Sąsiedzi i turystyka

Marcin Król


Znajoma, wcale nie przesadnie zamożna, która mieszka w Wiedniu, mówi mi, że chcą z mężem kupić sobie domek, ale wahają się, czy na Wegrzech, czy w Czechach, czy też w samej Austrii, ale w rejonach bliskich Temelina, bo stamtąd ludzie uciekają ze strachu przed elektrownią atomową i dlatego jest bardzo tanio. Jest Polką, ale wszędzie wolno jej kupić nieruchomość, na ogół naturalnie bez wielkich połaci ziemi, bo i po co jej ziemia orna. Na Węgrzech, przy granicy z Austrią, są już całe wsie, gdzie mieszkają Polacy, a biedni Węgrzy ze sklepów i restauracji nauczyli się polskiego. 
Pojechaliśmy do Slavonic (wszystkim polecam), miasteczka na samej granicy czesko-austriackiej, ale jeszcze w Czechach, z renesansowym rynkiem, na którym stoi wiele domów pokrytych wspaniałymi grafitti. Widać wciąż ślady komunistycznej biedy, a ponadto miasteczko było w nadgranicznej strefie, więc stało tam wojsko i tylko James Bond mógł tamtędy się przedostać używając wiolonczeli jako sanek. Część domów jest już odnowiona, nad resztą trwają prace, a jest tych domów w sumie ponad pięćset. Jakie kolosalne pieniądze trzeba w to zainwestować. Jedna z odnowionych renesansowych kamienic jest na sprzedaż i ze smutkiem musimy zrezygnować z jej kupienia, bo trochę to daleko z Warszawy, a poza tym jednak kosztuje 80 tysięcy złotych, co skądinąd jest za darmo, jeżeli porównać z polskimi cenami. W Slavonicach jest bardzo porządny, zupełnie nowy, raczej niedrogi hotel (oczywiście też w dużej renesansowej kamienicy) i na razie tylko dwie restauracje, czeska oraz – tajemnicza sprawa – uzbecka. 
Wszyscy wszędzie inwestują, wszędzie są nowe odcinki autostrad, a miejscowości, jakie oglądaliśmy na Węgrzech przed pięciu laty zmieniły się nie do poznania. W każdej wsi jest nowiutka, rozkoszna csarda, w niektórych pięć! I oczywiście wszyscy na tym znakomicie zarabiają. Czesi doskonale wiedzą, że jak nie zbudują autostrad, to będzie mniej turystów, więc budują na potęgę i z Niemiec już jest znakomity dojazd do Pragi, Brna, Bratysławy i dalej do Budapesztu. Poza tym ludzie sami rozumieją, że nie wszyscy mają dużo pieniędzy, więc na przykład po węgierskiej stronie jeziora Nyzydlerskiego, w ślicznych wsiach są takie mini-pensjonaty z dwoma, trzema pokojami gościnnymi, każdy pokój ma naturalnie własną łazienkę i telewizję satelitarną, a kosztuje to połowę tego co w najtańszym hotelu. Nie istnieje już jednak obyczaj wspólnej łazienki czy sali telewizyjnej, czyli tak zwanej świetlicy. Żaden Austriak czy Niemiec, czy Holender (coraz ich tu więcej), by wtedy nie przyjechał, więc trzeba było zainwestować i domy poprzerabiać, ale teraz jest w lecie pełno i pieniądze się zwracają. 
I tak dalej. Dalej już nie opisuję, bo diabli mnie biorą oraz smutek bezgraniczny ogarnia, dlaczego w Polsce, która jest naprawdę bardzo pięknym krajem tak z tym wszystkim marnie, a ceny są horrendalne. Wprawdzie w Radzyniu Podlaskim, gdzie jest piękny pałac Radziwiłłów i wielkie lasy obok, powstał nowy i porządny hotel, ale pokój dwuosobowy jest w nim sporo droższy niż w dobrym hotelu w węgierskim Sopronie, które to miasto jest całe średniowieczne i stanowi zabytek najwyższej klasy (całe miasto jest na liście UNESCO), a dwa razy droższy niż Koszycach, które też są niczego sobie.
Dlaczego za znakomitą kolację z winem itp. za dwie osoby płacimy na Węgrzech 60 PLN, a w Polsce 200 PLN? Dlaczego wreszcie idioci polscy nie chcą pozwolić różnym ludziom, pewnie Niemcom, ale i Czechom, Austriakom, Węgrom (którzy, jak wiadomo, nie mają praktycznie gór) pozwolić na całkowicie swobodne kupowanie nieruchomości? Co my mamy takiego nadzwyczajnego do sprzedania poza urodą jezior, Dolnego Śląska, Bieszczad, Podlasia? Chyba tylko swoją głupotę, ale to towar niechodliwy. 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl