wpływów, czego przykładem jest Ministerstwo Sprawiedliwości – według Komitetu Helsińskiego znajdujące się pod tak znacznym wpływem korporacji prawniczych, że niezdolne do ich nadzoru. 
Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich też chyba nie jest wolne od tych wpływów. Prosiłem Biuro o rewizję nadzwyczajną od wyroku NSA w sprawie stwierdzenia nieważności odmowy wpisu na listę adwokatów. Odmówiono wniesienia rewizji, ponieważ czas odbywania aplikacji już dawno minął... O jakiej etyce mówią przedstawiciele zawodów czy państwa, skoro w taki sposób odmawia się obywatelom prawa do wyboru i wykonywania zawodu? Według jakich kryteriów elita prawnicza i urzędnicza decyduje, kto jest zdolny osiągnąć dojrzałość etyczno-zawodową? Zgadzam się z poglądem Michała Kłaczyńskiego („Nieliczni, niedostępni, nietani – ciąg dalszy” w „TP” nr 28/2002), że powinien być tylko jeden egzamin na radcę prawnego, adwokata lub notariusza, a praktyki w sądzie czy prokuraturze należy odbywać na studiach lub po ich ukończeniu. Zawody prawnicze nie powinny być traktowane ani jako profesje wykonujące zadania zlecone przez państwo, co działo się w PRL-u, ani jako pokrewne zawodom artystycznym. Biorąc pod uwagę drugą możliwość, można powołać się na twierdzenie, że artystom najlepiej żyje się w biedzie. Ona kształtuje talenty i charaktery.


ANDRZEJ KRÓLIKOWSKI
(Warszawa)






Kłopoty z praktyką 

Z radością i satysfakcją przeczytałem wywiad z prof. Andrzejem Zollem, który leje miód na moje serce. Zabrakło mi tylko jednego pytania red. Burnetki i oczywiście odpowiedzi prof. Zolla: jak to, co mówi o korporacjach prawniczych, zrealizować?


WOJCIECH KAPTURKIEWICZ 
(Kraków)






Obóz w Żaganiu

Świetny artykuł Marcina Matuzika „Zapominana wielka ucieczka” („TP” nr 26/2002) zawiera małą nieścisłość. To prawda, iż „prawie nikt nie wie, że przedstawiona w filmie »Wielka ucieczka« historia rozegrała się na terenie dzisiejszej Polski”, ale nie jest prawdą, że „to kolejny temat zignorowany przez rodzimą kinematografię”. Bohaterska, tragiczna ucieczka pilotów z obozu jenieckiego w Żaganiu tworzy bowiem ważny wątek filmu Krzysztofa Zanussiego „Rok spokojnego słońca” (1984; nagrodzony Złotym Lwem). Norman – żołnierz amerykański (odtwarza go Scott Wilson), przebywa na Ziemiach Odzyskanych z ekipą anglo-amerykańską, „szukającą śladów po naszych i brytyjskich lotnikach, pomordowanych przez Niemców gdzieś na terenach, które teraz przeszły do Polski.” Nazwa miasta nie pada jednak w filmie ani razu. Zgadzam się z autorem, że lokalne władze (i nie tylko) powinny lepiej wykorzystać ten „turystyczny atut”. 


Prof. KAROL STEFAN KRASZEWSKI 
(King’s College w Pensylwanii, USA)






Ks. Fedorowicz w katedrze Ormian

W klepsydrze ks. infułata Tadeusza Fedorowicza, podpisanej przez Duszpasterstwo Ormian w Krakowie („TP” nr 27/2002), podano, że oblicze zmarłego uwiecznił Jan Henryk Rosen w katedrze ormiańskiej we Lwowie, we fresku „Pogrzeb świętego Odylona”. Urodziłem się we Lwowie i od lat gimnazjalnych znałem śp. ks. Tadeusza Fedorowicza. Znałem również katedrę ormiańską i jej malowidła. Nie były to freski, lecz obrazy malowane na suchym tynku farbami olejnymi.
Na obrazie „Pogrzeb świętego Odylona” (opata z Cluny, który wprowadził do liturgii wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych, czyli Dzień Zaduszny), ciało zmarłego opata niosą ubrani w benedyktyńskie stroje kanonicy katedry ormiańskiej, a prowadzący orszak opat ma twarz ks. Karola Csesznáka – lektora katechetyki na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, a nie ks. Fedorowicza. Jego postać wymalowano wśród 14 Świętych Wspomożycieli, na obrazie przedstawiającym św. Jerzego, który włócznią przebija smoka. Prawdopodobnie Rosen poznał Tadeusza, gdy był podchorążym Artylerii Konnej i dlatego wybrał go na modela patrona żołnierzy.
Malowidła ścienne w katedrze ormiańskiej we Lwowie opisała s. Maria Renata, niepokalanka, w książce „Liturgia a sztuka”, Poznań 1934.


O. FRANCISZEK MAŁACZYŃSKI OSB
(Kraków-Tyniec)






Polski od roku 1872

W artykule Agnieszki Sabor „Marzenie o Orient-Expressie” (dodatek „Wakacje z duchami” w „TP” nr 29/2002) słusznie podkreślono, że na kolei warszawsko-wiedeńskiej językiem urzędowym był polski. Warto przypomnieć, że nie było tak od początku, ale dopiero po roku 1872, w dużej mierze za sprawą Leopolda Kronenberga oraz mego dziadka – Gustawa Findeisena. Stefan Kieniewicz zapisał w biogramie tego ostatniego (Polski Słownik Biograficzny, wyd. PAU, t. VI, 1948): „W 1872 nastąpił przewrót w tej spółce akcyjnej: Kronenberg odsunął od steru rządzącą dotąd grupę akcjonariuszy niemieckich. Findeisen został teraz na miejsce Niemca Dittmana dyrektorem kolei i pokierował nią z większym zrozumieniem potrzeb kraju. Urzędników i techników Niemców zastąpił Polakami, wprowadził w miejsce niemieckiego język polski, jako urzędowy; podwyższył świadczenia spółki na fundusz emerytalny pracowników i założył dla nich kasę oszczędności. Zaprowadził w firmie dokładniejszą rachunkowość. Otworzył w Warszawie szkołę techniczną dla maszynistów.” W sumie był to wyraz polskich działań pozytywistycznych na dużą skalę.


WŁADYSŁAW FINDEISEN
(Warszawa)






Odszkodowania dla byłych robotników przymusowych

Osoby, które wykonywały prace niewolnicze bądź przymusowe w miejscowościach znajdujących się na terenie dzisiejszej Austrii, mogą składać do 27 listopada 2002 r., do Austriackiego Funduszu Pojednawczego, wnioski o przyznanie odszkodowania. Organizacją partnerską dla Funduszu na terenie Polski jest
Fundacja Niemiecko-Polskie Pojednanie ul. Krucza 36, 00-921 Warszawa, tel. 0-22; 695-99-41, 629-73-35. Fundacja Pojednanie zajmuje się też wypłatą odszkodowań z funduszu austriackiego.
Fundusz Pojednawczy nie realizuje wniosków byłych więźniów obozu koncentracyjnego Mauthausen oraz innych obozów, które w czasie wojny znajdowały się na terenie Austrii. W takich przypadkach wnioski należy wysyłać pod adresem fundacji niemieckiej „Pamięć – Odpowiedzialność – Przyszłość” (Deutsche Stiftung „Erinnerung, Verantwortung und Zukunft”) Markgrafenstrasse 12-14, D-10969 Berlin. 
Fundusz nie realizuje wniosków byłych jeńców wojennych. Przyjmuje natomiast wnioski osób, które w czasie deportacji ich rodziców były dziećmi w wieku do 12 lat oraz matek, które urodziły dzieci w klinikach porodowych dla robotników przymusowych ze Wschodu. Spadkobiercy byłych robotników przymusowych mogą ubiegać się o odszkodowanie w ramach Austriackiego Funduszu Pojednawczego tylko wówczas, gdy spadkodawcy zmarli 15 lutego 2000 r. lub po tej dacie.
Austriacki Fundusz Pojednawczy wypłaca odszkodowania za prace niewolnicze i przymusowe wykonywane w gospodarce, przemyśle, rolnictwie, służbach publicznych oraz usługach, w czasie reżimu narodowych socjalistów na terenie dzisiejszej Austrii. Dotąd rozpatrzono pozytywnie 71435 wniosków byłych robotników przymusowych, wywodzących się z blisko 30 państw na całym świecie; 16529 wniosków dotyczyło obywateli polskich.
Szczegółowe informacje znajdują się na stronie internetowej Austriackiego Funduszu Pojednawczego: www.versoehnungsfonds.at


CLEMENS PROFOHS
  wicekonsul Austriackiego Konsulatu Generalnego w Krakowie






Masy, cząsteczki i ks. Tischner

Kilka lat temu przyjaciele z Politechniki Krakowskiej, z okazji 70-lecia moich urodzin i blisko 40-lecia pracy naukowo-dydaktycznej, zorganizowali ogólnopolską sesją naukową na temat, m.in. dydaktyki przedmiotu chemia budowlana, prosząc mnie o wygłoszenie jubileuszowego referatu. Przygotowałem wykład o prawie działania mas, czyli prawie równowagi chemicznej.
Chciałem opowiedzieć, że równowaga chemiczna jest dynamiczna: po obu stronach równania określającego ten stan, pojawia się i znika ta sama ilość cząsteczek. Jeżeli jakiś bodziec narusza równowagę, przesuwa się ona nie inercyjnie, z opóźnieniem, ale natychmiast. Dzieje się tak nie tylko w przypadku zjawisk fizykochemicznych, ale też biologicznych (stany chorobowe) i etyczno-moralnych (odwiecznej walki dobra ze złem). Aby upewnić się, co do zasadności tych porównań, w dziedzinie biologii zasięgnąłem porady młodego biologa, a w dziedzinie moralności zwróciłem się do ks. Józefa Tischnera. Ksiądz odpowiedział mi listem potwierdzającym atrybuty Jego osobowości, nie mówiąc o znajomości filozofii.


Kraków, dnia 26 III 1995
Wielce Szanowny Panie Profesorze!
Dziękuje serdecznie za tekst dotyczący ,,roli prawa działania mas”. Nie czuję się kompetentny w ocenie części poświęconej chemii budowlanej. Jeśli zaś idzie o część ostatnią, gdzie jest mowa o moralności, podstawowe intuicje wydają mi się zbieżne z tym, co o etyce i moralności pisał Arystoteles m.in. w „Etyce Nikomachejskiej”. Cenną pracą, tej sprawie poświęconą, jest również praca Rawlsa ,,O sprawiedliwości” (Biblioteka Klasyków Filozofii). Aby rozjaśnić własne myślenie, trzeba by je skonfrontować z tymi autorami.
Bardzo chętnie się spotkam z Panem Profesorem. Byłoby to jednak możliwe dopiero gdzieś po świętach, i to w maju, ponieważ przedtem mam trochę zajęć, w dodatku poza Polską.


Łączę wyrazy oddania
Ks. prof. JÓZEF TISCHNER



Z propozycji spotkania nie skorzystałem i do dziś nie mogę tego odżałować. Chciałbym zwrócić uwagę na trafność odpowiedzi ks. Tischnera – wskazanie rozważań Arystotelesa o etyce i moralności. Omawiany przeze mnie stan równowagi, odpowiada bowiem Arystotelesowskiej zasadzie „złotego środka” – równowagi w systemie cnót, gdy hojność jest środkiem między rozrzutnością a skąpstwem, męstwo między tchórzostwem a zuchwalstwem itd. Tracimy „złoty środek”, czyli stan równowagi, ulegając zewnętrznym czynnikom materialnym, moralnym, socjologicznym. Ks. Tischner wskazał mi w ten sposób właściwą drogę poszukiwań ,,dynamicznego stanu równowagi” w dziedzinie moralności, za co na zawsze pozostanę Mu wdzięczny.


Tadeusz Broniewski
(Kraków)






Jak śpiewa Zalasiński

Ze zdumieniem przeczytałam recenzję Tomasza Cyza „Muzeum w teatrze i w plenerze” („TP” nr 30/2002). Mimo krytycznego odbioru przedstawień Opery Śląskiej w Krakowie, recenzent znalazł jednak elementy satysfakcjonujące go: „Na szczęście można było (...) wsłuchać się w intrygująco chropawy głos (...) Azuceny (Bożena Zawiślak-Dolny), czy w głęboki i ciemny baryton Manrica (Maciej Komandera)”. Mnie te głosy również się podobały tyle, że „głęboki i ciemny baryton” należał do Mikołaja Zalasińskiego, który śpiewał partię hrabiego di Luna. Słyszałam go w tej roli w innych inscenizacjach i wiem, jak potrafi być przejmujący. Manrico to partia tenorowa, znana m.in. z bohaterskiej stretty „Di quella pira”, którą trudno byłoby zaśpiewać barytonowi.
„Ten sam śpiewak” wzbudził podziw recenzenta także następnego dnia, jako Walter w „Tannhäuserze”. I nie byłoby w tym może nic dziwnego, bo Maciej Komandera śpiewał istotnie partię Waltera, gdyby nie to, że przypisane mu fakty sceniczne wskazują na postać Wolframa von Eschenbach („oddając dramat człowieka targanego silnym uczuciem z jednej, a obowiązkiem i więzami przyjacielskimi z drugiej strony”). To właśnie Wolfram był przyjacielem Tannhäusera i kochał skrycie Elżbietę. To, co dalej pisze recenzent jednoznacznie odnosi się do postaci Wolframa: „Fantastycznie i z prawdziwą emocją wyśpiewana »Pieśń do gwiazdy« z III aktu była jednym z najjaśniejszych punktów spektaklu”. Walter w III akcie już nie występuje, a pieśń tę śpiewa Wolfram. W tej roli wystąpił ten sam baryton, co w „Trubadurze” – Mikołaj Zalasiński. Jak wynika z recenzji, śpiewak dostarczył słuchaczom w czasie obu wieczorów operowych ciekawych doznań artystycznych. I nie wiem, czy można artyście zrobić większą przykrość, niż publicznie przypisać jego dokonania komuś innemu, nazwiska nie wymieniając wcale.
Nie jestem zawodowo związana ani z muzyką, ani ze sceną. Jestem emerytowanym lekarzem, członkiem Stowarzyszenia Miłośników Opery i Operetki w Szczecinie, chętnym odbiorcą, także tej dziedziny sztuki. Z innymi miłośnikami opery jeżdżę na spektakle do Berlina, Monachium, Poznania, Warszawy. Stykam się z interesującymi inscenizacjami i kreacjami solistów, z doskonałymi orkiestrami prowadzonymi przez znakomitych dyrygentów oraz z cudownie brzmiącymi chórami. Wszystkie te elementy składają się na teatr muzyczny, dostarczający wielkich przeżyć. Nie zgadzam się więc z panem Tomaszem Cyzem i w tym, że opera to niewiele znaczące muzeum, w którym o nic właściwie nie chodzi. „Pieśń do gwiazdy” z „Tannhäusera” zaśpiewana, np. estradowo straciłaby sens. Taka już jest magia teatru.


DALILA PIETKIEWICZ
(Szczecin)




W trakcie redagowania tekstu wyrzuciłem, nieostrożnie, nie te nazwiska i imiona bohaterów, które powinienem i chciałem. Przepraszam, przede wszystkim pana Mikołaja Zalasińskiego, który w istocie był jednym z najjaśniejszych punktów oglądanych przeze mnie spektakli, za popełnione błędy.

TOMASZ CYZ






LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl