Słodki jest Pan

Z Wojciechem Kilarem rozmawia Barbara Gruszka-Zych



Barbara Gruszka-Zych: – Z okazji Pana 70. urodzin w kaplicy Jasnogórskiej przed obrazem Matki Bożej została odprawiona Msza święta.
WOJCIECH KILAR: – Ojcowie Paulini niezwykle mnie wyróżnili. Słowa, które tam padły, przyjęcie do grona Konfederacji Przyjaciół Jasnej Góry – to dla mnie niezwykły dar. Nasze kontakty zaczęły się ćwierć wieku temu. Przyjeżdżałem do Częstochowy w okresie zrywu wolnościowego w 1980 r., a w stanie wojennym znalazłem tam duchowe schronienie. Jak każdy pielgrzym bywałem tam wcześniej, ale nigdy nie myślałem, że mogę zostać mieszkańcem Jasnej Góry. A przecież tak się stało. Najpierw spędzałem tam po kilka tygodni w swoim pokoju w hospicjum, jadałem w refektarzu, błądziłem swobodnie po klasztorze. Kiedy zaprzyjaźniłem się z generałem ojcem Tomzińskim i ojcem doktorem (obecnie już podpułkownikiem) Janem Golonką, kuratorem zbiorów jasnogórskich, przeniosłem się za klauzurę. Tam zawsze czułem się wolny. 
Nie poddawałem nigdy w wątpliwość istnienia Boga, moje niebo nigdy nie stanęło w płomieniach. Ale w kościele (może brało się to z pychy, a może ze specyfiki mojego pustelniczego zawodu) najlepiej czułem się sam albo kiedy było w nim mało ludzi. Dopiero na Jasnej Górze poczułem, czym jest wspólnota. Dziś, im ciaśniej w świątyni, im trudniej jest klęknąć, tym jestem szczęśliwszy z przebywania z braćmi, wtedy czuję, jak słodki jest Pan. 
Do czasów Jasnej Góry nie istniał w moim życiu Różaniec. Kiedy odmawiałem go w tłumie w czasie stanu wojennego przed cudownym obrazem, wydawało mi się, że to najlepsza modlitwa za Ojczyznę. Odtąd stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Teraz na wszelki wypadek mam kilka różańców w kieszeniach marynarek (najbardziej lubię ten kupiony w katedrze Notre Dame w Paryżu, który zawsze podróżuje ze mną samolotem). Odmawiam go codziennie – to skrót historii zbawienia. Choć nie zawsze udaje mi się modlić w pełnym skupieniu i czasem łapię się na tym, że błądzę myślami gdzieś daleko od jego Tajemnic. Ale wytłumaczyłem sobie, że w ten sposób ze swoimi sprawami zamieszkałem w Różańcu.
Na Jasnej Górze nauczyłem się też odmawiać Brewiarz. Do dziś przechowuję mój pierwszy egzemplarz z dedykacją o. Golonki, jako jeden z najcenniejszych prezentów, jakie kiedykolwiek dostałem. Zawsze zadziwia mnie fakt, że w którymkolwiek miejscu go otworzę, to słowa Psalmów są odpowiednie do moich aktualnych problemów. Przedtem moje poszukiwania przypominały chodzenie po mieście podobnym do Rzymu. Idę, myślę: tam jest Kapitol, łatwo trafię. A tu uliczka, która prowadzi w upatrzonym przeze mnie kierunku skręca i nagle wyprowadza mnie poza miasto. Miałem wyjść na Kapitol, a wyszedłem na podmiejskie śmietnisko... Jasna Góra uchroniła mnie przed wejściem w ślepą uliczkę. 
Powiedział mi Pan kiedyś, że to na Jasnej Górze ma początek nurt religijny w Pana muzyce.
– Wcześniej napisałem jedynie manifest religijno-polityczny – kantatę „Bogurodzica”. Krzysztof Zanussi po jej wysłuchaniu powiedział: „Po tym Wojtku, to tylko do mieczy...”. Ten poważny, intymny nurt duchowy zaczął się od „Angelusa”. To dzieło w pewnym sensie awangardowe, bo awangarda polega na wymyślaniu czegoś, czego jeszcze nie było. W „Angelusie” pojawia się novum – utwór zaczyna się od odmawiania Różańca. Nie chciałem szokować, ale dać wyraz temu, że dla nas, wierzących, to nie tylko słowa, poezja, ale treść i sens. Zwykle „Ave Maria” jest słodkie, liryczne, kontemplacyjne, kojarzy się z zachwytem niebiańskim i niebieskim. A moje zrobiło się dramatyczne. Nie wiedziałem tego w trakcie pisania, dopiero po fakcie zorientowałem się, że kulminacyjnym punktem „Angelusa” stało się słowo „teraz” z fragmentu „Módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci”. To była prośba do Maryi o ratunek w czasach stanu wojennego. Na marginesie – pierwsze wykonanie utworu odbyło się w Katowicach w 1984 r. w tzw. pałacu zimowym, dawnym ośrodku szkolenia kadr partyjnych. Uznałem za sukces, że właśnie w tym miejscu rozbrzmiewa Różaniec. Gdy kompozycję wykonywano na Jasnej Górze, trzeba było zastrzec, żeby wierni się nie włączali. Ten mój Różaniec narasta. Najpierw śpiewa parę osób, potem dochodzą chóry, głosy, perkusja. Przy dziesiątym „Zdrowaś Maria” wybucha dramatycznym akordem okrzyk „Jezus”! Po nim następuje kulminacja: powtarzania znaczącego słowa „teraz”. Wszystko kończy się ukojeniem, wyciszeniem. Opisuję swój utwór, bo uformowała go Jasna Góra. Rękopis złożyłem jej jako wotum.
Pana kompozycje to jakby dzieła teologiczne.
– Gdyby nie Jasna Góra, nie skomponowałbym „Mszy dla pokoju”, bo prawdopodobnie porwałby mnie nurt narodowy. Jak pisał Marcel Reich-Ranicki, nasza literatura jest obciążona sprawami narodowymi, a to przeszkadza. W 1980 r. skomponowałem „Exodus”, wyraźnie publicystyczny, oparty o „Księgę Wyjścia”. Odebrano go jako metaforę naszego przejścia przez „Morze Czerwone”. Końcowe krzyki „Hosanna” porównywano ze słynnym plakatem „Solidarności”, z tym wznoszącym się morzem głów. 
Tytuł „Msza dla pokoju” jest uniwersalny. 
– Na Jasnej Górze dojrzewałem, by napisać „Mszę”, która niewiele ma wspólnego z aktualnymi sprawami narodowymi, ale być może posiada aspekt teologiczny. Każda Msza może się tak nazywać, bo kończy się słowami „Idźcie w pokoju Chrystusa”. Pokój w domu, pokój wewnętrzny, pokój na świecie, wszystkie są jednakowo ważne. Krzysztof Penderecki napisał kiedyś awangardowy utwór na orkiestrę smyczkową i nazwał go „8 minut i 33 sekundy”. Po jakimś czasie przemianował go na „Tren ofiarom Hiroszimy” i nagle wszyscy usłyszeli w tej kompozycji wybuch bomby atomowej. Może kompozytor odczuł, że tamten pierwszy, ekscentryczny, wypływający z mody tytuł nie oddaje głębi jego utworu. Dlaczego o tym mówię przy okazji mojej „Mszy”? Nazwałem ją „dla pokoju”, gdyż ostatnie siedem minut utworu to nieustanne, litanijnie powtarzane słowa „Dona nobis pacem”. Trzecie tysiąclecie przynosi nam w nadmiarze niepokój, hałas, zgiełk. Prędzej czy później musi się w nas pojawić potrzeba wyciszenia. 
W Pana muzyce jest wiele powtarzalnych fraz, jakby chciał Pan w ten sposób podkreślić ich wagę.
– Awangarda to oddział, który wysuwa się naprzód ryzykując życiem. Potem dochodzi cała armia i wchłania awangardę. Z czasów awangardy pozostała (choć istnieje na niebezpiecznej granicy między tradycją kościelną a New Age) powtarzalność fraz, kontemplacyjność. Trzeba uznać zasługi amerykańskich kompozytorów w tworzeniu takiej muzyki. To także cecha twórczości Henryka Mikołaja Góreckiego. Mnie to również szalenie odpowiada. Zresztą w Kościele katolickim jest wiele modlitw i nabożeństw opartych na repetetywności: Różaniec, Godzinki, Koronka, litanie, psalmy. „Chwalcie Pana nad Panami, bo na wieki łaska Jego, On uczynił światła wielkie, bo na wieki łaska Jego, On pobił potężnych wrogów, bo na wieki łaska Jego...” – całymi stronicami ciągną się te refreny. Myślę, że u niektórych kompozytorów polskich motyw powtarzalności powstał z tej inspiracji. Niestety, czasem to jest zupełnie niezrozumiałe na Zachodzie. Na przykład, wśród tekstów wybranych do III Symfonii Mikołaja Góreckiego, znajduje się napis wyryty w celi zakopiańskiego gestapo, i inne, głęboko religijne, patriotyczne cytaty. Skądinąd słyszałem, że ta muzyka uważana była jako znakomity podkład do palenia trawki... Można medytować modląc się, można też – paląc marihuanę. Zdarza się, że niektórzy mieszkańcy Europy Zachodniej uważają polską religijność za niemodną.
Ale bywa, że zazdroszczą...
– Słyszałem to od wielu ludzi, także moich znanych rodaków. „Jak ja wam zazdroszczę. Gdybym, mógł wierzyć tak jak wy” – mówili do mnie i mojej żony. Ale w wierze najważniejszy i najtrudniejszy jest stosunek do drugiego, widzenie Chrystusa w każdym człowieku. Nie ma co dyskutować, czy Bóg jest, czy go nie ma, jest jedna pewność – On istnieje! Wierzymy w Chrystusa, Wcielenie, Matkę Bożą, w życie wieczne. Wiara w Boga jest poza dyskusją. W jednym z wywiadów powiedziałem, że wczoraj bolał mnie żołądek, a dziś, kiedy mi przeszło, to miło sobie rozprawiam. Ale być może jutro znów mnie coś rozboli i będę myślał: „co tam życie wieczne, byleby tylko przestało”. Zabrzmiało to trochę nonszalancko, ale przecież te słowa ukazują podstawowy wymiar wiary – konieczność przejścia przez próbę. Święci to ci, którzy dali sobie radę w tym momencie. Jeszcze nie przeżyłem takiej próby wiary. Mogłoby nią być odejście najbliższej osoby, jej poważna choroba. Moje choroby martwią mnie o tyle, że martwią żonę... 
Ambasada Amerykańska i Filharmonia Narodowa zamierzają wykonać Pana „Mszę” 11 września br. w Warszawie. Będzie jej towarzyszyć wystawa zdjęć z tamtych tragicznych dni w Nowym Jorku, mają przyjechać nowojorscy strażacy.
– Przyjmuję to, cieszę się, że „Msza” może temu służyć. Ja tego nie kalkulowałem. Lutosławski powtarzał, że pisze taką muzykę, jaką sam chciałby usłyszeć. „Msza” zaprowadziła mnie najwyżej, jak tylko można – do Watykanu, do Ojca świętego. Podczas jej wykonania przed Janem Pawłem II przeżyłem najszczęśliwsze chwile mojego życia. 
I nie psują Panu humoru żadne jubileusze?
– Dobrze, kiedy artysta do końca życia zachowuje duszę dziecka, wtedy te jubileusze są jakby mniej bolesne. My nie mamy wieku. Wspaniale, że w tym zawodzie po skończeniu 65 lat nie musi się odchodzić na emeryturę. Więc za każdym razem rozsypuję na nowo puzzle nut i od nowa je składam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl