Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Winnych nie ma, Czerwca nie było 

Józefa Hennelowa Dół

Jarosław Makowski
Kiedy brakuje pomysłów… 


 

 




  
Winnych nie ma, Czerwca nie było

Idea była taka: w zamian za pokojowe oddanie władzy funkcjonariusze starego 
reżimu nie będą pociągani do odpowiedzialności zbiorowo – ani w formie karnej, ani przez ustawowe odsunięcie od życia politycznego. Tym jednak, którym udowodnione zostaną przestępstwa, niezawisłe sądy wymierzą sprawiedliwość.
Tymczasem okazuje się, że są w III RP sędziowie, którzy twierdzą, iż w tak zhierarchizowanych formacjach, jakimi były PRL-owska milicja i bezpieka, przełożeni mogli nie wiedzieć, co robią ich podwładni z tej samej jednostki – nawet w tak drażliwym momencie, jakim były robotnicze protesty czerwca 1976. W efekcie b. komendant wojewódzki MO w Radomiu i jego z-ca ds. SB zostają uniewinnieni. Z kolei co do szefa wydziału śledczego SB, odpowiedzialnego też za akcję „Lato ’76” (czyli właśnie operację przeciwdziałania ewentualnym zamieszkom po wprowadzeniu podwyżek cen) oraz naczelnika miejscowego aresztu, sąd stwierdza, że nie można ich obarczyć winą za szczególne udręczenie protestujących, bo... nie mieli wpływu na warunki, w jakich przytrzymywano zatrzymanych robotników, a zresztą przeludnione były i inne więzienia w kraju. Zresztą sąd uznał, że w ich przypadku sprawa i tak się przedawniła.
Być może sąd popełnił błąd w sferze prawa. Może niewłaściwie ocenił dowody bądź nie wykorzystał innych możliwości prawnych (choćby odnośnie kwalifikacji czynu i przedawnienia). To może zweryfikować postępowania apelacyjne. Ale już na pewno błędem było uzasadnienie werdyktu. Sugeruje ono przecież, że Czerwca ’76 nie było – że wymysłem świadków i historyków są tzw. ścieżki zdrowia (czyli przeganianie zatrzymanych przez szpaler bijących milicjantów), upokorzenia w celach (wycinania włosów w charakterystyczny wzór, polewania wodą itp.). SB była za to służbą, w której ewentualnie tylko anonimowe czarne owce dopuszczały się zbrodni, podczas gdy przełożeni stali na straży prawa i porządku. 
Więcej: do tego poziomu dostroili się ochoczo obrońcy, utrzymując, że śledztwo i proces są przejawem represji politycznych w imię igrzysk dla społeczeństwa. Zatem znowu: w Czerwcu ’76 nic się nie stało. Dzieje się za to teraz.
 

 
Krzysztof Burnetko








Dół


Poseł Rzeczypospolitej Polskiej ślubuje przestrzegać konstytucji i szanować 
prawo. Posła łamiącego swoje własne ślubowanie nie można jednak pozbawić mandatu inaczej niż skazując go prawomocnie na utratę praw publicznych. Każdy inny wyrok jest tu bezsilny, chyba że poseł postąpi honorowo, ustępując sam. Honorowo?
Posłanka Samoobrony ostatnio doczekała się pierwszego wyroku z procesów grożących jej samej i jej kolegom. Wyrok był za przestępstwo pospolite, ale na razie nieprawomocny. Zdążyła już jednak wydrwić go publicznie (telewizja oczywiście była obecna), występując w towarzystwie kolegów z Sejmu i zwolenników, oburzonych jak ona. Nikt nie wstydzi się niczego i niczego nie obawia: ostracyzm towarzyski, niepodawanie ręki, odmówienie wspólnych występów publicznych – to już anachronizmy. Nadto Samoobrona jest potrzebna rządzącej koalicji niemal jak powietrze. Któżby więc myślał o składaniu mandatu? Czy zatem pora już w resztkach opinii publicznej na ostatni możliwy krok: złożenie kondolencji marszałkowi obecnego Sejmu, drugiej osobie w państwie polskim?
 

 
Józefa Hennelowa









Kiedy brakuje pomysłów…

Związki zawodowe w demokratycznym państwie są ważnym ogniwem debaty 
publicznej. To one mają dbać o interesy pracowników i bić na alarm, kiedy pracodawcy łamią prawa. Jednak kłopot z polskimi związkami zawodowymi polega na tym, że interesy „szeregowych pracowników” spychają najczęściej na drugi plan. Dlaczego? Ano dlatego, że tak ,,Solidarność”, jak OPZZ stanowią zaplecze partii politycznych. „Solidarność” wspierała rząd premiera Buzka, a OPZZ wspiera poczynania ekipy Leszka Millera.
Po odsunięciu prawicy od władzy, „Solidarność” nie potrafi znaleźć sobie miejsca w rzeczywistości. Pokazała to w minionym tygodniu gdańska konferencja związkowców ,,S” z upadających zakładów. Głosy działaczy, którzy apelowali o „działania na granicy prawa” i wołania „trzeba przypieprzyć!”, dowodzą braku pomysłów na ratowanie bankrutujących przedsiębiorstw. A przecież liderzy związku muszą wiedzieć, że w ten sposób nie pomogą ani upadającym zakładom, ani tracącym prace pracownikom. Na szczęście nie brakowało też głosów tych, którzy zdają sobie sprawę, że na protestach daleko się nie zajedzie. Oraz że nazwa „Solidarność” zobowiązuje nie tylko do walki o interesy związku, ale także o tych ludzi, którzy są bez pracy.
Nie zmienia to jednak faktu, że „Solidarność” walczy dziś o przetrwanie dlatego, bo kiedyś zapomniała, że nie można rządzić krajem i jednocześnie reprezentować praw pracowników, a dziś liderzy „S” nadal nie mogą się zdecydować, czy chcą być politykami, czy działaczami związkowymi. Bo jeśli zamiast odpowiednio wcześnie sugerować racjonalne ekonomicznie rozwiązania, które dawałyby przynajmniej szansę na uratowanie zagrożonych zakładów, proponują poniewczasie lepperyzm, to chodzi im widać o politykę, a nie los członków związku.
 


Jarosław Makowski







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl