Osierocone przez historię

Opowieść Taddei Bieńkowskiej spisała Agnieszka Lewandowska



„Widziałam mnóstwo nienawistnych twarzy – mówi Taddea Bieńkowska. – Dzieci z rosyjskiego sierocińca. Tych, którzy kazali nam iść do wagonów bydlęcych. Tych, którzy na zawsze zabrali mi matkę. Tej nienawiści nie wolno podtrzymywać. Powinniśmy jednak znać fakty z naszej historii, nie bać się głośno mówić nawet o tych najstraszniejszych. Bez prawdy nie ma pojednania”.



Przyszli w nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. Łomotem w drzwi obudzili mamę i mnie. Powiedzieli, że wolno zabrać jedną walizkę. Ktoś dodał: ,,Przydadzą się ciepłe rzeczy”.
Ojca, kapitana rezerwy, nie było w domu od 11 miesięcy. Powołano go do wojska przed wybuchem wojny.
Z Brasławia, gdzie mieszkaliśmy, wieźli nas przeszło trzy tygodnie. Bydlęce wagony wypełnione były po brzegi: w każdym ponad 50 osób. Przez zakratowane okienko można było poznać – dzień czy noc. Drugi otwór, służący za latrynę, pompował do środka lodowate powietrze. U nich kwiecień to środek zimy. Pociąg jechał w ponad metrowym śnieżnym tunelu. Siedziało się w kucki – wygodniej, gdy na jakimś tobołku. Dzieci leżały na podłodze. Niewiele dotrwało do końca podróży. Co jakiś czas – po dniu, po dwóch – pociąg zatrzymywał się. Z wagonów wyciągano trupy. Nam podawano kipiatok, czyli wrzątek, czasem zupę z odpadów. Potem skład ruszał dalej. 
Podczas jednego z postojów podszedł do mamy rosyjski żołnierz, który stacjonował kiedyś w naszym domu. Powiedział, że ojciec jest w obozie w Kozielsku. Nasz pociąg właśnie mijał ten obóz. 

– Gdzie poznali się rodzice?
– Nad jeziorem Narocz. Mama miała tam hodowlę lisów, a ojciec zarybiał stawy. Po studiach w Warszawie dostał tam pracę. Mama była Węgierką, a jej matka mieszkała w Wiedniu. Mieliśmy ją odwiedzić, żeby poznała mnie, swoją wnuczkę. Nie pojechaliśmy nigdy.
Pierwszy etap podróży na Wschód zakończył się w miasteczku Mamelutka w północnym Kazachstanie. Przez rok w kołchozie imienia Czkałowa mama oporządzała bydło. Mieszkałyśmy w barakach. Był głód, ale Rosjanki litowały się nad dziećmi i czasem dawały nam coś do jedzenia.
Miałam wtedy trzy lata, niewiele więc pamiętam. W 1941 r. przewieziono nas ciężarówkami (ok. 200 km) do miasta Atbasar w okręgu Akmoleńsk. Tam mama pracowała przy budowie kolei (odcinek kolejowy nr 20, najazd 87). Polskie kobiety budowały linię kolejową z Pietropawłoska.
Na początku mieszkałyśmy w szałasach dla bydła. Potem każda kobieta musiała wybudować dla rodziny ziemiankę. W stepach ziemia jest ciężka i gliniasta: nie daje się ruszyć łopatą. Kopało się więc kilofami. Dokładnie pamiętam ten dom, w którym spędziłyśmy z mamą cztery lata. To było jedno, głęboko osadzone w ziemi pomieszczenie, a na nim spadzisty dach ze starych desek. Całość sklejona mieszaniną gliny, piasku i kiziaków.
Kiziaki – wysuszone odchody bydła – to był bezcenny skarb. Dzieci zbierały je całe lato, gdzie tylko się dało. Podkradaliśmy się więc pod kołchozy produkujące żywność dla wojska, bo tam było ich najwięcej. Kiziakami sklejało się ziemianki, był to także jedyny opał. Wrzucane do kóz, czyli okrągłych piecyków z rurą wychodzącą ze środka, pozwalały przetrwać 40-stopniowe mrozy.
Za pracę dostawało się dzienną porcję chleba (60 dkg), która starczyć musiała także dla dzieci, oraz zupę z kapusty lub ziemniaczanych obierek. Czasami udało się dostać trochę ciemnej mąki. Smażyłam z niej placki i gdy wieczorem mama wracała do domu, miałyśmy gorący posiłek. Latem łatwiej było o pożywienie. Kiedy matki pracowały, dzieci żebrały lub kradły. Czasem udało się zdobyć buraka, ale największym moim osiągnięciem był melon. Gdy go zerwałam, gonili mnie kozacy na koniach. Strzelali. Byłam zwinna, mała jak na swój wiek, więc uciekłam. Zbierałam też lebiodę, która wraz z ziemniaczanymi obierkami wyławianymi ze śmietników, zamieniała się we wspaniałą zupę.
Którejś zimy, był chyba rok 1943, głód tak nam doskwierał, że mama wyruszyła z domu, by znaleźć coś do jedzenia. Na polach kołchozu pod stogami siana zebrała trochę pozostałych z lata ziaren zboża. Gdy wracała, rozpętała się burza śnieżna. Mama zabłądziła. Nagle zobaczyła, że wprost na nią biegnie wataha wilków. Przypomniała sobie, że jedynym ratunkiem jest wytrzymanie w bezruchu. Padła na ziemię, leżała, starając się nawet nie oddychać. Wilki odeszły, ale mama tak odmroziła ręce i nogi, że nie mogła dalej iść. Ostatkiem sił starała się czołgać, ale nie wiedziała dokąd. Ja siedziałam w ziemiance i strasznie płakałam. Bałam się, czułam, że coś jest nie w porządku. Z tego smutku zapaliłam naszą jedyną lampkę i postawiłam w oknie. Mama zobaczyła światło – okazało się, że była blisko domu. Dowlokła się do ziemianki. Z zebranych ziaren ugotowałam znakomitą zupę, jadłyśmy ją przez kilka dni.
Niedaleko mieszkały rodziny Czeczenów, Kirgizów, Kozaków, przesiedlonych tam dużo wcześniej. Mieli normalne domy: dla nas byli bogaczami. Gdy miałam pięć lat, chodziłam do jednego z kozackich domów, by opiekować się młodszymi dziećmi. Dostawałam za to kubek mleka. 
Obok głodu najgorsze było robactwo. Pluskwy pełzały po metalowych łóżkach, spadały z sufitu do jedzenia. W czasie snu chodziły po twarzy, rękach i wysysały krew. Rozprzestrzeniały się błyskawicznie. Ziemianki stały jedna przy drugiej, żeby było cieplej i raźniej. Wystarczyło, że pluskwy pojawiły się w jednej, natychmiast wędrowały po wszystkich. 
Bardzo chorowałam. Brak żywności i witamin powodował, że moje ciało gniło i odpadało. Dwukrotnie byłam o krok od śmierci. Raz kumys uratował mi życie. Mama dostała go od Kozaka za lalkę przywiezioną jeszcze z Polski. Za drugim razem Kirgiz – za obrączkę mamy – zastrzelił swego psa. Tłuszczem z niego smarowano mi ciało. Mięso mama podzieliła na kulki, zamroziła i codziennie jedną gotowała mi na obiad. Choroby atakowały przede wszystkim ludzi starszych i maleńkie dzieci. Szalała gruźlica, czerwonka, dur brzuszny. Codziennie ktoś umierał. Zimą zwłoki leżały obok ziemianek, w śniegu. Zakopywano je dopiero na wiosnę. Ale i wtedy ciężko było wykopać dół, nawet kilofem. Mama pomagała zakopywać dzieci, z którymi bawiłam się jeszcze poprzedniego dnia. 

– Czy śniły się Pani te chwile?
– Do dziś mam takie sny. Najczęściej śnią mi się Czeczeni. Ich bałyśmy się bardziej niż Rosjan. Mieszkali niedaleko naszych ziemianek. To byli dzicy ludzie. Jeśli ktoś im się naraził, przychodzili nocą i obcinali głowę. Tak wymordowali całą znaną nam rodzinę. Ten obraz często pojawia się w moich snach. 
W 1944 r. nasza sytuacja się poprawiła. Przenieśli nas do baraków. Pojawiły się amerykańskie paczki. Było w nich wszystko. Tyle że najpierw przechodziły przez ręce Rosjan, którzy zostawiali tylko suchary. Ale i tak co to była za radość, jak one mi smakowały... Wisiały w woreczku pod sufitem, żebym nie mogła zjeść ich wszystkich od razu. 
Do Atbasaru docierały różne ,,przecieki”. Mama dowiedziała się, że oficerów z Kozielska przewieziono do Katynia i rozstrzelano. Stało się to prawdopodobnie 13 kwietnia 1940 r. Tamtego dnia nasz transport stał na stacji w Kozielsku. 
Niewiele jeszcze rozumiałam, a ojca nie znałam. Mama, w przypływie żalu, dźwigając kolejowe podkłady, powiedziała, że Rosjanie i Niemcy to takie samo bydło. Przyszli jeszcze tej samej nocy. Zrzucili mnie z siennika. Szukali w nim listów, zdjęć, dokumentów. Niszczyli wszystko. Człowiek stawał się anonimowy. Mamę zabrali, ja zostałam.

– Kto doniósł?
– Prawdopodobnie Polka, która pracowała z mamą na kolei. Kobiety były o tym przekonane: odsunęły się od niej, była izolowana, choć twierdziła, że jest niewinna. Polska organizacja wydała na nią wyrok, ale nie został wykonany. Po wojnie mama się z nią spotkała. Powiedziała: ,,Jeżeli ty to zrobiłaś, to ci wybaczam”. 
Mamę zabrano do więzienia w Atbasarze. Siedziała tam pół roku. Głodzona, trzymana po pas w fekaliach, podpisywała wszystkie podsuwane jej dokumenty. Przyznała się do czynów, których nie popełniła. Jako więzień polityczny dostała 10 lat katorgi. Gdy ją zabrali, miałam siedem lat. Sąsiedzi oddali mnie do rosyjskiego sierocińca. Czteromiesięczny pobyt tam był katorgą. Nad polskimi dziećmi znęcali się opiekunowie i rosyjskie dzieci. Bito nas, kopano, wyśmiewano. Zupa z krup albo gorąca woda z kartoflami to była dzienna porcja żywności. Musieliśmy pracować. W nocy dyżurowałam przy suszeniu walonek. Wieczorem kładło się je na piec i co pewien czas trzeba było przewracać. Kucałam pod piecem i przysypiałam. W dzień obierałam kartofle i zbierałam kiziaki.
W połowie 1945 r. powstały pierwsze polskie sierocińce. Kierowniczką jednego z nich została Eleonora Kamińska. Zabrała mnie do siebie. Tam warunki były lepsze, opiekował się nami PCK. Najważniejsze, że nikt nie znęcał się nad nami psychicznie.

– Czy wiedziała Pani, co dzieje się z mamą?
– Gdy dostałam się do polskiego sierocińca, pani Eleonora zaprowadziła mnie do więzienia. Mama na kolanach błagała ją, żeby zabrała mnie do Polski. Ta dała słowo i go dotrzymała, choć nie było to wcale proste. Dzieci więźniów politycznych nie mogły wrócić do kraju, bowiem przeznaczone były do rusyfikacji. Ciągle chorowałam i leżałam w szpitalu. W nocy, tuż przed wyjazdem naszego transportu, pani Eleonora wykradła mnie stamtąd i ukryła w wagonie kuchennym, w którym przekroczyłam granicę.
Wkrótce po spotkaniu ze mną mamę wywieziono do tajgi, do obozu ,,Reszoty”. 
Był to zamknięty obóz karny dla najgorszych przestępców, np. morderczyń dzieci. Więźniarki siekierami ścinały drzewa, a potem zwoziły je końmi. Głód był tak wielki, że gdy jedna kobieta umierała, inne ją zjadały. Czekały do nocy, obcinały pośladki, piersi i piekły je na ognisku. Mama powtarzała, że przetrwać pozwoliła jej myśl, że odnajdzie mnie kiedyś w Polsce.
Na granicy witały nas polskie kobiety. Pierwszy raz w życiu zjadłam wtedy cukierka i jabłko. Tymczasem trafiłam do domu dziecka w Kwidzyniu. Miałam dziewięć lat, wyglądałam na pięć. Wszyscy myśleli, że będę karlicą. Z powodu dziury w płucu wysłano mnie do sanatorium w Rabsztynie, które prowadziły zakonnice. Spędziłam tam prawie rok. 
Po powrocie do Kwidzynia zaczęłam chodzić do szkoły. Słabo mówiłam po polsku. Nie było głodu, dawali nam nawet tran, ale byłam głodna przez cały czas. Do 15 roku życia spałam z chlebem pod poduszką. Nie mogłam zasnąć, gdy go tam nie było.
Sierociniec, nawet najlepiej prowadzony, to nieludzka samotność. Dziecko, jak pies, łaknie, by je ktoś pogłaskał, przytulił. W szkole czułam się uboższa od innych dzieci. I wcale nie chodziło o pieniądze. Dom dziecka zabija wszelki indywidualizm. Wszystko na komendę, wszystko w tym samym czasie, wszystko razem. Nawet nie zdąży się pomyśleć, że coś można zrobić inaczej.

– Kiedy opuściła Pani dom dziecka?
– W 1948 r., dzięki niesłychanemu zbiegowi okoliczności. Nazywam się Taddea, to popularne na Węgrzech imię. Moja babka z Wiednia, też tak miała na imię. Nasza sąsiadka z Brasławia przypadkiem usłyszała w pociągu, że dziewczynka o takim imieniu mieszka w domu dziecka w Kwidzyniu. Nie miała wątpliwości, że chodzi o mnie. Przyjaźniła się z mamą, więc postanowiła mnie wziąć do siebie. 
W Łobezie mieszkałam dwa lata. Tam wreszcie nie czułam głodu, choć dalej spałam z chlebem pod poduszką. Miałam trudności z nauką, nie potrafiłam nic zapamiętać. Dopiero po dłuższym czasie normalnego odżywiania mój umysł zaczął pracować. 
Moi przybrani rodzice dali mi wiele miłości. Kochałam ich bardziej niż kogokolwiek.
W 1950 r. odnalazła mnie rodzina ze strony ojca – jego brat i siostra. Ciotka była zamożna, więc zabrała mnie do siebie. Mieszkałam w Poznaniu, ale chciałam uciec z tego domu. Byłam tam służącą, a przede wszystkim nie czułam miłości. 
Skończyłam szkołę podstawową i poszłam do technikum chemicznego. Starałam się zapomnieć o przeszłości. Zresztą, nie wolno było pamiętać. Kiedyś w technikum na lekcji historii krzyknęłam do nauczyciela: „Pan kłamie, nie oszukujcie nas”. Zaczęłam opowiadać swoją historię. Chwycił mnie za kark i zaprowadził do dyrektora. Nie wyrzucili mnie ze szkoły tylko dlatego, że byłam sierotą.
Technikum skończyłam, ale nie poszłam na studia. Chciałam się usamodzielnić. Dostałam nakaz pracy i przyjechałam do Warszawy. Mieszkałam w hotelu robotniczym, pracowałam w parowozowni, gdzie robiłam analizy wody używanej do parowozów. Zarabiałam 500 złotych, co starczało na hotel i bułki popijane mlekiem. Znów byłam głodna. Czasem jeździłam do ciotki do Poznania, żeby się najeść. W pociągu poznałam męża. Był ode mnie dziesięć lat starszy. Nareszcie ktoś się mną zaopiekował. Pochodził z Wilna, z AK przeszedł cały szlak bojowy. Pobraliśmy się i zamieszkaliśmy w pokoju z kuchnią na Nowolipkach. 

– Czy po wojnie miała Pani jakieś wiadomości od mamy?
– Nie. Nie miałam nawet nadziei, że żyje... 
W 1955 r. otrzymałam wiadomość z PCK, że mama żyje. Przepracowała w tajdze dziesięć lat, z obozu wyszła w 1954 r. Dostała bilet kolejowy do Moskwy. Z polskiej ambasady wyrzucono ją jak bezdomnego psa. Była w łachmanach, nie miała nic. A gdy ja pisałam do ambasady w Moskwie, odpowiedziano, że taka osoba nie istnieje. Na szczęście, gdy mama wyjeżdżała do Moskwy, Żydówka z obozu dała jej adres swej rodziny. Tamci ludzie pomogli mamie, wykąpała się, dostała ubranie, jedzenie. Zawsze serdecznie ich wspominała.
Do Polski wrócić nie mogła. W ZSRR obowiązywał wtedy dekret, na mocy którego Polak wypuszczony z więzienia lub obozu dopiero po trzech latach miał prawo wrócić do kraju. Nie mógł mieszkać bliżej granicy Polski niż 100 kilometrów.
Mama osiedliła się koło Baranowicz. Dostała pracę w kombinacie drobiarskim. Wynajmowała, wraz z inną Polką, pokój u białoruskiej rodziny. W 1955 r., kiedy Żydom z tamtych terenów pozwolono przyjechać do Polski, mama włożyła do bułki wiadomość, że poszukuje córki, podając moje dane. Kartka trafiła, dzięki życzliwym ludziom, do PCK.
W październiku tego samego roku otrzymałam adres mamy i od razu wysłałam do niej telegram. Zaczęła się intensywna korespondencja. Jednocześnie starałam się o pozwolenie na wyjazd do niej. Przez pół roku chodziłam codziennie do ambasady radzieckiej. W kwietniu 1956 r. otrzymałam zgodę na dwutygodniowy pobyt.
Ze stacji w Baranowiczach jechałam kilkanaście kilometrów taksówką do małego osiedla Słonim. Drzwi otworzyła mi jakaś kobieta. Rzuciłam się jej na szyję i zaczęłam całować. Okazało się, że była to gospodyni. Dopiero później wyszła mama. Miałam wiele jej zdjęć, ale z czasów młodości. Trzeba było dłużej przyjrzeć się twarzy, żeby stwierdzić, że to rysy tamtej pięknej kobiety. Była wymizerowana – kości pokryte cienką warstwą skóry. Płakałyśmy bez przerwy przez dwa dni. 
Po dwóch tygodniach znowu musiałyśmy się rozstać. Jeszcze w Baranowiczach rozpoczęłam starania o pozwolenie na powrót mamy do Polski. Zgodę dostała w marcu 1957 r. Aby otrzymać paszport, musiała oddać wszystkie dokumenty, świadczące o jej 14-letnim pobycie w obozach. Do Polski przyjechała niespodziewanie. Nie znałam daty powrotu, nie mogłam jej spotkać na dworcu. Nagle stanęła w drzwiach mojego mieszkania. Tego dzwonka nie zapomnę do śmierci.

– Gdy matka wróciła, Pani miała już męża i dziecko. Nareszcie pełne szczęście?
– Z tym szczęściem to nie do końca tak, bo kiedy coś przychodzi zbyt późno...
Więzi łączącej matkę z córką nie udało nam się odbudować i mama też cierpiała z tego powodu.
Mimo dosyć dobrej kondycji fizycznej, była wyniszczona psychicznie. Nerwowa, zamknięta w sobie. W nic nie wierzyła, nikomu nie ufała. Nie chciała się z nikim spotykać. Unikała mówienia o swoich przeżyciach.
Mama zamieszkała z nami. Byliśmy wtedy biedni. Z PCK dostała dwa koce i jedną poszwę. Na placu Grzybowskim kupiłam jej stare metalowe łóżko i urządziłam w kuchni kąt do spania. Po jakimś czasie poszła do pracy w zakładach Kasprzaka. Ludzie jej dokuczali. Ze względu na akcent nazywali ,,Ruską”. Została zrehabilitowana, ale żadnego odszkodowania nie dostała. Powiedziano jej: „Niech się pani cieszy, że ma pracę i chleb”.
Dotrwała w ,,Kasprzaku” do emerytury. Pisaliśmy do ZSRR, żeby przysłali dokumenty, potwierdzające jej pracę w obozie. Nie przysłali. Emeryturę miała niską, ale mówiła, że to luksus. 
Przeżyła 81 lat.

– Lubi Pani Rosjan?
– Do wszystkich jestem nastawiona pozytywnie. Rosjanie – ci zwykli, a nie z NKWD – cierpieli tak samo jak my. Też przeżyli straszliwy głód. Często nienawidzili nas, bo wmawiano im, że to przez nas nie mają co jeść. Widziałam mnóstwo nienawistnych twarzy. Dzieci z rosyjskiego sierocińca. Tych, którzy kazali nam iść do wagonów bydlęcych. Tych, którzy na zawsze zabrali mi matkę. 
Tej nienawiści nie wolno podtrzymywać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 32 (2770), 11 sierpnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl