„Zapadła wieś” przed wejściem do Unii

Zapis dyskusji zorganizowanej w Warszawie przez Fundację im. Stefana Batorego i redakcję „Tygodnika Powszechnego”. Pełny tekst jest dostępny na stronie www.batory.org.pl/program/forum



Marcin Król: Moi 70-letni sąsiedzi posiadają typowe polskie gospodarstwo: 7 hektarów ziemi, 2 świnie, krowę, 30 kurczaków. Spadkobierca kończy geografię i wątpię, aby zechciał tam wrócić. Prawdopodobnie gospodarstwo zniknie tak, jak wiele „zapadłych wsi”. Dla historyka – Eryka Hobsbawma, zanik wsi i chłopa w kulturze zachodniej był jednym z największych fenomenów XX wieku. Czy wieś stanie się jedynie elementem krajobrazu, chronionym dla podtrzymania wizji tradycji kulturowej, ważnej np. dla turystyki? Czym będzie Polska z rolnictwem, ale bez wsi? 
Katarzyna Duczkowska-Małysz: Uściślijmy: mówimy o zaniku rolnika czy chłopa? Chłop związany jest z krajobrazem polskiej wsi, jego więzi z rynkiem są nikłe. To, co wyprodukuje, zaspokaja jego potrzeby, ewentualnie wymienia nadwyżki produktów. Rolnik zaś jest producentem, dla którego uprawa ziemi jest biznesem i musi na niej zarobić. Polska wieś nie zaniknie, zmieni funkcje wraz ze zmianą charakteru rolnictwa. Wspólna Polityka Rolna jedynie przyspieszy modernizację i „wypadanie” ludzi z tego sektora.
Udział rolnictwa w tworzeniu produktu krajowego brutto zmniejszył się na rzecz przemysłu przetwórczego, który zamawiając u rolników produkty, przymusza gospodarstwa do modernizacji, oraz dystrybucji w gospodarce żywnościowej. Popyt na żywność, nawet przy wysokiej produktywności ziemi oraz wydajności pracy, nie może rosnąć w innym tempie niż przyrasta liczba ludności. Na dodatek nie wywozi się żywności tam, gdzie ludzie są biedni i niedożywieni. Wysokie wskaźniki ekonomiczne gospodarstw rolnych doprowadzą do tego, że zmniejszy się areał upraw rolnych potrzebnych do wyżywienia ludzi. Wieś nie może więc być tylko producentem żywności, ale musi wykorzystać dla rozwoju walory historyczne i kulturowe. Istotą regionalnej polityki strukturalnej nie jest pytanie: ile dostaniemy z budżetu Unii?, ale zastanowienie się, co region ma zrobić, aby znaleźć „lokomotywę”, dzięki której może zarabiać pieniądze.
Barbara Fedyszak-Radziejowska: Na wsi mieszka prawie 15 milionów ludzi. Blisko 2 miliony gospodarstw ma powierzchnię nieco powyżej hektara, a pracuje w nich 4,5 miliona rolników. Dlaczego mówimy o hektarach i wskaźnikach, a nie o ludziach? Objęciu naszego rolnictwa zasadami WPR nie przeszkadza 35 proc. ludzi na wsi, utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych. W miastach żyje w taki sposób prawie 36 proc. mieszkańców. Problemem jest przyspieszenie tempa zmian, dokonujących się na wsi i w rolnictwie.
Ze statystyk bez trudu można wyczytać czas „zaniku chłopa”. W Drugiej Rzeczypospolitej 74 proc. ludności żyło z rolnictwa, a na wsi mieszkało 84 proc. obywateli państwa. Jeszcze w 1966 r. połowa obywateli PRL żyła na wsi. Od 20 lat struktura osadnicza jest stabilna: na wsi mieszka 38 proc. Polaków i przez najbliższe ponad 20 lat to się nie zmieni. Obecnie 26 proc. Polaków w wieku produkcyjnym posiada jeden hektar lub więcej użytków rolnych, ale tylko połowa z nich identyfikuje się ze stanem chłopskim: utrzymuje się z rolnictwa, opłaca składki w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego i z rolnictwem wiąże przyszłość. W latach 1962-68, gdy powstawały zasady WPR, rolnicy w EWG stanowili około 20 proc. ludności.
Widać, jak bardzo jesteśmy zapóźnieni, a przy tym, po reformie rolnej PKWN (1944/45), która przyczyniła się do powstania półtora miliona gospodarstw 2-5 hektarowych, mamy fatalną strukturę agrarną. Czy wieś ponosi więc wyłączną odpowiedzialność za to, że jest „zapadła”? Razi nas chłopski duch, wolelibyśmy mieć producentów rolnych. Zapominamy, że przedsiębiorczość wiejska wynika właśnie z ducha chłopskiego (połowa wiejskich przedsiębiorców wciąż jeszcze ma ziemię), a mała i średnia przedsiębiorczość ma korzenie chłopskie i małomiasteczkowe. Bycie na swoim nie jest kurczowym trzymaniem się ziemi, ale zaczynem szukania innych, pozarolniczych źródeł zarobkowania: w agroturystyce czy prowadzeniu firmy. 
Zmian nie blokuje skażenie „duszy chłopskiej”, lecz milion osób bezrobotnych na wsi i milion osób tzw. bezrobocia agrarnego, ukrytego w gospodarstwach rolnych. Rolnicy na pytanie, czy gdyby mieli inne możliwości zarobkowania, wydzierżawiłby ziemię, w 75 proc. odpowiadają w badaniach, że „tak”; czy sprzedaliby ziemię – połowa odpowiada twierdząco. Problemy polskiego rolnictwa nie należą tylko do sfery świadomości chłopskiej, ale gospodarki i społeczeństwa. Tymczasem monopol na wiedzę o wsi i rolnikach ma PSL i stara-nowa formacja, pozornie polityczna, czyli Samoobrona – związek zawodowy biznesu rolnego. Taki układ jest niefunkcjonalny z punktu widzenia zmian niezbędnych na wsi. Powinna powstać, jak w Europie Zachodniej, centroprawicowa formacja, dbająca o sprawy wiejsko-rolnicze.
Nie wierzę, żeby polskie elity zaproponowały rolnikom równie dobrą i pomysłową politykę rolną, jak unijna: z niskimi cenami żywności i gwarantowanym poziomem dochodów rolniczych. Nie znaczy to jednak, że mamy wejść do Unii tylko na warunkach przedstawionych przez Komisję. W Polsce, gdzie związanych jest z rolnictwem 4-5 milionów ludzi, wybory wygrywa ten, kto zwycięża na wsi. Może więc dojść do sytuacji, że zaakceptujemy stanowisko UE i przegramy referendum albo pojawią się poważne kłopoty po integracji.
Marcin Król: Tyle że przez 12 lat niepodległości nic nie uczyniono, żeby zrestrukturyzować wieś i jedyną szansą na zmianę jest chyba jej wymuszenie przez UE. Szczęśliwie, wszystkie polskie rządy żyły pod presją wejścia do Unii. Inaczej moglibyśmy się doczekać rzeczy nieporównanie dziwniejszych i okropniejszych niż te, które nas spotkały. 
Barbara Fedyszak-Radziejowska: Zawrzyjmy kompromis: wymuszenie musi dotyczyć także elit opiniotwórczych. One muszą zgodzić się, że polskie stanowisko negocjacyjne ma wiele zalet i należy je solidarnie popierać.
Tadeusz Hunek: Ależ na wsi zaszły zmiany. Nie tyle za sprawą impulsów zewnętrznych czy na ogół destrukcyjnych działań władz centralnych, ile pracy mieszkańców wsi, którzy przebudowali infrastrukturę, nawet przejęli miejski styl życia i nie czują się naznaczeni piętnem człowieka wsi – kogoś gorszego. Rolnictwo jednak, tworząc 3 proc. dochodu narodowego (na początku transformacji tworzyło 20 proc.), stało się marginesem gospodarki.
Marian Brzóska: Zdumiewa mnie prawie postkolonialny, wobec Europy Środkowo-Wschodniej, stosunek Unii do rozszerzenia. Zaproponowana wschodnia odmiana WPR podważa zasadę równych warunków konkurencji producentów żywności. Jak możemy zaakceptować proponowany
10- lub 12-letni okres przejściowy? Proponuje się nam rozwój rolnictwa przez rozwój wsi, choć w Europie tylko 8 proc. wydatków na wieś tak się wykorzystuje. Reszta to płatności bezpośrednie – najlepsza podstawa dla przemian agrarnych i taniego pobudzenia wzrostu zatrudnienia pozarolniczego. 
Unia proponuje 2/3 sumy na rozwój wsi, 1/3 na wsparcie rolnictwa, w tym połowę na wsparcie socjalne. Utrwalimy w Polsce istniejący model, gdy 1/4 środków przeznaczamy na rolnictwo, 3/4 na KRUS i politykę socjalną. Tymczasem stworzenie takich samych jak w Unii warunków produkcji i ekonomiki dałoby nam 1/3 korzyści, jakie ma chłop niemiecki; przy 25 proc. dotacji osiągniemy jedynie 1/12 tych korzyści. Unia, której zależy na obniżeniu produkcji rolnej i opłat eksportowych, chce zamrozić, i to na wiele lat, potencjał polskiego rolnictwa na niskim poziomie z lat kryzysu. 
Marcin Król: Dlaczego polski rolnik powinien mieć równe warunki startu z rolnikami europejskimi, a krawiec czy profesor wyższej uczelni nie? Co jest tak specyficznego w rolnictwie, że potrzebujemy wspólnej polityki rolnej, nie zaś edukacyjnej, krawieckiej czy gospodarczej? 
Tadeusz Hunek: Redukcję dopłat bezpośrednich traktujemy jak krzywdę narodową. Negocjacje akcesyjne są upolitycznione, dlatego spoglądamy na rolnictwo przez pryzmat grup nacisku czy ministerstw. Szczycimy się, że broniąc ziemi uzyskaliśmy aż 12-letni okres przejściowy, a więc na tyle lat pozbawiliśmy się napływu kapitału czy know-how z Unii, zamrażając strukturę gospodarstw. Do wsi pozostałych krajów-kandydatów, zwłaszcza Czech i Węgier, zaczną one napływać pięć lat wcześniej niż do nas, bo kraje te wynegocjowały okresy jedynie 7-letnie. Nasz wielki sukces w krótkim czasie może okazać się wielką klęską. 
O jakiej równości konkurencji mówimy, jeśli zasoby produkcyjne gospodarstwa w Unii są dwukrotnie większe niż gospodarstwa w Polsce, kapitał obrotowy siedmiokrotnie większy, produkcja końcowa czterokrotnie, sprawność gospodarowania dwukrotnie większa, eksport dwunastokrotnie, a dochody rodziny dwukrotnie większe? Porównując według tych samych kryteriów unijną piętnastkę, rozpiętość jest podobna. Jeżeli jednak rolnictwo Grecji i Hiszpanii nadal istnieje, nie obawiajmy się, że polskie rolnictwo w ciągu paru lat zostanie wyeliminowane z gry.
Walenty Poczta: Rozwiązaniem problemów polskiego rolnictwa nie może być tylko system dopłat czy inne instrumenty WPR. Najważniejszy jest długotrwały wzrost gospodarczy, edukacja i rozbudowa infrastruktury. Biorąc pod uwagę zaproponowany poziom i przeznaczenie dopłat bezpośrednich, limity produkcyjne oraz długość okresu przejściowego, rolnicy nie stracą na przystąpieniu do UE. Powinni nawet zwiększyć dochody o 20-30 proc., choć wzrost nie będzie ten sam dla wszystkich i w każdym regionie. Zyskają producenci mleka, jeśli osiągną unijne standardy jakości, producenci buraków cukrowych, wołowiny. Granica nie będzie już przeszkodą, uniemożliwiającą sprzedaż produktów nawet sto kilometrów dalej. Powinni zyskać, z racji niskich w Polsce kosztów pracy, producenci warzyw i owoców. Stracą wielcy producenci zbóż, przede wszystkim pszenicy konsumpcyjnej, i rzepaku. 
Dopłaty bezpośrednie, nawet jedynie 25 proc. (biorąc pod uwagę, że koszty nie wzrosną od razu), podwyższą przychody rolników o 20 proc., a dochody nawet o 30 proc. Polskie rolnictwo zyskuje na tym, że ma niskie koszty pracy i nie opiera się na dzierżawach, które obligują do płacenia czynszu dzierżawnego. Czy dzięki temu stanie się konkurencyjne i zmodernizuje się? Na pewno nie dotyczy to wszystkich gospodarstw. Tym bardziej, że przy takiej strukturze polskiego rolnictwa łatwo przekształcimy WPR we wspólną politykę socjalną. Dlatego, jeśli nasze dobre gospodarstwa, których jest około 400, mają konkurować z unijnymi, do nich przede wszystkim powinny trafić unijne pieniądze. 
Marcin Król: Upadły instytucje, które w czasach realnego socjalizmu niosły na wieś oświatę: ośrodki doradztwa rolniczego i koła gospodyń wiejskich. Może dlatego rolnicy nie mogą dowiedzieć się niczego konkretnego o swojej przyszłości w Unii? Ich opinie to skutki niedociągnięć polityki informacyjnej rządu, prezydenta, chyba wszystkich. 
Waldemar Kuczyński: Może dlatego niektórzy sądzą, że Unia ma postkolonialne podejście do krajów kandydackich. Po przyłączeniu Polski stół unijny powiększy się o 5 proc., zaś jego zasobność o 4 proc. Jeżeli Unia chciałaby nas skolonizować, to robi kiepski interes – przyłącza marną kolonię. Nie budzi entuzjazmu oferta płacenia naszym rolnikom jedynie 25 proc. dopłat otrzymywanych przez rolników w Unii. Dlaczego jednak nie bierze się pod uwagę, że koszty produkcji rolnej w Polsce są niższe? Czy pamięta się, że 1 euro w Polsce ma siłę nabywczą 2 euro na Zachodzie? 
Marcin Święcicki: Polska, kraj słabiej rozwinięty od Portugalii, Grecji, Hiszpanii czy południowych Włoch, miałaby większy udział w środkach unijnych, gdyby UE odeszła od WPR, przeznaczając środki na fundusze strukturalne. Większy niż gdybyśmy wynegocjowali 100 proc. dopłat bezpośrednich. Nawet przy równym traktowaniu naszych rolników i unijnych Polacy otrzymają mniej, ponieważ będą dzielić się z rolnikami unijnymi, którzy mają większe gospodarstwa, lepiej prowadzą buchalterię, uprawiają winogrona i oliwki, gdy u nas dominują, nie uwzględniane w WPR, ziemniaki. Czy nie lepiej byłoby otrzymywać fundusze strukturalne na tworzenie miejsc pracy dla tych, którzy nie są w stanie utrzymać się z rolnictwa, na drogi, kształcenie młodzieży, wspieranie małej przedsiębiorczości? Dlaczego aż 80 proc. dopłat bezpośrednich ma otrzymać 20 proc. najbogatszych rolników, którzy mogą je wydać na konsumpcję? 
Wielkim sukcesem Solidarności wiejskiej było zniesienie ograniczeń w handlu ziemią w 1990 r. Ustawa, ograniczająca prawa właścicieli do ich ziemi przez 12 lat po wstąpieniu do UE, może odebrać szansę rolnikom, którzy mają jej dużo, ale lichy z niej dochód. Nawet jeśli pojawi się inwestor, nie kupi ziemi, bo nie mieszka na wsi od 5 lat, nie ma skończonej wyższej szkoły rolniczej i nie posiada stosownego obywatelstwa. Co zyskają właściciele na tym, że zakaże się sprzedaży ziemi 95 proc. ich współobywateli i niemal wszystkim obcokrajowcom? Emocjonalny stosunek do ziemi stanie się naszym nieszczęściem.
Henryk Wujec: Wieś jest ważniejsza od rolnictwa: 15 milionów jej mieszkańców nie przeniesie się do miasta, a tylko część z nich zajmuje się rolnictwem, uzyskując z niego 1/3 dochodów. Reszta pochodzi ze źródeł socjalnych bądź pracy najemnej. Unia chce przedłużyć okres dojścia do pełnych dopłat, ale zasadami WPR obejmie także kraje kandydackie. Nawet jeśli w wyniku negocjacji dostaniemy mniej niż żądamy, obronimy rolnictwo. Natomiast dyskusja o sprzedaży ziemi jest tematem zastępczym. Wprowadzenie ograniczeń zaszkodzi jedynie samym chłopom, ułatwiając spekulację i zmniejszając ich dochody ze sprzedaży. Ważniejszą sprawą jest likwidacja bezrobocia na wsi i pozyskiwanie dodatkowych dochodów z różnych sposobów zatrudniania, np. z agroturystyki. Jak z takimi problemami przygotujemy się do korzystania z funduszy strukturalnych?
Marian Brzóska: Nie słuchajmy rad komisarzy UE, doradzających politykę rozwoju wsi dla rozwoju rolnictwa. Dzięki wysokim cenom i dopłatom bezpośrednim Unia przeprowadziła koncentrację ziemi i 5-krotnie zmniejszyła zatrudnienie. U nas potrzeba 20 lat inwestycji w postaci funduszy strukturalnych, żeby milion bezrobotnych odeszło z rolnictwa. 
Roman Engel: Rolnicy przetrwają, jeśli będą wykształceni, tymczasem tylko 2 proc. młodzieży wiejskiej uczy się na uczelniach państwowych. Większość wybiera uczelnie niepaństwowe w małych miejscowościach, bo tam czesne wynosi 300 złotych miesięcznie, natomiast koszt miesięcznego utrzymania studenta w dużym mieście sięga nawet 1200 złotych. Skoro dotujemy skup żywca, może zaczniemy dotować także młodzież?
Marek Krzysztof Durski: Wróćmy jeszcze do tematu ziemi. Średnia unijna wynosi ok. 400 euro na hektar użytków i nie jest płatnością obciążoną podatkiem. To grant do kieszeni rolnika, więc cena ziemi w UE rośnie. U nas będzie podobnie. Na Ukrainie dekret o ziemi już obowiązuje, choć swobodny obrót będzie wprowadzony dopiero za cztery lata. Pajok, czyli odpis dla pracownika PGR-u wynosi 5-7 hektarów. Nie jest jeszcze zlokalizowany, ale już odstępuje się go za 200 hrywien, czyli po 180 złotych za 7 hektarów. Ukraińcy boją się, że my ich wykupimy, a my im opowiadamy o strachu przed wykupem naszej ziemi przez Niemców. Czy można wyznaczyć taką wartość ziemi, która zablokowałaby wykup spekulacyjny? A może wprowadzić wieloletnie dzierżawy, które nie zahamują napływu kapitału?
Katarzyna Duczkowska-Małysz: Wieś potrafi przystosować się do nowych zadań. Polacy zafundowali jednak sobie tak długi okres ochronny, że wykorzystanie niekonwencjonalnych możliwości wsi, jako miejsca spędzania czasu wolnego przez ludzi z miasta, gdzie kupuje się dom, gdzie istnieją restauracje, stacje benzynowe, pralnie, jest chyba niemożliwe. O tym, że może być inaczej, świadczą wsie na pograniczu francusko-niemieckim, gdzie po zmianach infrastruktury przeprowadziło się 18 tys. Niemców. 
Najważniejszym celem rządu stało się zapewnienie rolnikom dotacji i objęcie produkcji interwencjami. A co stanie się w 2004 r., gdy będziemy musieli się z nich wycofać? WPR to też regulacje cenowe, interwencje w ilość produkcji, regulacje nadwyżek, dotacje, dopłaty eksportowe i importowe, magazynowanie – zestaw instrumentów, z których możemy korzystać natychmiast pod warunkiem, że żądając równych praw, wywiążemy się z obowiązków. Tymczasem ilu naszych rolników ma produkty klasy extra lub pierwszej? Równe warunki konkurencji to nie tylko otrzymywanie jednakowych dopłat; tym bardziej, że nie spełniamy norm weterynaryjnych i higienicznych. 
Rząd jest odpowiedzialny za przygotowanie producentów do konkurencji. Nie wolno mu lekko wydawać publicznych pieniędzy i uznawać, że ktoś tam zaczepi się na wspólnym rynku. Gdyby polskie rolnictwo dostosować, pod względem wydajności, do niemieckiego, na rynku pracy znalazłoby się nawet 3 miliony bezrobotnych. Jak można wierzyć, że taki problem rozwiążą dopłaty?
Barbara Fedyszak-Radziejowska: Jeżeli mówimy, że w Polsce na 100 hektarach pracuje 24 rolników, a w Unii 6, możemy powiedzieć, że dzięki tym 24 rolnikom, rękami wyrywającym chwasty, polskie rolnictwo jest ekologiczne i jest to nasza szansa, albo że jest ich o 18 za dużo i mamy 5 lat na likwidację tej nadwyżki. Taki język komunikacji tworzy przepaść między elitami a rolnikami oraz miejsce na język konkretów Andrzeja Leppera. Możemy jednak powiedzieć, że dopóki na 100 hektarach będą pracowały 24 osoby, dochód, przy takiej samej efektywności i jakości pracy, dzielony jest między 24, a nie 6 rolników. W tym języku nie obrażamy, nie straszymy i nie proponujemy tworzenia skansenu ekologicznego. 
Nie wierzę, aby polskim negocjatorom łatwiej było uzyskać odejście od WPR niż wypracować zbliżenie stanowisk negocjacyjnych w sprawie dopłat. Instrumenty WPR podtrzymują produkcję na poziomie zabezpieczającym przed nadwyżkami żywności, chronią przed huśtawką cen i groźbą krachu czy głodu. Uczmy się od UE praktycznych, a nie doktrynalnych rozwiązań. Utrzymywanie niskich cen żywności, przez dopłaty do dochodów rolniczych, jest efektywniejsze, bo dopłacają do żywności wszyscy podatnicy, a nie tylko konsumenci.
Warto zapewnić ochronę obrotu ziemią w czasie, gdy polscy rolnicy będą walczyć o przyszłość gospodarstw i godziwe dochody. Dzieci rolników wysyłane są na studia, by wróciły na wieś. Wielu z nich chce być rolnikami! Czy awans społeczny to tylko przeprowadzka ze wsi do miasta i ucieczka od rolnictwa? Powinniśmy pomóc rolnikom stworzyć wydajne rolnictwo, przynoszące dochody kilkuset tysiącom właścicieli gospodarstw rolnych, a możliwie niska cena ziemi ma znaczenie niebagatelne. 

opracowanie:
Grażyna Czubek, Piotr Kosiewski, Anna Mateja

 

 

 


Marian Brzóska – doradca ministra w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, dyrektor departamentu ds. integracji europejskiej w MR i wicedyrektor Biura Europejskiego FAO w Rzymie. Ostatnio wydał: „Wspólna Polityka Rolna UE
a polskie rolnictwo” (red., 2002).
Prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz – ekonomista z Instytutu Gospodarstwa Społecznego SGH w Warszawie, doradca Prezydenta RP. Autorka koncepcji wielofunkcyjnego rozwoju wsi oraz publikacji z zakresu Wspólnej Polityki Rolnej i Regionalnej Polityki Strukturalnej UE. Ostatnio wydała: „Rolnictwo – wieś – państwo: wokół interwencji państwa w sferze wsi i rolnictwa” (1998).
Marek Krzysztof Durski – Ośrodek Doradztwa Rolniczego w Łomży.
Roman Engel – rektor Wyższej Szkoły Agrobiznesu w Łomży.
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska – etnolog, socjolog wsi, pracownik Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz Kolegium Nauk Społecznych i Administracji PW. Autorka publikacji poświęconych przedsiębiorczości wiejskiej, nowym gospodarzom dawnych PGR, postawom rolników oraz mieszkańców wsi wobec integracji z UE, liderom i organizacjom pozarządowym na wsi. Ostatnio wydała: „Wielkoobszarowe gospodarstwa rolne, ich załogi i nowi gospodarze” (red., 1998). 
Prof. Tadeusz Hunek – ekonomista, rektor Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Legnicy, prowadzi badania w zakresie transformacji systemowej gospodarki polskiej. Ekspert UKIE, były doradca ministra finansów Leszka Balcerowicza. Ostatnio wydał: „Dylematy polityki rolnej: integracja polskiej wsi i rolnictwa z UE” (red., 2000). 
Prof. Marcin Król – historyk idei, dziekan Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW, redaktor naczelny miesięcznika „Res Publika Nowa”, członek Rady Fundacji im. Stefana Batorego oraz redakcji „TP”. Ostatnio wydał: „Romantyzm – piekło czy niebo Polaków” (1998).
Waldemar Kuczyński – ekonomista, publicysta, minister przekształceń własnościowych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, główny doradca ds. gospodarczych Jerzego Buzka, członek Unii Wolności. Ostatnio wydał: „Dziesięciolecie Polski Niepodległej 1989-1999” (red., 2001). 
Prof. Walenty Poczta – ekonomista, pracownik Zakładu Ekonomiki Gospodarki Żywnościowej AR w Poznaniu, członek zespołu doradców Prezydenta RP ds. rozwoju rolnictwa i obszarów wiejskich, ekspert UKIE. Ostatnio wydał: „Rolnictwo polskie w przededniu integracji z UE” (z Feliksem Wysockim, 1999).
Dr Marcin Święcicki – ekonomista i polityk. W latach 1972-82 pracownik Komisji Planowania przy Radzie Ministrów; 1982-87 dyrektor ds. Studiów i Analiz Konsultacyjnej Rady Gospodarczej. Uczestnik obrad „okrągłego stołu”. W latach 1989-91 minister współpracy gospodarczej z zagranicą; 1994-99 prezydent Warszawy. W latach 1974-90 członek PZPR. Obecnie członek Unii Wolności. Poseł na Sejm X i III kadencji. 
Henryk Wujec – fizyk i polityk. Współpracownik Komitetu Obrony Robotników, członek Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Założyciel i współredaktor „Robotnika”, współorganizator wolnych związków zawodowych. W latach 1980-91 działacz NSZZ „Solidarność”, członek Komisji Krajowej i władz regionu Mazowsze; 1981-84 i w 1986 r. więzień polityczny; 1987-90 członek, w roku 1989 sekretarz, Komitetu Obywatelskiego przy przewodniczącym „Solidarności” Lechu Wałęsie. Uczestnik obrad „okrągłego stołu”; 1999-2000 podsekretarz stanu w MR. Członek Unii Wolności. Poseł na Sejm X, I, II i III kadencji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl